Dziewięć minimetrów do nieba
Posted: April 25th, 2009 | Author: admin | Filed under: Różności | Tags: dziewięć minimetrów do nieba, fragmenty, idea, książka, morderstwa, piotr matysiak, pochurno, recenzja, sukces, wydawnictwo branta, zabójstwa | 2 Comments »Premiera już 25 czerwca
Książka „Dziewięć milimetrów do nieba” to powieść kryminalna. Pokazuje sposób myślenia, działania i specyfikę pracy policjantów różnych pionów i jednostek, wzajemne uwarunkowania i wewnętrzne konflikty. Osią treści książki jest nieudana zasadzka na złodziei samochodów, podczas której jeden policjant zostaje ranny. W trakcie pościgu za sprawcami i próby ich zatrzymania dochodzi do strzelaniny, w której ginie policjant i jeden ze złodziei. Wywiadowcy z komendy rejonowej planowali zlikwidowanie „dziupli” samochodowej. Przez przypadek natrafili na poważną transakcję narkotykową. Wkraczając do „dziupli” krzyżują plany zorganizowanej grupie przestępczej oraz funkcjonariuszom ze specjalnej jednostki do zwalczania przestępczości narkotykowej. Wynikiem tych wydarzeń jest żmudne śledztwo i krwawe porachunki wewnątrz gangu. Nikt nie jest tutaj czysty. Ani bezwzględni bandyci, ani nieustępujący im bezwzględnością policjanci. Za tę determinację i bezwzględność płacą najwyższe ceny: własnym życiem, samotnością, wolnością, rozbiciem rodzin, wyobcowaniem i zakłamaniem. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Liczy się efekt, aby go osiągnąć trzeba być bezwzględnym i postawić się ponad prawem. Trzeba wybrać mniejsze zło, ale czy zawsze ten wybór jest trafny? Powieść toczy się latem 1997 r. w Warszawie. Dramatyczna w swoich skutkach akcja oraz wydarzenia następujące bezpośrednio po niej, są pretekstem do ukazania różnorodnych i barwnych sylwetek policjantów i gangsterów, ich sposoby myślenia, presji, jakiej są poddani. Ukazuje zwykłych ludzi działających w niezwykłych okolicznościach. W pierwszej części narracja jest nieco bardziej rozległa, pełna dygresji pozwalających lepiej poznać samych bohaterów oraz różne wcześniejsze wydarzenia, co pozwala lepiej „wczuć się” i rozumieć pobudki, jakimi kierują się bohaterzy podejmując swoje decyzje. Tempo narracji stopniowo wzrasta, pojawiają się pościgi, strzelaniny i zabójstwa. Są ścigający i ścigani, zaskakujące zmiany akcji a wszystko osadzone bardzo mocno we współczesnych realiach. Zapraszam do lektury i życzę miłej zabawy.
O autorze:
Autorem książki jest Piotr Matysiak, pseudonim Pochuro, od 1991 do 2005r. funkcjonariusz policji. Lata 1991 – 1995 pełnił służbę mundurową w Oddziałach Prewencji Komendy Stołecznej Warszawy oraz w Batalionie Patrolowo – Interwencyjnym Komendy Stołecznej Policji. W latach 1995 – 1999 służył w wydziale kryminalnym jednej z komend rejonowych policji w Warszawie. Do jego zadań należało zajmowanie się sprawami dotyczącymi zabójstw, wymuszeń „haraczy”, napadów. Od 2000 – 2005 r. służył w strukturach Komendy Głównej Policji, jako funkcjonariusz operacyjny Centralnego Biura Śledczego, w Wydziale do Walki ze Zorganizowaną Przestępczością Narkotykową.
Fragmenty powieści:
Auto pędziło z rykiem silnika, rozpraszając grupki przechodniów. Siedzący za kierownicą młody mężczyzna wygolony na łyso, w sportowej bluzie z kapturem był wyraźnie spanikowany, gnał na oślep, zupełnie nie zważał na światła, po prostu pędził.
- Uważaj, Czaja, pozabijasz nas!
-Już jesteśmy martwi! Dopadną nas, dopadną! – wrzeszczał.
Siedzący obok niego na fotelu wielki jak smok, ważący 150 kilo Kruszyna z rozmachem walnął Czaję otwartą dłonią w wygolona czachę, aż plasnęło.
- Zamknij tę gębę, tchórzu.
- Czego się czepiasz!
-Zwolnij kretynie.
- Bo co !
- Bo jajco, zwolnij, mówię!
-Odwal się, ja prowadzę.
-Zwolnij, fujaro, bo jak cię gwizdnę…
- Dobra, dobra – Czaja wyraźnie zmiękł widząc wzniesioną do ciosu pięść.
- Delikatnie jedź, z Kondziem niedobrze, a jak tak będziesz szalał, psy nas namierzą…
- Kondziu, no jak trzymasz się ? – Kruszyna odwrócił się i badawczo spoglądał na trzeciego pasażera, leżącego bezwładnie na tylnym fotelu. Kondziu był kredowo blady, miał spierzchnięte usta. Prawą dłoń przyciskał do piersi, spod palcy wolno ściekała ciemnoczerwona krew.
- Trzymam się – na wpół otworzył oczy i wyszeptał te dwa słowa. Na więcej nie miał już siły.
- Kondziu, nie umieraj, jesteś twardy, nie daj się – zaklinał go Kruszyna, jak by słowa mogły coś zmienić.
- Po cholerę strzelałeś do gliniarzy, zwialibyśmy i bez tego – Czaja znowu wszedł na wysokie obroty
- Bo ja lubię tylko zdechłe psy, kapujesz? I teraz, jeśli nas namierzą, to żywy się nie dam. Nie pójdę pierdzieć w pasiaki, kumasz?
- A mnie o zdanie nie spytasz? – Czaja spojrzał spode łba na wielkiego towarzysza. Kruszyna gwałtownym ruchem wyciągnął z za pasa pistolet, przyłożył Czai do skroni.
- Gówno mnie obchodzi twoje zdanie, gnojku. Masz robić to, co każę, gnido! Nie kombinuj. Jeśli tylko coś zrobisz nie tak, pierwszą kulę rozwalę ci łeb. Wybieraj, odpalę cię teraz, albo będziesz ze mną do końca! Wybieraj! – Wrzeszczał tak, że aż kropelki śliny wylatywały mu z ust, opryskując Czaję.
-Dobra, czego się drzesz, w porządku
-Wyciągnę nas z tego.
- Tak jak Szarama?
- Ty też tam byłeś !
- Ale to ty kazałeś nam zwiewać! – Czaja zdążył uchylić się przed pierwszym ciosem, dwa następne rozbiły mu nos.
– Masz szczęście, że prowadzisz, złamasie, bo bym cię zabił – Kruszyna znowu wrzeszczał
– Szaram wiedział gdzie i po co jedzie. Stało się, jak się stało. Za dużo było psiarni wokół, musieliśmy wiać. Szaram ma giwerę, to sobie poradzi. A jak nie, to jego ból. Jak go wkitrają do celi, dostanie dobrą papugę, posmaruje się kogo trzeba i Szaramek wyjdzie. On jest git chłopak, nie złamie się.- Kruszyna uspokoił się.
- Czaja, skręć w tę przecznicę.
- Kondzio, daj swoją klamkę.
Kondzio ledwie widocznym ruchem głowy wskazał na prawy bok. Kruszyna sięgnął do tyłu, wymacał pistolet tkwiący za pasem Kondzia i zabrał go.
- Masz dowód osobisty, prawo jazdy, portfel ? – przeczący ruch głowy Kondzia uspokoił Kruszynę. Szybko przemieścił się na tylny fotel, sprawnie obszukał kieszenie rannego, mruknął zadowolony, gdy niczego nie znalazł.
- Trzymaj sie Kondziu. Gęba na kłódkę. Jak coś piśniesz, to wiesz, co cię czeka. Jak przeżyjesz, Horko będzie o tobie pamiętał. Zatrzymaj wóz Czaja – krzyknął Kruszyna, Czaja nie mówił nic. Zorientował się w planach kompana. W tej sytuacji to było jedyne rozsądne wyjście, być może Kondzio uratuje się. Ma przynajmniej szansę. Zatrzymali się przed bramą szpitala. Kruszyna otworzył drzwi i lekko wypchnął bezwładne ciało na wpół nieprzytomnego
Kondzia na zewnątrz. Po czym Czaja dodał gazu i auto ruszyło z piskiem opon i zniknęło z oczu kilku przypadkowych gapiów za najbliższym zakrętem.Jak zwykle w takich chwilach, ktoś, gdzieś poruszył kamyczek, który spadając potrącał kolejne, co raz większe aż wszystkie razem runęły lawiną gniotąc i miażdżąc wszystko po drodze. Lawina ruszyła. Przyjrzyjmy się temu zjawisku. Zobaczmy, kto ruszył pierwsze kamyczki. Ta powieść nie ma początku, nie ma końca. Pokazuje ludzi, których łączy wydarzenie. Kataklizm. Losy każdego z nich mogłyby stać się kanwą osobnej opowieści. Przyjrzyjmy się, jak powstaje lawina, najpierw malutka, niewinnie i wolno opadająca, nagle przeradzająca się w zjawisko groźne i niszczycielskie. Po jej przejściu nic już nie jest takie same.
O godzinie 4 włączyło się radio i zaskrzeczało szumem źle zestrojonych fal. Chińskie badziewie ze stadionu, największego targowiska w Europie, pełnego śmieci i rupieci zwożonych tu z całego świata. Karol otworzył oczy i odruchowo wyłączył skrzekulca. Używał go do budzenia się, bo w miarę łagodnie przywracał go do świata żywych z objęć Morfeusza. Radio nastawi sobie za moment w kuchni, aby nie budzić żony i dzieci. Inne dźwięki wydawane przez budziki, jak piszczenie, dzwonienie i co tam jeszcze jest powodowały, że wyrwał się ze snu się w panice, potrzebując kilku chwil nim zrozumiał, gdzie jest i doszedł do siebie. Dlatego używał radia jako budzika, choć nigdy na tym odbiorniku nie słuchał żadnej audycji. Nastawienie pokrętła na odbiór jakiejś stacji powodowało, że rano radio i tak szumiało. Miało swoje życie. Przetarł oczy i z ociąganiem wstał z łóżka. Toaleta, coś na ząb i kawa, stawiająca na nogi. Gdy wychodził z domu, szarzało, słońce szykowało się do codziennej wędrówki, ptaki świergotały, w sennej godzinie o świcie. Karol niechętnie człapał do swojego samochodu. Odpalił silnik i wsłuchał się w jego miarową pracę.
- O tej porze normalni ludzie jeszcze śpią – pomyślał niechętnie – O rany, jak mi się nie chce – tłukło się po głowie. Po czym ruszył przed siebie w jaśniejący świt warszawskiego lipcowego poranka 1996 roku, jeszcze jeden świt z wielu, jakie już przeżył w swym 37 letnim życiu. Wraz z Karolem mniej więcej o tej samej porze ruszało ze swoich domów do tego samego szarego budynku Komendy Rejonowej w jednej z dzielnic Warszawy kilkunastu mężczyzn, aby o godzinie 5.30 ruszyć w miasto. Policjanci z I Plutonu Kompanii Patrolowej Komendy Rejonowej. Zaczynał się dzień, dzień, jak co dzień. Budynek komendy tętnił własnym pulsem, nieregularnym, szarpliwym niczym sen potępieńca. Przez cały czas, nieustannie godzina za godziną, dzień za dniem, piątek, świątek, czy niedziela wyznaczał rytm życia ludzi z nim związanych. Jedni, jak policjanci z plutonu patrolowego dopiero go rozpoczynali. Inni właśnie wychodzili do domów, bo przez ostatnie 24 godziny byli zmuszeni do rycia w cudzych życiorysach. Jeszcze inni, czekali na przejściówce, aż jakiś konwój zabierze ich do nowego, otoczonego kratami życia. Siedzieli cisi i zrezygnowani, inni gniewni i krzykliwi – owoc pracy dnia poprzedniego. Gdy Karol dotarł do dusznej, ciasnej salki, w której upchano mnóstwo metalowych szafek ubraniowych zastał tam już parę osób. Usiłowali nie przeszkadzać sobie, ubierając mundury i opinając oporządzenie. Krótkie powitania, banalne gadki o tym, co słychać. Karol przebił się do swojej szafki, otworzył ją i rozpoczął taniec świętego Wita, którego ostatecznym celem było zrzucenie ciuchów, które miał na sobie i wbicie się w uniform policyjny. Starał się uniknąć ciosów walczących po jego bokach z rękawami bluz sąsiadów. Taka mała zaprawa poranna przed dniem, w którym wszyscy będą starali się cię zabić – pomyślał z przekąsem. Gdy wbił się już w mundur poszedł na górę, do sali odpraw.Starszy sierżant Karol Marak rusza do akcji.















a jakie wydawnictwo?
o ile się nie mylę to branta