Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych zaprosiła Bibliotekę Narodową do współpracy przy projekcie Światowej Biblioteki Cyfrowej. W uroczystej inauguracji projektu w siedzibie UNESCO w Paryżu 21 kwietnia br. uczestniczył dyrektor BN dr Tomasz Makowski.
To już drugi międzynarodowy projekt tego typu, w którym uczestniczyć będzie Biblioteka Narodowa – od dwóch lat BN współtworzy bowiem Europejską Bibliotekę Cyfrową Europeanę, która prezentuje już ponad cztery miliony obiektów i jest dostępna w 27 wersjach językowych.
Światowa Biblioteka Cyfrowa została utworzona z inicjatywy Organizacji Narodów Zjednoczonych i realizowana jest przez zespół biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych. Zawiera na razie około tysiąca dokumentów i jest dostępna w siedmiu językach na stronie www.wdl.org.
Nasza Księgarnia korzystając z dobrodziejstwa, jakie daje internet zaczyna coraz mocniej inwestować w te formę przekazu. Czego dowodem ostatnia promocja najnowszej książki – “Młody samuraj”.
Pod tym adresem znajdziemy niebanalną i ciekawą stronę, która poszerzy naszą wiedzę o książce. Sam czytam – jak tylko skończę od razu podzielę się swoimi wrażeniami.
W marcu 2008 roku pan Nowak, robotnik z małego miasta w stanie Washington kupił „Chatę”, opowieść o zrozpaczonym i wątpiącym ojcu, który spotyka się z Bogiem pod postacią jowialnej Murzynki. Był tak poruszony historią odkupienia i miłością Boga, przedstawionymi w książce, że szybko kupił następne 10 egzemplarzy. Jak mówi: „Rzeczywiście, jest coś takiego w tej książce, że ludzie sobie ją polecają”. W rok po chałupniczym wydaniu przez Brada Cummingsa, byłego pastora i właściciela powstałego tylko w tym celu wydawnictwa , „Chata” sprzedała się w milionie egzemplarzy. Do dzisiaj sprzedano ponad 5 milionów.
„Chata” zostanie wydana w Polsce w kwietniu tego roku nakładem wydawnictwa Nowa Proza www.nowaproza.eu
Tysiące takich ludzi jak pan Nowak , praktykujący katolik, złożyło się na sukces „Chaty”, powieści napisanej przez Williama P. Younga, byłego kierownika biura i pracownika hotelowego, i wydanej przez dwóch pastorów. W ciągu roku „Chata” osiągnęła status ogólnokrajowego bestsellera . „Chata” jest niezwykłym przykładem na to, jak polecany sobie pocztą pantoflową fenomen wydawniczy eksploduje w megahit, wypierając z największych sieci sprzedaży tytuły, za którymi stoi potężna machina marketingowej i dystrybucyjnej potęgi ogromnych amerykańskich koncernów wydawniczych. Po niespełna roku od wydania, „Chata” w czerwcu 2008 r. zadebiutowała na 1. miejscu listy bestsellerów New York Timesa, gdzie pozostaje do dziś. „Chata” jest na 1. miejscu listy beletrystyki Grupy Borders, sieci ponad 1000 księgarń Barnes & Noble.
O książce:
Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatą, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu , Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.
W czasach, gdy religia staje się coraz mniej istotna, „Chata” zmaga się z ponadczasowym pytaniem: „Gdzie jest Bóg w świecie tak pełnym niewysłowionego bólu?”. Odpowiedzi, które dostanie Mack, zadziwią Was, i być może odmienią tak jak jego. W otoczce twórczej błyskotliwości „Chata” jest głęboka duchowo, teologicznie oświecająca i ma moc wpływania na życie. „Chata” odcina się zarówno od komunałów religijnych, jak i tanich chwytów złego pisarstwa, i ujawnia coś ważnego i pięknego na temat tańca życia z boskością. Tę historię czyta się jak modlitwę, jak najlepszy rodzaj modlitwy, pełen męki, zadziwienia, jasności i zaskoczenia. Spostrzeżenia Williama Younga są nie tylko zniewalające, ale również prawdziwe i zgodne z Biblią. „Chata” to uprzejme zaproszenie do podróży do samego serca Boga.
Brad Cummings , pierwszy wydawca książki sprzedawał ją z własnego garażu, a w reklamę zainwestował jedynie… 300 dolarów. „Ludzie dzwonili i kupowali po kilkanaście egzemplarzy lub całe paczki” – mówi Brad Cummings.
W maju 2008 roku jedno z największych amerykańskich wydawnictw Hachette Book Group utworzyło spółkę z wydawcą „Chaty”, aby wydać książkę pod wspólną marką z pełnym rozmachu planem marketingowym.
Paul Young, autor „Chaty”, mówi, że książka powstała jako prezent dla jego sześciorga dzieci. „Chata” ma być metaforą „domu, który budujesz na własnym cierpieniu”.
Na wrażenia, jakie wywiera „Chata” na czytelnikach, zapewne wpłynął fakt doświadczenia przez autora wielkiego nieszczęścia. Zazwyczaj osobiste tragedie otwierają nas i uwrażliwiają. Tak było i tym razem. Na niezwykłą mieszankę cierpienia i wiary niewątpliwie wywarły wpływ wychowanie i doświadczenia Williama Younga z dzieciństwa. Jego rodzice byli misjonarzami. William P. Young urodził się jako Kanadyjczyk i dzieciństwo spędził wśród plemienia z epoki kamiennej żyjącego na Papui – Nowej Gwinei. Tam został zgwałcony. Pod wpływem doznanego nieszczęścia Young doświadczył zwątpienia i przechodził kryzys wiary. „Chata” jest beletrystyczną alegorią jego osobistej podróży przez ocean zwątpienia aż do osiągnięcia wybaczenia. Young zaczął pisać książkę w 2005 roku, aby pokazać swoje nawrócenie i nowe podejście do Boga. Do przedstawienia Boga wykorzystał postać Murzynki, stolarza i Azjatki, starając się tym samym zmienić religijne uprzedzenia. „Chciałem powiedzieć coś w rodzaju: wiesz, nie wierzę, że Bóg jest Gandalfem ani Zeusem, który karze za jakiekolwiek twoje niedoskonałości”. Young rozdał pierwsze 10 kopii swoim dzieciom i przyjaciołom. Kiedy przyjaciele przyszli po więcej, aby rozesłać je znajomym, pomyślał, że książka nadaje się do udostępnienia większej liczbie odbiorców. Wysłał ją do zaprzyjaźnionego pastora, który uznał ją za rzecz wyjątkową. We trójkę z Bradem Cummingsem pracowali nad książką przez następne 16 miesięcy. Potem pokazywali ją w wydawnictwach. Niestety, żadne nie było nią zainteresowane. Chrześcijańskie wydawnictwa odrzucały ją jako zbyt świecką, komercyjne – jako zbyt religijną. Wtedy zdecydowali się wydać „Chatę” na własny koszt.
„Chata” to piękna historia o tym , jak Bóg przychodzi do nas w naszych smutkach, do nas uwięzionych we własnych rozczarowaniach, zdradzonych przez własne wyobrażenia. Nigdy nie zostawia nas tam, gdzie nas znajduje, jeśli się przy tym nie upieramy.
Będziecie chcieli, żeby wszyscy przeczytali tę książkę!
Czołowy brytyjski pisarz James Graham Ballard, autor m.in. autobiograficznej powieści “Imperium Słońca”, zmarł w niedzielę w wieku 78 lat.
Agentka pisarza Margaret Hanbury, która poinformowała o śmierci Ballarda, powiedziała, że zgon nastąpił po długiej chorobie.
Urodził się w Szanghaju. Po ataku na Pearl Harbour rodzina pisarza została internowana. W 1946 roku po zakończeniu wojny, Ballard przybył do Anglii z matką i siostrą.
Studiował medycynę w Cambridge, pracował dla firm reklamowych, był bileterem w Covent Garden, wreszcie zaciągnął się do RAF-u i odbył służbę w Kanadzie.
Książka “Imperium Słońca”, której bohater – podobnie jak Ballard – przebywał w czasie II wojny światowej w japońskim obozie dla internowanych, została sfilmowana w 1987 roku przez Stevena Spielberga.
W powieści z 1973 roku zatytułowanej “Crash”, główny bohater nazywa się James Ballard i mieszka w Shepperton, nie jest to jednak powieść autobiograficzna. Reżyserem wersji filmowej książki był David Cronenberg.
Mocne, ciekawe i uderzające. Takie są wydarzenia opisane w “Strefie Światła – Walce o szczęście”.
Kiedy Ula odzyskuje przytomność, jej twarz jest straszliwie poraniona żrącym kwasem. Okaleczył ją człowiek, którego kiedyś kochała. Dziewczyna miesiącami balansuje na krawędzi śmierci. Przechodzi ponad 80 operacji i zabiegów. Powoli wraca do życia. Uczy się, jak sobie radzić z odmiennością, poczuciem odrzucenia, bólem fizycznym i psychicznym. Choć nikt nie wierzy, że będzie jeszcze szczęśliwa, pragnie pokonać wszelkie przeciwności losu, a może nawet – kto wie? – odnaleźć wielką miłość.
Książka nie jest kolejną opowieścią, która mogła/może się wydarzyć. To autentyczne zapiski osoby, która przeżyła właśnie te wydarzenia. Jak pisze wydawca – o tej sprawie informowały kiedyś media. To pisanie stało się doskonałą formą autoterapii, która pomogła autorce ukrywającej się pod pseudonimem dojść do siebie.
Gdy czytamy o bólu operacji, o cierpieniu psychicznym, jakie spotkało bohaterkę nie możemy uwierzyć w taki ogrom zła. Wszystko jest do bólu prawdziwe, wszystko jest realistyczne. Potwierdza się scenariusz, w którym na początku nikt nie wierzy ofierze. Dopiero z czasem wszyscy odkrywają prawdę, którą od początku opisywała Ula.
Jak na autorkę bez literackiego przygotowania i bez chęci bycia pisarzem książka napisana jest sprawnie i ciekawie. Cała lektura zajmie nam 1 wieczór więc warto zainwestować w tą pozycję.
Widać wyraźnie, że warto dokładnie zastanowić się, czy pierwsze wrażenie, gdy patrzymy na człowieka nie jest złudne. Bo miłość prawdziwa może kryć się zupełnie gdzie indziej.
Polecam.
Polecam – to trzeba przeczytać.
Strefa światła. Walka o szczęście – historia prawdziwa
Wiktoria Zender
Nasza Księgarnia
2009
Wydaje się, że wymarzone lato stało się rzeczywistością dla hollywoodzkiej księżniczki Kaitlin Burke.
Media (znów) ją kochają, superprzystojny i zabawny Austin Meyers w końcu został jej chłopakiem, a jej ulubiony reżyser Hutch Adams zatrudnił ją do swojego najnowszego filmu. Lepiej być nie może. Ale życie na planie nie jest wcale tak idealne jak najmodniejszy makijaż czy szyte na zamówienie kostiumy. A z oślizgłym byłym chłopakiem i snującą intrygi nową kierowniczką marketingu u boku wszystko może się jeszcze bardziej skomplikować…
Jen Calonita kontynuuje swoją serię opowieści o życiu w Hollowood zdradzając wszystkie najciekawsze sekrety pracy na planie oraz poza nim. Dlaczego niektórzy mogą żądać więcej pieniędzy niż inni? Czym mierzy się sławę danej gwiazdy? jak powstają tytuły filmów? To tylko niektóre sekrety zdradzone z pełnym wyjaśnieniem znajdziemy w książce.
Te nie są oczywiście najważniejsze. Kaitlin i jej gwiazdorskie perypetie są okazją do tego by pogadać o życiu w Hollywood. A jak widać po niej – nie jest za ciekawie. Intrygi, problemy, wymagania producentów – to chleb codzienny młodej gwiazdy, która pragnie to wszystko połączyć z miłością do chłopaka z innego (czytaj normalnego) świata. Czy uda jej się to połączyć?
Doskonała powieść dla wszystkich, którzy chcą wiedzieć więcej o gwiazdach a na dodatek pragną chwili oddechu w tym zabieganym i ciągle zajętym świecie. Polecam.
Sekrety mojego życia w Hollywood. Na planie
Jen Calonita
Nasza Księgarnia
2009
O kogo chodzi? Oczywiście o Zbigniewa Religę i wywiad rzekę, który przeprowadził z nim Jan Osiecki.
Jak zwykle książka ukazała się tuż po śmierci głównego bohatera pozycji. Nie mam żalu do wydawnictwa, tym bardziej, że zwykle tak się dzieje. W tym przypadku część dochodu ze sprzedaży przeznaczona jest na rzecz Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu – więc kupno książki jest niejako przyczynieniem się do rozwoju ogromnego dzieła zapoczątkowanego przez Zbigniewa Religę.
Co w książce? Czytamy opowieść z prawie całego życia profesora począwszy od czasów najmłodszych aż do objęcia funkcji ministra zdrowia oraz jego walki z chorobą. Nie za dużo, nie za mało – w sam raz. Żadna sytuacja nie jest przegadana, a Jan Osiecki idealnie zadaje pytania zachowując schemat, który zapewne sobie zamierzył.
Jest parę ciekawostek, o których wcześniej nie słyszeliśmy (znajomość z Wałęsą, wyjazd do USA, początki przeszczepów serca), które rzucają jeszcze większe światło na działalność profesora i przyczyny, jakie kierowały nim w karierze zawodowej i życiu prywatnym.
Właśnie o życiu prywatnym Zbigniewa Religii możemy dowiedzieć się najwięcej. Nigdy nie wystawiał go na światło dzienne – zawsze mało o nim wiedzieliśmy. Do czas tego wywiadu rzecz jasna. Syn, żona, dalsza rodzina – z pewnością te opowieści zainteresują niejednego.
Działy przeplatane są wspomnieniami uczniów, znajomych Zbigniewa Religii, którzy wszyscy jak jeden mąż wspominają go bardzo dobrze i tylko potwierdzają słowa samego profesora o sobie.
Miłe, ciekawe i jednocześnie pełniące funkcję zachęcającą do np. oddawania organów ostatnie rozmowy profesora z pewnością długo nie zejdą z pierwszych miejsc najpopularniejszych książek roku. I dobrze – takie wywiady chciałoby się czytać jak najczęściej.
Jan Osiecki
“Człowiek z sercem na dłoni”
wyd. prószyński i s-ka
2009
Czyli o tym, co spotka nas po śmierci opowiada niezastąpiony ojciec Badeni.
Wydawnictwo Rafael ma ostatnio szczęście do takich smaczków. Najpierw biblia opowiedziana trochę inaczej – teraz dzieło, które rozwiewa wątpliwości niektórych ludzi co do pojęcia ostateczności.
O czym rozmawiają autorzy? Oczywiście o życiu po śmierci. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć coś więcej o samym momencie umierania – ta książka to zły adres. Jeśli jednak interesuje nas to, co zobaczymy (lub nie) na tamtym świecie zapraszam.
Ile jest aniołów, jakie są to anioły i skąd w ogóle wiemy, że istnieją? To tylko niektóre pytania znajdujące odpowiedź w książce. Czy warto się modlić i o co chodzi z namaszczeniem chorych jest równie dobrze (i prosto) wyjaśnione co instrukcja obsługi długopisu. Czy kremacja nie przekreśla drogi do nieba? Dlaczego diabeł nas atakuje i jak wygląda piekło? Odpowiedzi znajdziecie w rozmowie z ojcem Badenim.
Ojciec Badeni podchodzi do spraw z humorem oraz poczuciem tego, że śmierć i tak musi nastąpić oraz co ważniejsze – jest przez niektórych wyczekiwana najmocniej na świecie. Taki fenomen trudny jest do zrozumienia – gdy jednak przeczytamy argumenty za, zasiane zostanie w nas ziarno, które pielęgnowane pozwoli również dostrzec istotę takiego zachowania.
Autorka w rozmowie z ojcem Badenim przypomina wielu mistyków oraz świętych, którzy dali nam obraz tego, co jest po życiu. Więc jest jasność, ciepło, błogi spokój oraz wszystkie rzeczy porozrzucane na kartach Biblii. Dominikanin dorzuca jeszcze swoje mistyczne objawienia i dzięki takim zabiegom możemy w pełni zrozumieć istotę tej książki – śmierć jest tylko przejściem do lepszego świata. Oczywiście musimy spełnić pewne warunki – dla chcącego jednak nic trudnego.
Doskonały język i trafne pytania sprawiają, że lektura zajmie nam niecałą godzinę. W porównaniu do wieczności – mało czasu, a zyskujemy bardzo dużo.
Myślę, że takimi słowami (jak te ojca Badeniego) powinno się operować w kościele, aby wszystkie sprawy pozostawały dla nas jasne. Przykład – po śmierci czeka nas coca cola i lemoniada bez ograniczeń – i wszystko staje się jasne
Na nasze nieszczęście – niestety tak nie jest. Dobrze jednak, że mamy takie książki jak ta.
Dawno, dawno temu, gdy żył jeszcze cesarz a Sokrates wykładał swoje myśli … było czyściej niż obecnie
Skąd się wzięło mydło? Co naprawdę działo się w łaźniach rzymskich? Która narodowość czyściła zęby uryną? Jak wyglądała poranna toaleta Ludwika XIV, Króla-Słońce?. Na te i inne pytania odpowiada w swej książce Katherine Ashenburg, tworząc jednocześnie wyjątkowy obraz ewolucji pojęcia higieny od czasów najdawniejszych po wiek XX.
Autorka ma talent do tego typu poszukiwań historycznych. Już wcześniej pisała o obyczajach, jakie towarzyszyły naszym przodkom (a u nas wywołują obrzydzenie). W przypadku lektury tej książki będzie zapewne podobnie.
No bo jak można sobie wyobrazić, by sikać i oddawać inne fekalia w miejscach publicznych – a potem – jak ma to miejsce w przypadku rzeki – brać w niej “uzdrawiające” kąpiele, które mają pomóc nam się uzdrowić. Kolejna rzecz to zatykanie wszystkich porów ciała, byleby tylko woda się tam nie przedostała. Hitem jest francuska higena z dworów Ludwika, gdzie czystość oznaczała zmianę koszuli na bielszą (znany jeden przypadek, kiedy delikwent nosił jedną koszulę 3 lata, a gdy postanowił ją zdjąć to TYLKO z własną skórą i kawałkami mięsa).
Na przestrzeni epok zmieniały się poglądy na “brud” jako taki, co ściśle łączyło się z koncepcjami prywatności, zdrowia i choroby, śmierci, z poglądami na religię i seksualność, z koncepcjami dotyczącymi sensu życia. Instytucje państwowe, kościelne, lekarze, pisarze, autorytety moralne różnie podchodzili do dbania o czystość, raz gloryfikując, raz przeklinając ideę “mycia się”.
Doskonały język doprawia tylko tej świńskiej w kawałkach książki. Ale i tak polecam.
Historia brudu
Katherine Ashenburg
Wydawnictwo Bellona
2009
A myślałem, że będzie tak pięknie a tu dupa blada.
“Patrzę na to, co się dzieje – i tylko głową kiwam. Jasne było, że jak d…kracja, to musi być coraz głupiej, ale czasem trudno mi za tym postępem nadążyć. Jestem człowiekiem, który chodził do szkoły w czasach normalnych – w tym sensie, że nie było jeszcze telewizji. W związku z tym myślę logicznie – i zawsze zdumiewa mnie, że Ludzie Epoki Telewizji nie widzą świata takiego, jaki jest, tylko taki, jaki im pokazano na szklanym ekranie.”
Tyle Janusz Korwin Mikke we wstępie do książki. Warto o niej napisać bo to w Polsce pierwsze pokłosie blogerskiej działalności polityka – dodajmy szczęśliwej 920 mln słynnych i powtarzanych na każdym kroku przez autora odwiedzin robi wrażenie.
Jednak pomysł przenoszenia bloga do książki nie wypalił. I nie wiem, czy to wina autora czy też wydawnictwa, jednak ktoś dał dupy na całym froncie. Nie starczyło notek o rusofobach z bloga – ok, dajmy wcześniejsze teksty z gazet. Nie starcza z gazet – dajmy jeszcze teksty z NCZ. I tych za mało? – spoko – weźmy jeden długi komentarz, na który odpowiada autor. Panowie i panie – tak być nie może.
Mikke pisze ciekawie i nawet trafnie udowadnia swój punkt widzenia. Jako podręcznikowy liberał daje receptę prostą i skuteczną na wszystkie polskie i zagraniczne bolączki. Nie zostawia suchej nitki na złej polityce zagranicznej (czy to naszej czy też UE) jednak jego krytyka jest wdzięczna i ciekawa – jak “Dziesiąta Symfonia” Beethovena.
Jednak ciekawe pisanie z bloga zażyna druk i basta. Nie ma już odnośników, brak też filmików a skład książki sprawia trudność w odszyfrowaniu, co autor miał na myśli.
Bez Sieci czuję się nieswojo. Jak cowboy bez spluwy mniej więcej
Panie januszu – pisz pan bloga i na Boga nie wydawaj już więcej tego w formie drukowanej. Lepiej pozostać dobrym blogerem niż wydawać miernoty porównywalne tylko z zerem.
Nie polecam.
Rusofoby w odwrocie
Janusz Korwin-Mikke
Red Horse
2009
Christopher Moore kierował już ostrze swojego dowcipu na śmierć, zombie, samce alfa, anioły, kapłanki, a nawet Jezusa. Teraz zaś składa hołd jednej z najznaczniejszych postaci w historii kultury: Szekspirowi.
Jest bardzo ciekawie – Król Lir w interpretacji autora Baranka (polecam na święta) jest nowum, jakiego jeszcze nie widział świat. Tytułowy błazen to sierota, wychowany przez zakonnice. Został trefnisiem i zaufanym powiernikiem króla, który ma trzy piękne, a chwilami niebezpieczne córki. W zamku Lira na porządku dziennym są zdrady, intrygi i zabójstwa, a błazen i jego uczeń (Śliniak) znajdują się w samym środku wydarzeń.
Mamy chędorzenia od groma, walenie konia, orgie z pustelnicą oraz widmo, które dyma wszystko co chodzi i na drzewo nie ucieka. Moore czyni okres średniowiecza piekłem na ziemi – jednak jak zwykle jest to piekło z jajem, o którym Szekspir nie mógł nigdy pomyśleć.
Oczywiście sam hardcore to nie wszystko – Moore posługując się opowieścią Szekspira ( i paroma zgrabnie wykorzystanymi cytatami) sam tworzy finał tej historii – zaskakujący i niezwykle śmieszny. Oczywiście dla tych, którzy a. znają już jego specyficzny humor i b. nie uważają Szekspira za autora nie do ruszenia.
Bajecznie budowane zdania (na modę średniowiecza?), wyśmiewanie Francuzów oraz Walijczyków (zarówno pod względem języka jak i obyczajów) oraz pisanie błazna w aktach, jak gdyby miał być to dramat (na szczęście to tylko miłe dodatki – całość napisana jest doskonałą prozą) sprawiają, że znów Moore jawi się jako mistrz lektury odprężającej z nutką jakiegoś przesłania (nieważne) oraz nowego, świeżego spojrzenia na epokę mrocznych katakumb.
Szkoda, że wydawnictwo MAG przesunęło premierę Błazna (i nie napisało dlaczego) – niemniej długie tygodnie oczekiwania zostały nagrodzone opowieścią, o jakiej się filologom zajmującym się Szekspirem nie śniło. Czekam na kolejne powieści Moore’a – z pewnością tak dobre jak Błazen – opowieść o bękarcie, który został królem
Dionizy Fiotroń, bohater najnowszej powieści Izabeli Sowy, przekonuje się na własnej skórze, że drobiazgi mogą raz na zawsze odmienić codzienność. Izabela Sowa, autorka topowej literatury dla kobiet, powraca słodko-gorzką powieścią, w której nie ma łatwych rozwiązań tak jak nie ma oczywistych odpowiedzi na podstawowe pytania. Dionizy Fiotroń wiedzie wygodne i uporządkowane życie do momentu, gdy zaczyna podejrzewać żonę o romans. Nie mając konkretnych dowodów w ręku, za to niezmąconą pewność, że coś się zmieniło, decyduje się na prywatne śledztwo. Nietypowe sprawy wymagają niekonwencjonalnych rozwiązań. W ten oto sposób Fiotroń trafia na trop tajemniczej Brzytwy, która obiecuje pomoc w rozwiązaniu sprawy w zamian za … jeden tydzień jego życia! Czy metody ostrej i bezkompromisowej Brzytwy dadzą pożądane rezultaty? Na ile prób wystawiony zostanie racjonalizm i spokój Dionizego Fiotronia? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie czytelnika, który towarzyszy Fiotroniowi na torze przeszkód, jakim staje się próba rozwikłania tajemniczego zachowania jego żony. Okazuje się, że Brzytwa nie należy do detektywów w typie Sherlocka Holmesa, a jej działania daleko odbiegają od tradycyjnych metod zbierania dowodów. Wspólnie spędzony tydzień rzuca nowe światło na wiele niepozornych spraw, stając się dla Fiotronia przebudzeniem z bardzo aktywnego letargu. Zajmująca fabuła, pełna błyskotliwego humoru i celnych obserwacji jest dla autorki punktem wyjścia do głębszej refleksji, podanej w sposób subtelny i lekki. “Ścianka działowa” to nie tylko zajmująco opowiedziana historia pewnego małżeńskiego śledztwa, ale również swoisty drogowskaz pełni życia. Fiotroń – przedstawiciel rodzącej się klasy średniej, perfekcyjnie zarządzający własnym czasem, którego grafik łączy karierę zawodową z kursami rozwoju duszy i wewnętrznej detoksyzacji – żyje realizując kolejne zadania. Zapomina gdzieś po drodze, że kiedyś obiecał sobie nie rozmienić życia na drobne. Wartością powieści Sowy jest styl wyróżniający się ciepłem, ironią i przenikliwością. Izabela Sowa jest pisarką wielowymiarową, dającą czytelnikom jednocześnie doskonałą rozrywkę i ważne przemyślenia, skłaniające do zadumy.
Czubaj i Krajewski kontynuują opowieść o komisarzu z gdańskich falowców.
Nadkomisarz Jarosław Pater przygotowuje się do wakacyjnego wyjazdu z atrakcyjną kobietą, kiedy dostaje wezwanie do zbadania dziwnej sprawy: W tartaku pod Wejherowem znaleziono zmumifikowane zwłoki nieznanego mężczyzny. Co gorsza, równocześnie okazuje się, że nad morzem przebywa najprawdopodobniej seryjny morderca, który powtarza zbrodnie sprzed lat. Po ostatnim zabójstwie napisał do policji, że jedzie “pooddychać jodem” Pater rozpoczyna śledztwo, w którym przyjdzie mu opuścić rodzinne Trójmiasto i odnaleźć się w układach i układzikach rządzących małymi miejscowościami wypoczynkowymi. Zapracowany nadkomisarz musi zwodzić obietnicami rozdrażnioną towarzyszkę. Okazuje się bowiem, że odkryta właśnie zbrodnia przypomina zabójstwo, którego sprawcy nie zatrzymał kilka lat temu. Czy tatuaż, który miały wszystkie ofiary, będzie kluczem do rozwiązania tej zagadki?
Pierwsze co mnie uderzyło, to znów Wejherowo jako miejsce, które odgrywa ważną rolę w tej książce (wszak pierwszy trup znaleziony zostaje właśnie w tartaku w pobliżu mojego rodzinnego miasta). Druga rzecz, to już wzmianka o emeryturze komisarza Patera (czyżby autorom skończyły się pomysły na historie z Trójmiasta). Trzecia rzecz – to wysoki poziom opowieści, jaki od lat zachowują obaj panowie.
Pater – miłośnik dobrej książki i jeszcze lepszej muzyki poważnej znów gdzieś obok śledztwa przedstawia nam swoje spostrzeżenia (opinie?) na temat Polski i Polaków. Pomiędzy kolejnymi poszlakami dowiadujemy się więcej o jego życiu (niż miało to miejsce w Alei Samobójców). Swój chłop – filolog, miłośnik piłki nożnej i językowy purysta jeżdżący zdezelowaną Toyotą Corollą urzeka i pozostaje na długo w pamięci czytelnika. Takich policjantów nam trzeba – szkoda, że to tylko literacka fikcja.
Gdańsk i okolice jak zwykle opisane z najwyższą pieczołowitością. W ogóle język, narracja oraz całościowe budowanie napięcia stanowią doskonały atut tej (i nie tylko książki) obu autorów. Szkoda, że na polskim rynku takie rodzynki zdarzają się raz na 100 lat.
Doskonała pozycja na wakacyjne wypady (szczególnie w okolice półwyspu). Polecam szukanie miejsc, w których dzieje się akcja – pomimo zastosowania zasady wszelkie podobieństwo do osób i miejsc przypadkowe – wszystko układa mi się w jedną logiczną i REALISTYCZNĄ całość.
Wakacje z “Różami cmentarnymi” będą hitem tegorocznych wypadów nad morze.
Róże cmentarne
Mariusz Czubaj, Marek Krajewski
wydawnictwo W.A.B
2009