Wbrew pozorom zawód bibliotekarza nie jest nudny (jak pokazują poniższe przykłady).
Fabryka Słów wydając “Wielką księgę horroru” poczyniła duży krok w kierunku upowszechniania mniej znanych (a doskonałych) autorów opowieści grozy w Polsce.

Wszyscy znaleźli się w książce nieprzypadkowo. Są laureatami prestiżowych nagród: Bram Stoker Award, Word Fantasy Award czy International Horror Guild Award. Poza tym znają się na swoich fachu – każde z 16 opowiadań nie trąci myszką czy nudą. Stop długim opowieściom bez sensu jest zablokowane idealnie.
Zaczynamy opowieścią o upalnym lecie. Ta pora roku wyczekiwana przez bohaterów staje się gwoździem do trumny wszystkich zainteresowanych. Powolna śmierć spowodowana skwarem lejącym się z nieba nie należy do najprzyjemniejszych. Być może jest to najgorszy zgon, jaki może człowieka spotkać.
Idziemy dalej – tym razem w dół. Zakopany żywcem mężczyzna pragnie się wydostać. Dzwoni na policję z komóreczki – tam jednak uznają jego wołanie o pomoc za mało ciekawy żart. Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że z zewnątrz coś lub ktoś usilnie stara dostać się do środka. Czy pogrzebanie żywcem jest lepsze niż niespodzianka pukająca w wieko? Przekonacie się w tym opowiadaniu.
Doskonały język każdego z opowiadań nie da porównać z niczym innym. Każde opowiadanie dodatkowo jest świetnie zilustrowane, co tylko potęguje nastrój grozy, jaki mamy w opowiadaniach.
Świetne dziełko – teraz czas na tom numer 2. Co jednak po przeczytaniu kolejnej części? Wydawnictwo musi się postarać, by zaskoczyć uzależnionych od horroru czytelników.
Tytuł oryginału: The Mammoth Book of Best New Horror
Wydawnictwo: Fabryka Słów , Styczeń 2010
Seria:Obca Krew
Tłumaczenie:Marta Kisiel
Rozmowa z Danielem Koziarskim, autorem “Mojego prywatnego Sądu Ostatecznego”.
Skąd u Pana myśli o sądzie ostatecznym? Wiek wszak jeszcze młody, zdrowie pewnie nie dokucza …?
Nikt nie jest zwolniony z myślenia o sprawach ostatecznych. Oczywiście pewna paraliżująca obsesja jest równie niewskazana co lekceważenie tej tematyki, niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że obecnie dominuje to drugie podejście. W związku z tym, że literatura jest od tego, żeby przypominać o istotnych sprawach, napisałem „Mój prywatny Sąd Ostateczny”. Ktoś mógłby stwierdzić, że ostatnio moja proza krąży mocno wokół tematu i różnych aspektów śmierci, ale na dobrą sprawę, gdyby przyjrzeć się najczęściej spotykanym literackim motywom, to pewnie „miłość” i „śmierć” nie miałyby wielkiej konkurencji.
W „Moim prywatnym Sądzie Ostatecznym” mamy do czynienia z trzema apokalipsami. Czy nie można było im jakoś zapobiec? Wszak lepiej sprzedają się piękne zakończenia.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich działań i zaniechań – w tym sensie zadręczanie się post factum bywa bardzo jałowym i bezsensownym zajęciem. Chyba, że wyniknie z tego coś dobrego dla świata czy dla nas samych. Bohaterowie „Sądu” szukają odkupienia, spełnienia i skrawków szczęścia – znajdują prawdę o sobie i o świecie. To w pewnym sensie jest pokrzepiające. Poza tym, skoro w „Sprawach niedokończonych” dokonał się cud przemiany człowieka, dlaczegóż nie miałby się dokonać również cud boski?
W jaki sposób nie pogubił się Pan w tej wielowątkowości, która w finale zaskakująco łączy się ze sobą?
Musiałem mieć całą strukturę w głowie a częściowo na papierze – złym pomysłem byłaby realizacja niespójnej jeszcze wizji w toku pisania książki. Pisarz powinien wczuć się w role, które wyznaczył swoim bohaterom – wtedy łatwiej będzie mu ogarnąć całość opowieści i prowadzić fabułę. Nawet, jeśli każda z tych ról w jakimś sensie uwiera.
Jakich literackich wpływów należy szukać w „Moim prywatnym Sądzie Ostatecznym”?
Wpływy to za dużo powiedziane, ale przyznam, że lubię mocne opowieści o schodzeniu w stylu „Ciała obcego” Ziemkiewicza czy „To wszystko” Andermana. W tę estetykę na swój sposób wpisuje się pierwsza część „MPSO”. Druga i trzecia są bardziej filmowe, więc i wpływy są raczej pozaliterackie.
Standardowo na koniec. Kiedy możemy spodziewać się następnej książki po świeżym jeszcze „Sądzie Ostatecznym”?
W bliskiej perspektywie trzecia, finalna część „Socjopaty”, napisana jeszcze przed „Moim prywatnym Sądem Ostatecznym” oraz antologia z moim udziałem. A co będzie dalej, trudno powiedzieć – jedno jest pewne – zamknięcie trylogii o „Socjopacie” będzie stanowić dobry punkt wyjścia do pewnych podsumowań a kto wie, może nawet rewolucji.
Po przeczytaniu “Błyskawicy” badanie świata twórczości Mastertona jest coraz bardziej wciągająca. “Anioł Jessiki” udowadnia, że autor ma dar do tworzenia opowieści różnego rodzaju.

Osierocona przez rodziców Jessika zamieszkuje z dziadkami w starym domu. Tragiczne przejścia powodują, że zaczyna wierzyć w pełen magii świat wróżek, stając się w szkole obiektem drwin i prześladowań. Kiedy potrącona spada ze schodów i traci przytomność, po przebudzeniu zaczyna słyszeć głosy błagające o pomoc. Za tapetą z wyblakłymi śladami krwi odkrywa niezwykły świat. Próbując rozwikłać jego zagadkę, wpada w wir wydarzeń. Strzeże jej kamienny anioł.
Masterton przedstawia nam niesamowicie barwny świat, który przypomina znane nam z dzieciństwa baśnie i ludowe opowieści. Przechodzimy do niego przez tapetę, która sama w sobie stanowi magiczną mozaikę skrywającą tajemnicę domu Jessiki.
Ma autor wyobraźnię – nie ma co. Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że historia Mastertona znanego jako pisarz opowieści grozy nie przeraża. W finale udowadnia, że niektóre uczucia dają nadzieję na lepsze jutro.
Doskonała narracja trzyma w napięciu do samego końca. Długie opisy stworzonej przez Mastertona krainy robią niebywałe wrażenie i wbrew pozorom nie nudzą
Masterton nie zamyka się w jednym gatunku. “Anioł Jessiki” pokazuje, że ma chłop talent, który niestety rozmienia na drobne. To jednak warto przeczytać.
“Anioł Jessiki”
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2008
Zaproszenie dla wszystkich fanów książki – wystawa, na której prezentowane są książki powstałe w ciągu ostatnich 10 lat w Pracowni projektowania książki prof. Macieja Buszewicza na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Do obejrzenia w Krakowie lub w sieci (tutaj).
O książce:

W austriackim Amstetten Josef Fritzl latami więził w piwnicy córkę Elisabeth i spłodził z nią kilkoro dzieci. Wydało się, media ruszyły na żer. Przerażoną opinię publiczną karmiły gwałtem, perwersją, horrorem. Po wyroku zamilkły nie udzielając odpowiedzi na najważniejsze pytania. Czy musiało do tego dojść? Kto zawinił?
Reporterzy Stefanie Marsh i Bojan Pancevski cierpliwie rozsupłują splot okoliczności, które doprowadziły do dramatu. Krok po kroku prowadzą czytelnika od życiorysu “potwora z Amstetten” ku zbiorowej biografii Austriaków. Mocna książka. Bezstronność i dociekliwość to jej siła.
Lidia Ostałowska, dziennikarka “Gazety Wyborczej”
19 kwietnia 2008 roku Josef Fritzl wezwał karetkę do swojego domu przy Ybbsstrasse. Lekarzom powiedział, że znalazł pod drzwiami nieprzytomną i ciężko chorą dziewiętnastoletnią dziewczynę.
Dwa dni później policja odkryła osobliwe więzienie zbudowane w piwnicy tego domu, a podwójne życie Josefa Fritzla, pełne niewyobrażalnej perfidii i okrucieństwa, ujrzało światło dzienne.
Niniejsza książka opisuje jedną z najstraszliwszych zbrodni epoki.
Przez siedemdziesiąt lat Josef Fritzl był prawym obywatelem austriackiego miasta Amstetten, wspaniałym ojcem i odnoszącym sukcesy biznesmenem, który dzięki własnej pracy doszedł od skromnych początków do powszechnego szacunku. Wiosną 2008 roku prawda wyszła na jaw.
W 1984 roku odurzył swoją osiemnastoletnią córkę Elisabeth chloroformem i zaciągnął do więzienia, które przez pięć lat budował pod domem rodzinnym. Trzymał ją tam dwadzieścia cztery lata, regularnie gwałcąc i zmuszając do urodzenia siedmiorga dzieci. Lisa, Monika i Alexander trafili “na górę” i zamieszkali z babcią. Michael umarł krótko po urodzeniu. Kerstin, Stefan i Felix mieli zaś na zawsze pozostać pod ziemią, zamknięci z matką w pięciopokojowej piwnicy, kontakt ze światem zewnętrznym utrzymując tylko dzięki telewizji i radiu.
Dzięki licznym wywiadom, dokumentom i materiałom kryminalistycznym to wyczerpujące studium stanowi jedyną kompletną i kompetentną relację ze sprawy, dając wnikliwy wgląd w umysł i motywacje Josefa Fritzla. Książka prezentuje rzetelną analizę faktów, daleką od tropienia sensacji, stawiając sobie za cel pokazanie prawdy.
O autorach:
Stefanie Marsh urodziła się w Niemczech. Jest redaktorką “The Times”, napisała wiele artykułów na temat Austrii.
Bojan Pancevski od ośmiu lat mieszka w Wiedniu. Regularnie pisze o Europie Środkowowschodniej dla “The Times”, “Telegraph”, “Daily Mail”, “Sunday Telegraph” i “Sunday Times”. Jako pierwszy anglojęzyczny reporter donosił o sprawie Jozefa Fritzla. Jego relacje na ten temat ukazywały się w większości brytyjskich gazet oraz w stacjach telewizyjnych i radiowych na całym świecie.
Drugi tom “Tryptyku świata mgły” Basi Kaczyńskiej jeszcze lepiej prezentuje jej niesamowity talent, który, miejmy nadzieję doczeka się nagrody jeszcze za życia autorki.

Rod musi wypełnić misję powierzoną mu przez mistrza – odnaleźć legendarnego feniksa. Towarzyszący mu przyjaciele, szlachcianka Zora, salamandrowiec Flagrant oraz jenot, nie mają pojęcia jak skończy się ta tajemnicza wyprawa. Na podróżników czyhają najróżniejsze niebezpieczeństwa, od smoka, przez Dzikie Dzieci, po sektę zblazowanych arystokratów. Czy wyczekiwany finał będzie spełnieniem?
Porównania do innych pisarzy w obliczu drugiej części opowieści Basi są nie do końca prawdziwe. Oczywiście Paolini to dobry trop – nasza siła pisarska jest jednak o niebo lepsza.
Charaktery wymyślone przez Kaczyńską są żywe do szpiku kości. Nie ma tu mowy o nudzie, papierowych postaciach. Widać, że autorka ma to wyczucie, które pozwala tworzyć coś ciekawego i ponadczasowego. A takie są jej opowieści.
Nie wiem, czy to zasługa redaktorów czy samej Basi, ale język/narracja i styl powieści spodoba się zarówno wychowankom “Harrego Pottera” jak i “Janko Muzykanta”. Uniwersalność opowieści cieszy i daje nadzieję na świetlaną dla autorki przyszłość.
Basia Kaczyńska tworzy nowy, wspaniały świat, który na długo pozostanie w umysłach fanów SF. Doskonała propozycja na 2010 rok. Oby każda książka była tak doskonała jak ta.
“Co mówią ptaki wędrowne?”
Basia Kaczyńska
wydawnictwo Jirafaroja
2010
Trudno w to uwierzyć, ale w XIX wieku chirurgia była zajęcie konwałów, a nie lekarzy. Odważni, którzy chcieli iść naprzód byli wyśmiewani i często tracili życie z powodu medycznego zacofania.

Lekarz na “żywca” operuje kobietę, której torbiele na jajnikach powodują jej bolesną śmierć. Operacja jest prowadzona bez znieczulenia, pacjentka śpiewa psalmy, a na zewnątrz czeka tłum, który w razie niepowodzenia powiesi doktorka (bynajmniej nie za uszy). Pacjentka przeżywa, jednak niedługo potem ten lekarz umiera, bo nie było odważnego do wycięcia woreczka robaczkowego.
Takich opowieści w “Stuleciu chirurgów” znajdziemy więcej. Jest chirurg, który operuje serce oraz inny, który pragnie wynaleźć znieczulenie. Niestety – sposób, w jaki zostali potraktowali przeraża.
Plastyczne opisy są atutem tej publikacji. Trup sieje się gęsto, a postęp nauki bywa bardziej bolesny niż możnaby przypuszczać.
Jurgen Thorwald idealnie opisuje rozwój medycyny. I choć większość obrazków nie należy do najprzyjemniejszych, to trzeba uświadomić sobie, że takie rzeczy były potrzebne. By wyrostek nie powodował śmierci, a serce zszywało się przez maleńką dziurkę jeszcze mniejszym robotem.
Warto.
“Stulecie chirurgów”
Jurgen Thorwald
Znak
2009
Komentarze