Książka „Dziewięć milimetrów do nieba” to powieść kryminalna. Pokazuje sposób myślenia, działania i specyfikę pracy policjantów różnych pionów i jednostek, wzajemne uwarunkowania i wewnętrzne konflikty. Osią treści książki jest nieudana zasadzka na złodziei samochodów, podczas której jeden policjant zostaje ranny. W trakcie pościgu za sprawcami i próby ich zatrzymania dochodzi do strzelaniny, w której ginie policjant i jeden ze złodziei. Wywiadowcy z komendy rejonowej planowali zlikwidowanie „dziupli” samochodowej. Przez przypadek natrafili na poważną transakcję narkotykową. Wkraczając do „dziupli” krzyżują plany zorganizowanej grupie przestępczej oraz funkcjonariuszom ze specjalnej jednostki do zwalczania przestępczości narkotykowej. Wynikiem tych wydarzeń jest żmudne śledztwo i krwawe porachunki wewnątrz gangu. Nikt nie jest tutaj czysty. Ani bezwzględni bandyci, ani nieustępujący im bezwzględnością policjanci. Za tę determinację i bezwzględność płacą najwyższe ceny: własnym życiem, samotnością, wolnością, rozbiciem rodzin, wyobcowaniem i zakłamaniem. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Liczy się efekt, aby go osiągnąć trzeba być bezwzględnym i postawić się ponad prawem. Trzeba wybrać mniejsze zło, ale czy zawsze ten wybór jest trafny? Powieść toczy się latem 1997 r. w Warszawie. Dramatyczna w swoich skutkach akcja oraz wydarzenia następujące bezpośrednio po niej, są pretekstem do ukazania różnorodnych i barwnych sylwetek policjantów i gangsterów, ich sposoby myślenia, presji, jakiej są poddani. Ukazuje zwykłych ludzi działających w niezwykłych okolicznościach. W pierwszej części narracja jest nieco bardziej rozległa, pełna dygresji pozwalających lepiej poznać samych bohaterów oraz różne wcześniejsze wydarzenia, co pozwala lepiej „wczuć się” i rozumieć pobudki, jakimi kierują się bohaterzy podejmując swoje decyzje. Tempo narracji stopniowo wzrasta, pojawiają się pościgi, strzelaniny i zabójstwa. Są ścigający i ścigani, zaskakujące zmiany akcji a wszystko osadzone bardzo mocno we współczesnych realiach. Zapraszam do lektury i życzę miłej zabawy.
O autorze:
Autorem książki jest Piotr Matysiak, pseudonim Pochuro, od 1991 do 2005r. funkcjonariusz policji. Lata 1991 – 1995 pełnił służbę mundurową w Oddziałach Prewencji Komendy Stołecznej Warszawy oraz w Batalionie Patrolowo – Interwencyjnym Komendy Stołecznej Policji. W latach 1995 – 1999 służył w wydziale kryminalnym jednej z komend rejonowych policji w Warszawie. Do jego zadań należało zajmowanie się sprawami dotyczącymi zabójstw, wymuszeń „haraczy”, napadów. Od 2000 – 2005 r. służył w strukturach Komendy Głównej Policji, jako funkcjonariusz operacyjny Centralnego Biura Śledczego, w Wydziale do Walki ze Zorganizowaną Przestępczością Narkotykową.
Fragmenty powieści:
Auto pędziło z rykiem silnika, rozpraszając grupki przechodniów. Siedzący za kierownicą młody mężczyzna wygolony na łyso, w sportowej bluzie z kapturem był wyraźnie spanikowany, gnał na oślep, zupełnie nie zważał na światła, po prostu pędził.
- Uważaj, Czaja, pozabijasz nas!
-Już jesteśmy martwi! Dopadną nas, dopadną! – wrzeszczał.
Siedzący obok niego na fotelu wielki jak smok, ważący 150 kilo Kruszyna z rozmachem walnął Czaję otwartą dłonią w wygolona czachę, aż plasnęło.
- Zamknij tę gębę, tchórzu.
- Czego się czepiasz!
-Zwolnij kretynie.
- Bo co !
- Bo jajco, zwolnij, mówię!
-Odwal się, ja prowadzę.
-Zwolnij, fujaro, bo jak cię gwizdnę…
- Dobra, dobra – Czaja wyraźnie zmiękł widząc wzniesioną do ciosu pięść.
- Delikatnie jedź, z Kondziem niedobrze, a jak tak będziesz szalał, psy nas namierzą…
- Kondziu, no jak trzymasz się ? – Kruszyna odwrócił się i badawczo spoglądał na trzeciego pasażera, leżącego bezwładnie na tylnym fotelu. Kondziu był kredowo blady, miał spierzchnięte usta. Prawą dłoń przyciskał do piersi, spod palcy wolno ściekała ciemnoczerwona krew.
- Trzymam się – na wpół otworzył oczy i wyszeptał te dwa słowa. Na więcej nie miał już siły.
- Kondziu, nie umieraj, jesteś twardy, nie daj się – zaklinał go Kruszyna, jak by słowa mogły coś zmienić.
- Po cholerę strzelałeś do gliniarzy, zwialibyśmy i bez tego – Czaja znowu wszedł na wysokie obroty
- Bo ja lubię tylko zdechłe psy, kapujesz? I teraz, jeśli nas namierzą, to żywy się nie dam. Nie pójdę pierdzieć w pasiaki, kumasz?
- A mnie o zdanie nie spytasz? – Czaja spojrzał spode łba na wielkiego towarzysza. Kruszyna gwałtownym ruchem wyciągnął z za pasa pistolet, przyłożył Czai do skroni.
- Gówno mnie obchodzi twoje zdanie, gnojku. Masz robić to, co każę, gnido! Nie kombinuj. Jeśli tylko coś zrobisz nie tak, pierwszą kulę rozwalę ci łeb. Wybieraj, odpalę cię teraz, albo będziesz ze mną do końca! Wybieraj! – Wrzeszczał tak, że aż kropelki śliny wylatywały mu z ust, opryskując Czaję.
-Dobra, czego się drzesz, w porządku
-Wyciągnę nas z tego.
- Tak jak Szarama?
- Ty też tam byłeś !
- Ale to ty kazałeś nam zwiewać! – Czaja zdążył uchylić się przed pierwszym ciosem, dwa następne rozbiły mu nos.
– Masz szczęście, że prowadzisz, złamasie, bo bym cię zabił – Kruszyna znowu wrzeszczał
– Szaram wiedział gdzie i po co jedzie. Stało się, jak się stało. Za dużo było psiarni wokół, musieliśmy wiać. Szaram ma giwerę, to sobie poradzi. A jak nie, to jego ból. Jak go wkitrają do celi, dostanie dobrą papugę, posmaruje się kogo trzeba i Szaramek wyjdzie. On jest git chłopak, nie złamie się.- Kruszyna uspokoił się.
- Czaja, skręć w tę przecznicę.
- Kondzio, daj swoją klamkę.
Kondzio ledwie widocznym ruchem głowy wskazał na prawy bok. Kruszyna sięgnął do tyłu, wymacał pistolet tkwiący za pasem Kondzia i zabrał go.
- Masz dowód osobisty, prawo jazdy, portfel ? – przeczący ruch głowy Kondzia uspokoił Kruszynę. Szybko przemieścił się na tylny fotel, sprawnie obszukał kieszenie rannego, mruknął zadowolony, gdy niczego nie znalazł.
- Trzymaj sie Kondziu. Gęba na kłódkę. Jak coś piśniesz, to wiesz, co cię czeka. Jak przeżyjesz, Horko będzie o tobie pamiętał. Zatrzymaj wóz Czaja – krzyknął Kruszyna, Czaja nie mówił nic. Zorientował się w planach kompana. W tej sytuacji to było jedyne rozsądne wyjście, być może Kondzio uratuje się. Ma przynajmniej szansę. Zatrzymali się przed bramą szpitala. Kruszyna otworzył drzwi i lekko wypchnął bezwładne ciało na wpół nieprzytomnego
Kondzia na zewnątrz. Po czym Czaja dodał gazu i auto ruszyło z piskiem opon i zniknęło z oczu kilku przypadkowych gapiów za najbliższym zakrętem.
Jak zwykle w takich chwilach, ktoś, gdzieś poruszył kamyczek, który spadając potrącał kolejne, co raz większe aż wszystkie razem runęły lawiną gniotąc i miażdżąc wszystko po drodze. Lawina ruszyła. Przyjrzyjmy się temu zjawisku. Zobaczmy, kto ruszył pierwsze kamyczki. Ta powieść nie ma początku, nie ma końca. Pokazuje ludzi, których łączy wydarzenie. Kataklizm. Losy każdego z nich mogłyby stać się kanwą osobnej opowieści. Przyjrzyjmy się, jak powstaje lawina, najpierw malutka, niewinnie i wolno opadająca, nagle przeradzająca się w zjawisko groźne i niszczycielskie. Po jej przejściu nic już nie jest takie same.
O godzinie 4 włączyło się radio i zaskrzeczało szumem źle zestrojonych fal. Chińskie badziewie ze stadionu, największego targowiska w Europie, pełnego śmieci i rupieci zwożonych tu z całego świata. Karol otworzył oczy i odruchowo wyłączył skrzekulca. Używał go do budzenia się, bo w miarę łagodnie przywracał go do świata żywych z objęć Morfeusza. Radio nastawi sobie za moment w kuchni, aby nie budzić żony i dzieci. Inne dźwięki wydawane przez budziki, jak piszczenie, dzwonienie i co tam jeszcze jest powodowały, że wyrwał się ze snu się w panice, potrzebując kilku chwil nim zrozumiał, gdzie jest i doszedł do siebie. Dlatego używał radia jako budzika, choć nigdy na tym odbiorniku nie słuchał żadnej audycji. Nastawienie pokrętła na odbiór jakiejś stacji powodowało, że rano radio i tak szumiało. Miało swoje życie. Przetarł oczy i z ociąganiem wstał z łóżka. Toaleta, coś na ząb i kawa, stawiająca na nogi. Gdy wychodził z domu, szarzało, słońce szykowało się do codziennej wędrówki, ptaki świergotały, w sennej godzinie o świcie. Karol niechętnie człapał do swojego samochodu. Odpalił silnik i wsłuchał się w jego miarową pracę.
- O tej porze normalni ludzie jeszcze śpią – pomyślał niechętnie – O rany, jak mi się nie chce – tłukło się po głowie. Po czym ruszył przed siebie w jaśniejący świt warszawskiego lipcowego poranka 1996 roku, jeszcze jeden świt z wielu, jakie już przeżył w swym 37 letnim życiu. Wraz z Karolem mniej więcej o tej samej porze ruszało ze swoich domów do tego samego szarego budynku Komendy Rejonowej w jednej z dzielnic Warszawy kilkunastu mężczyzn, aby o godzinie 5.30 ruszyć w miasto. Policjanci z I Plutonu Kompanii Patrolowej Komendy Rejonowej. Zaczynał się dzień, dzień, jak co dzień. Budynek komendy tętnił własnym pulsem, nieregularnym, szarpliwym niczym sen potępieńca. Przez cały czas, nieustannie godzina za godziną, dzień za dniem, piątek, świątek, czy niedziela wyznaczał rytm życia ludzi z nim związanych. Jedni, jak policjanci z plutonu patrolowego dopiero go rozpoczynali. Inni właśnie wychodzili do domów, bo przez ostatnie 24 godziny byli zmuszeni do rycia w cudzych życiorysach. Jeszcze inni, czekali na przejściówce, aż jakiś konwój zabierze ich do nowego, otoczonego kratami życia. Siedzieli cisi i zrezygnowani, inni gniewni i krzykliwi – owoc pracy dnia poprzedniego. Gdy Karol dotarł do dusznej, ciasnej salki, w której upchano mnóstwo metalowych szafek ubraniowych zastał tam już parę osób. Usiłowali nie przeszkadzać sobie, ubierając mundury i opinając oporządzenie. Krótkie powitania, banalne gadki o tym, co słychać. Karol przebił się do swojej szafki, otworzył ją i rozpoczął taniec świętego Wita, którego ostatecznym celem było zrzucenie ciuchów, które miał na sobie i wbicie się w uniform policyjny. Starał się uniknąć ciosów walczących po jego bokach z rękawami bluz sąsiadów. Taka mała zaprawa poranna przed dniem, w którym wszyscy będą starali się cię zabić – pomyślał z przekąsem. Gdy wbił się już w mundur poszedł na górę, do sali odpraw.
Mimo, że filmem się nie interesuję – ta propozycja jest dość ciekawa.
Narodowe Centrum Kultury zaprasza na Grę Miejską Śladami Generała “Nila”. Wykonaj zadania, rozwiąż zagadki, przeżyj przygodę! Bądź w sobotę, 25 kwietnia o godz. 13.00 u zbiegu Alei Róż I Alei Ujazdowskich. Gra potrwa do 15.30. Weź ze sobą długopis I bilet dobowy ZTM. Masz pytania? Zadzwoń: 0 609 248 765. Grę organizują warszawscy harcerze.
Jak się Magdalena Bielska dobrała do tego świata, jak go znalazła, skąd wywlokła, z jakiej ciemnej siebie? Bo jest: spójny, mokry, ciepły, migotliwy i najwyraźniej żyje, domaga się cudzej uwagi. Nazywa się “Wakacje, widmo” i puchnie od roślin, które nie powinny się zdarzyć, widoków, które nie powinny mieć miejsca. Przez ten organiczny zjawiskowy mikroświat maszeruje śmierć, się do niego wprowadza, przestawia przedmioty, zostawia swój śliski ślad na wszystkim, czego dotknie. Bohaterka tych wierszy gra z nią w ciuciubabkę. Przegra, wygra? Na razie umieszcza swój świat pod wodą, gdzie czas płynie powoli, rozciągnięty, gdzie koty i kamienie wypełniają małe podwórka, a każde okno, każde otwarte drzwi są szczeliną przez którą widać wszechświaty równoległe. Kobieta w niebieskiej sukience zabiela zupę, mężczyzna się nagle odrywa od ziemi i szybuje. To ziemskie życie – to rozżarzone rozwścieczone miasto? Zmysłowe i ciemne. Wychodzi się z niego w innym duchu, z cudami w kieszeniach.
Agnieszka Wolny-Hamkało
W wierszach Magdaleny Bielskiej łatwo uchwycić strzępy codziennego, a więc: dającego się sprawdzić doświadczenia. (…) Ta warstwa dostępnej dla wszystkich codzienności prześwietlona jest jednak indywidualnym przeżywaniem (…). W wyniku tego nakładania perspektyw codzienność przestaje być bezpieczna i oczywista, oddychanie staje się niemożliwe, wkraczamy w przerwę w istnieniu…
Marian Stala
Wydawnictwo a5 Biblioteka Poetycka pod redakcją Ryszarda Krynickiego, tom 61 ISBN 978-83-61298-15-1 Wydanie pierwsze – Kraków, kwiecień 2009 książka szyta, oprawa broszurowa ze skrzydełkami, format A5, stron 53
Czas powrócić do klasyki – czyli Krwiopijcy na tapecie raz jeszcze.
Najnowsza powieść bestsellerowego autora Baranka i Najgłupszego Anioła. Jody nigdy nie prosiła, żeby zostać wampirem. Ale kiedy ocknęła się przy pojemniku na śmieci z mocno poparzoną ręką, obolałą szyją, nadludzką siłą i typowym dla Nosferatu pragnieniem, zrozumiała, że decyzję podjęto za nią. Przestawienie się z codziennej harówki na niekończące się nocne polowania wymaga jednak nieco wysiłku, i tutaj przyda się C. Thomas Flood. Tommy (dla przyjaciół), niedoszły Kerouac z Incontinence w stanie Indiana, pracuje na nocną zmianę w supermarkecie w San Francisco. Wszystko się zmienia, gdy w drzwiach pojawia się rudowłosa, nieumarła istota… która wywołuje w jego życiu ? i w jego życiu po życiu ? wstrząs, jakiego nigdy by się nie spodziewał.”
Moore jak zwykle trzyma klasę – jego cięty język i zdolność do tworzenia zabawnych sytuacji, które zabawne nie są (zostać wampirem to nie motyw do kabaretu) tylko zachęcają do zapoznawania się z dalszą twórczością mistrza (jak choćby z najnowszym Błaznem).
Czytam tę książkę już po raz trzeci i dochodzę do wniosku, że nikt tak nie sparodiował tych opowieści o wampirach jak właśnie Moore. To już nie tylko kawał dobrego amerykańskiego humoru ale cięta satyra na te wszystkie nabzdyczone opowieści o rumuńskim królu, który wbijał na pal wrogów i czasem wypijał z nich trochę czerwonego płynu.
Widać, że Moore nie tworzy w próżni – aby napisać “Krwiopijców” (oraz ich kontynuację – “Ssij mała ssij”) musiał zapoznać się dokładnie ze wszystkim, co o wampirach napisano. Oczywiście autor nie byłby sobą, gdyby nie dodał czegoś od siebie (wampirzy seks jest lepszy niż “normalny”) jednak wszystkie kołki, czosnki i inne krzyże na wampira według Moore’a nie działają (nie licząc bardzo skutecznego słońca).
Szkoda, że wydawnictwo tak rzadko wydaje polskie tłumaczenia jego powieści. Nie pozostaje nam nic innego jak odwiedzać amazon i tam kupować książki Moore’a w oryginale. Zapewniam – zabawa jest jeszcze bardziej ciekawa. Polecam – lektura obowiązkowa.
“Krwiopijcy”
Christopher Moore
wydawnictwo MAG
2008
13 maja ukaże się książka Małgorzaty Dziewulskiej Inna obecność.
Tematem książki Małgorzaty Dziewulskiej Inna obecność są związki, jakie łączą niektórych bohaterów teatralnych końca XX wieku ze społeczną i/lub teatralną wspólnotą. Postaci, którym przygląda się autorka, mają cechy konwencjonalnie uznawane za aspołeczne i negatywne – przejawiają skłonności do izolowania się, agresji i autoagresji. Obdarzone są przy tym zdumiewająco silną obecnością sceniczną, są w jakiś sposób nieusuwalne. Dziewulska sprawdza żywotność takiej właśnie podmiotowości negatywnej, pokazując, w jaki sposób teatry Swinarskiego, Kantora, Grzegorzewskiego, Lupy czy Warlikowskiego czerpały i wciąż czerpią swą siłę z romantycznego źródła, świadomie lub podświadomie podtrzymując ten rodzaj obecności, jaki stworzył kiedyś Mickiewicz dla Upiora, Widma i Pustelnika. Śledzi, jak współcześni artyści teatru naruszają symbole zbiorowej wyobraźni i starają się wydrzeć coś z jej terenu po to, aby ją odnowić. Autorkę interesują zatem miejsca własne, które stają się miejscami wspólnymi, dlatego nawet najbardziej hermetyczne dzieła teatralne widzi jako otwarte na dialog, czasem w formie przewrotnej gry z widzem. Operując szczegółem, Dziewulska po mistrzowsku uprawia swego rodzaju hermeneutykę, w której konkret obrazu i działania urasta do rangi filozoficznej.
Inna obecność Małgorzaty Dziewulskiej została nagrodzona w konkursie literackim Fundacji Kultury “Promocja najnowszej literatury polskiej”.
Małgorzata Dziewulska – eseistka, pisarka teatralna, reżyserka. Ukończyła studia filozoficzne i reżyserskie. W latach 70. była współzałożycielką eksperymentalnego zespołu Puławskiego Studia Teatralnego, potem współpracowała z Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Zajmowała się również reżyserią operową. W latach 1991–1996 doradca literacki Starego Teatru w Krakowie, w latach 1997–2002 kierownik literacki Teatru Narodowego w Warszawie, a następnie konsultant programowy Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wykładała w Zakładzie Teatrologii Instytutu Filologii Polskiej UJ, a od 1994 roku na Wydziale Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Współredagowała miesięcznik „Res Publica”. Jest autorką książek o teatrze i kulturze współczesnej: Teatr zdradzonego przymierza oraz Artyści i Pielgrzymi.
Patroni medialni:
Dziennik, Zeszyty Literacki, Dwójka Polskie Radio, Teatr, Didaskalia, TVP Kultura
Książka ta ukaże się w Serii Teatru Dramatycznego pod redakcją Doroty Sajewskiej, która jest inicjatywą wydawniczą Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy im. Gustawa Holoubka oraz Wydawnictwa Sic!. Ta seria książek autorskich oraz antologii tekstów o teatrze i innych sztukach performatywnych we współczesnej rzeczywistości kulturowej jest pomyślana przede wszystkim, jako próba poszerzenia przez Teatr Dramatyczny społecznego pola gry. Naszym widzom pragniemy zaproponować tym razem w słowie (a zatem w medium dużo trwalszym niż teatr) myśli, które przywołują bliskie nam konteksty estetyczne, ideologiczne i historyczne. Tym zaś, którzy stronili dotąd od teatru, chcemy pokazać, jak fascynująca może się okazać podróż intelektualna przez sztukę teatru i jej okolice.
Małgorzata Dziewulska, Inna obecność, Wydawnictwo Sic! 2009r, 268 str., oprawa, format 135×205 mm, ISBN 97-88360457-73-3, cena detaliczna 39,00 zł
Ot, świeżutki materiał jednej z najbardziej multimedialnych bibliotek w Polsce.
Bibliotekarze Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach zapraszali przechodniów do wspólnej zabawy: kto zdecydował się przeczytać głośno fragment tekstu miał szansę wylosować ciekawą książkę lub znaleźć się w gronie obdarowanych pączkami z różą.
Autor “Kodu da Vinci” po dużym sukcesie swoich książek jakby zapadł się pod ziemię. Na szczęście nie porzucił pisarstwa i niedługo będziemy mogli cieszyć się jego nową powieścią.
Nowa książka Browna – “The lost symbol” ujrzy światło dzienne 15 września tego roku (nie wiem kiedy planowana jest polska edycja powieści). Jednak już pierwsze sygnały świadczą o tym, że będzie to hit przyszłorocznych wakacji.
Znów będziemy mogli się cieszyć perypetiami Roberta Langdona:
“The Lost Symbol is a brilliant and compelling thriller. Dan Brown’s prodigious talent for storytelling, infused with history, codes and intrigue, is on full display in this new book. This is one of the most anticipated publications in recent history, and it was well worth the wait,” said Sonny Mehta, Chairman and Editor in Chief of the Knopf Doubleday Publishing Group.
Brown’s longtime editor, Jason Kaufman, Vice President and Executive Editor at Doubleday said, “Nothing ever is as it first appears in a Dan Brown novel. This book’s narrative takes place in a twelve-hour period, and from the first page, Dan’s readers will feel the thrill of discovery as they follow Robert Langdon through a masterful and unexpected new landscape. The Lost Symbol is full of surprises.”
Zabawa zapowiada się przednia, bo być może to nie ostatnia książka Browna z Langdonem w roli głównej. Świadczyć o tym mogą słowa, jakie wypowiedział autor podczas wywiadu na temat swojej ostatniej książki:
“This novel has been a strange and wonderful journey,” said Brown. “Weaving five years of research into the story’s twelve-hour timeframe was an exhilarating challenge. Robert Langdon’s life clearly moves a lot faster than mine.”
Gdyby więcej takich książek było pisanych i wydawanych na rynku poszedłbym na archeologię teologiczną z chęcią bycia drugim Indianem Jones. Niestety życie potoczyło się inaczej – i muszą mi wystarczyć takie perełki, które wydawane są raz na 100 lat.
Aleksandra Polewska w mistrzowski sposób pisze o Biblii ze strony, jaka nie jest często widoczna w jakichkolwiek publikacjach. Może to wynik tego (o czym zresztą autorka przypomina we wstępie) – że wiary nie można udowadniać w sposób naukowy. Jednak taki punkt widzenia bardzo mi się podoba i nie zmienia całego postrzegania świętej dla chrześcijan księgi.
Co łączy św. Helenę z Indianą Jones? Pozornie nic, jednak czytając dociekania autorki stwierdzam, że ta święta była prekursorką takich archeologicznych wypraw, na co wskazuje wiele dowodów. Dodam, że na wyprawę, w której znalazła wiele pamiątek po Jezusie wybrała się … mając ponad 80 lat, co na tamte czasy było nie lada wyczynem i w czym bije na głowę bardziej znanego archeologa.
Czy Arka Przymierza znajduje się w Polsce? Od czego spłonęły Sodoma i Gomora? Na te i inne pytania (często bardzo zaskakujące) znajdziecie odpowiedź w książce Polewskiej. A jeśli nie będzie Was ona satysfakcjonowała – proszę bardzo – szczegółowa bibliografia pozwoli zajrzeć do źródeł, które mają jeszcze więcej informacji na dany temat.
Wszystko to napisane prostym i wciągającym językiem bez nadużywania naukowej narracji. Perełka, którą warto przeczytać.
Aleksandra Polewska
Na tropach biblijnych tajemnic
wydawnictwo Rafael
2009
“Najcudowniejsza” książka roku w której przedstawiamy cuda dokonane przez samego Chrystusa, cuda uczynione przez Boga za pośrednictwem apostołów i najpopularniejszych świętych, jak i te, dzięki którym na ołtarze wyniesieni zostali współcześni święci, także ci mniej znani szerokiemu gronu.
Opisano również specyficzne „cuda”, jakimi są tajemnicze charyzmaty i dary, którymi Bóg obdarzył swoich wybrańców, a także swoiste cuda wiary, czyli nawrócenia. Cudownymi ingerencjami Boga i jego świętych w życie współczesnych są również objawienia. W książce przedstawiamy zarówno największe uznane przez Kościół objawienia maryjne, objawienia Pana Jezusa, jak i objawienia św. Michała Archanioła.
Opisany został także fenomen płaczących Madonn. Wśród poruszanych tematów są również Boże ingerencje w bieg historii wyproszone przez wiernych gorącą modlitwą oraz cuda eucharystyczne. Znajdziemy też teksty dotyczące Polski i Polaków.
Książka z pewnością mile zaskoczy wielością i różnorodnością poruszanych tematów. A tytułowe „100 cudów” jest w zasadzie liczbą umowną. Uważny czytelnik znajdzie ich tu dużo, dużo więcej.
Księga 100 cudów robi wrażenie – i nie tylko na katolikach, lecz z pewnością na osobach, które nie są pewne wiary oraz tych, które od niej w ogóle się odsuwają. Cud – to nie łatwa sprawa – żeby móc mówić o jakimś wydarzeniu w takiej kategorii trzeba spełnić wiele wymogów, o których informuje autor we wstępie do książki.
Henyk Bejda wykonał kawał tytanicznej pracy, by w sposób ciekawy i naukowo mistrzowski zebrać wszystkie najważniejsze cuda w historii świata od tych, których opisy znajdziemy w Biblii (a jest ich sporo i większość znanych nam nie będzie) po cuda Jana Pawła II oraz Matki Teresy.
Co łączy wszystkie cuda? Wielka, wielka, wielka i jeszcze raz wielka miłość do Boga, umiłowanie Jego nakazów oraz radość, jaka otacza ludzi czyniących i doznających cuda bez względu na sytuację, w jakiej się znajdują. Cuda też mają drugie dno – dają na nowo możliwość odkrywania wiary i czuć obecność Boga w czasie, kiedy o nim zapomina się.
Bejda opisuje wszystko takim językiem, że naprawdę trudno będzie nawet największemu niedowiarkowi zakwestionować wszystkie opowieści, jakie zebrał w tej księdze. Szkoda, że nie zdecydowano się na włączenie fotografii, które dawałyby widoczne świadectwo. Nie ma jednak co wymagać za wiele – wszystko można sobie wyobrazić dzięki tak pieczołowicie wykonanej pracy.
Bibliografia oraz odnośniki są mocną stroną wydawnictwa. Pod większością z cudów znajdziemy adresy kolejnych publikacji, dzięki którym znacząco będzie można poszerzyć swoją wiedzę na dany temat. Oby tak dalej – bo już w poprzednich książkach wydawnictwo przyłożyło do tego ogromną wagę.
100 cudów jest rzeczywiście liczbą umowną. Kolejny cud to uświadomienie sobie czytelnikowi, że sam wielokrotnie był świadkiem cudów – nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy. I o to w cudach z pewnością chodzi.
Polecam.
Henryk Bejda
“Księga 100 wielkich cudów”
wydawnictwo Rafael
2009
Czyli przypadkowo rozpocząłem drogę ku przeczytaniu całej twórczości Mastertona.
Akcja powieści nie jest skomplikowana … do czasu. Posłużmy się opisem z obwoluty książki.
Fortyfoot House – zaniedbany wiktoriański sierociniec na wyspie Wight – kryje w sobie mroczną tajemnicę. Przed ponad stu laty zmarli tam w niewyjaśnionych okolicznościach wszyscy wychowankowie – sześćdziesięcioro dzieci. Okoliczni mieszkańcy nadal unikają rozmów na temat zabytkowego domostwa i omijają go z daleka. Coś podstępnego i przerażającego czai się w jego wnętrzu. David Williams, wychowujący samotnie siedmioletniego syna, podejmuje się dokonać remontu tajemniczego budynku. Wraz z nimi do domu wprowadza się piękna, młoda dziewczyna. W Fortyfoot House ma miejsce seria niezwykłych i zarazem tragicznych wydarzeń. Zbyt późno David odkrywa sekrety sumeryjskich bram czasu i prastarej cywilizacji, która panowała na Ziemi przed nastaniem człowieka i która chce z powrotem zająć jego miejsce…
Mamy w książce wszystko, czego należy wymagać od horroru. Ciągłe napięcie, które stopniowane wybucha w finale opowieści. Stwory, strzygi i upiory również robią wrażenie (choć Jenkins w miarę postępu akcji traci swój przerażający image zamieniając się bardziej złego Quasimodo). Stary dom, który zapewne do dziś straszy i niszczy każdego, kto zechce w nim zamieszkać. Dodajmy do tego młodą i podatną na opętania studentkę biologii – robi się bardzo ciekawie.
Masterton nie wie zapewne co to nuda – podczas lektury nie mamy możliwości się nudzić. Podróże w czasie okraszone dużą dawką adrenaliny, nachodzące na siebie światy równoległe oraz czarownica mająca powić świętą trójcę, która zniszczy świat – to wszystko działa na wyobraźnię. Nigdy już samemu nie zechcecie zostać w domku ze strychem – oj nie…
Na minus tej drapieżnej opowieści – zbyt wiele wątków sf, które na całe szczęście nie są rozwijane w sposób uniemożliwiający delektowanie się najwyższej klasy horrorem.
Odrzucam na razie przewidywalnego Kinga wkraczając w świat Mastertona – terra incognita horroru. Z pewnością nie będzie nudy – czego i wam życzę – nie tylko przy lekturze “Drapieżców”.
“Drapieżcy”
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2009
Rynek książek dla dzieci – wbrew temu co czasem zobaczyć możemy w księgarniach – nie zachwyca konkretną i ciekawą ofertą dla milusińskich. Na szczęście – idzie ku lepszemu.
W piątek, 24 kwietnia odbędzie się premiera pierwszego tomu („Pięciowidmowego hotelu”) serii książek dla dzieci „Will Moogley. Agencja Duchów” autorstwa Pierdomenico Baccalario.
O książce:
Will był w gorszym humorze niż kiedykolwiek. Gdy tylko wrócił do domu (kompletnie przemoczony), zwlókł się ze swej zapadłej kanapy, by zorientować się, że zapas jego ulubionego, potrójnie czekoladowego kremu właśnie się skończył. Jednak humor poprawił mu się niespodziewanie, gdy przeczytał w „Kurierze Duchów”, że sieć hoteli Duch-Lux planuje przekształcić starą posiadłość w hotel dla bogaczy żądnych dreszczy… Czyż to nie idealna okazja, aby odmienić los podupadłej agencji duchów Willarda Moogleya?
O autorze:
Urodził się 6 marca 1974 roku. Zaczął pisać jeszcze w liceum. Kiedy nudził się na lekcjach, tworzył opowiadania, udając, że robi notatki. Podczas studiów na wydziale prawa otrzymał nagrodę Premio Battello a Vapore za powieść „La strada del guerriero” i był to najpiękniejszy dzień jego życia. Właśnie wtedy zaczął wydawać powieści. Dzięki serii „Ulysses Moore” jego książki trafiły do czytelników na całym świecie. Kocha podróże, zwiedzanie nowych miejsc i poznawanie innych zwyczajów, choć zawsze z przyjemnością wraca do domu.
Zapis spotkania z Mają Lidią Kossakowską i Jakubem Ćwiekiem, które odbyło się 25 marca 2009 w Lublinie, w ramach sesji naukowej „Anioły i demony w literaturze fantastycznej zorganizowanej przez Koło Polonistów Studentów KUL.
What The Kids Are Eating of the Day: Ruled not good enough by America’s largest fast-food chains, the so-called “pink slime” — meat and meat by-products treated with ammonia — is still A-OK by U.S. Department of Agriculture standards.
McDonald’s, Burger King, and Taco Bell were all persuaded to stop using ammonia-treated meat after the practice of rinsing dog-grade meat with ammonia to wash away harmful bacteria was brought to the attention of consumers by celebrity chef Jamie Oliver.
“We’re taking a product that would be sold in its cheaper form for dogs,” said Oliver on his TV show Food Revolution. “After this process, we can give it to humans.”
But a USDA spokesman said there were no plans to stop using pink slime as part of the national school lunch program.
“The U.S. Food and Drug Administration as well as the Food Safety and Inspection Service considers ammonium hydroxide as ‘generally recognized as safe,’” said the spokesman, Aaron Lavallee. “FSIS reviewed the suitability of Beef Products Inc.’s use of ammonium hydroxide in order to assess its effectiveness in performing the intended technical purpose of use, at lowest level necessary, and to ensure that the product is not adulterated or misleading to consumers.”
However, since ammonia beef falls outside the jurisdiction of federal labeling requirements, parents have no way of knowing what exactly is being served to their kids.
ACTA jest bardzo dobre, popieram, i będę głosował za ACTA natychmiast, jak tylko pojawi się w parlamencie. Ci młodzi ludzie nic nie rozumieją. Demonstrują z symbolami Polski Podziemnej. Ludzie ginęli na gestapo, w Oświęcimiu ginęli pod tymi symbolami! Jeśli ktoś w takiej sprawie wynosi symbole Polski Podziemnej to jest idiotą i nie należy z nim w ogóle dyskutować