Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

O książkach najgorszych i sile grafomanii

Posted: July 1st, 2009 | Author: | Filed under: Różności | Tags: , , , , , , | No Comments »

Doskonały jak zwykle Jerzy Pilch.

Wydawnictwo Znak wznowiło „Książki najgorsze” Stanisława Barańczaka – po latach ten zbiór „ekscesów krytyczno-literackich” ostrości i komizmu nie stracił; niektóre jego wymiary zasnuła mgiełka nostalgii. Czy patyna ima się grafomanii? Czy grafoman, który po dziesięcioleciach staje się wykopaliskiem, nabiera jakiś wykopaliskowych walorów, kiczowatość jego blednie, historyczność się wzmaga? Zależy, jaki grafoman – niektórzy po latach faktycznie poczciwieją i swoiście „bibelocieją”, krwawość innych zostaje bez skazy zachowana, a nawet się wzmaga.

Jeden z ulubieńców Barańczaka, król peerelowskiego kryminału Jerzy Edigey, do dziś trwa żywo. Nie w oryginale – ma się rozumieć – a w barańczakowej – mistrzowsko eksponującej sedno rzeczy – egzegezie. „Największe zaś zdumienie czytelnika (powieści „Walizka z milionami”, wydawnictwo Czytelnik, 1975, nakład 100 tysięcy) budzi sprawa dla książki podstawowa. Po co w ogóle został dokonany napad na bank i rabunek czterech milionów w gotówce? Autor bezustannie przecież podkreśla, że w naszych warunkach takie wybryki zupełnie mijają się z celem, pieniędzy bowiem nie ma jak wydać: każdy większy wydatek zostaje natychmiast zauważony i odpowiednio zinterpretowany przez uczynnych sąsiadów. – Pamiętacie napad na Narodowy Bank Polski w Wołowie? – wspomina jeden z bandytów. – Tam zabrali jedenaście milionów złotych. A wpadli tylko dlatego, że nie umieli przywarować. Żonie jednego z nich zachciało się kupić dywan czy kilim. To ich zgubiło”. Ironiczny komentarz Barańczaka o ryzyku, jakim w tamtych czasach groziło kupno czegokolwiek, choćby sokowirówki w PDT – bardziej zetlał niż cytowany fragment.

Mało co mnie tak drażni jak rytualnie czarne wizerunki PRL, ale w tym wypadku niepodobna zaprzeczyć: spod niezamierzonej groteski wyłazi lekko tylko przejaskrawiona prawda: Tak jest: aby w tamtych czasach kupić dywan, trzeba było bank obrabować. Peerelowska powieść milicyjna okazuje się świadectwem epoki. I obyczaju. U innego swego faworyta Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego komentator precyzyjnie wychwytuje wymowne linijki: „Kasia miała na sobie czerwony płaszcz z czarnym zamszowym kołnierzem. Lubiła zwracać uwagę mocnymi kolorami i zawsze trochę zbyt ekscentrycznym strojem”. Łza się w oku kręci? Bez przesady. W epoce czerwonych i kupowanych za zrabowane miliony płaszczy zbyt różowo nie było. Nie było też wyłącznie groteskowo nawet w dziedzinie twórczości ideologicznej i przez MON wydawanej, ale przecież w sumie rozrywkowej. Nie szło tylko o „literackie kurioza”.

Niektórzy powiadają, że pisarze w kolejnych swych książkach w sposób mniej lub bardziej zawoalowany odpowiadają na krytyczną recepcję dzieł poprzednich. Powiedzieć, że jedna z czołowych autorek gatunku, i zdecydowana przy tym liderka pędzącego przez karty „Książek najgorszych” peletonu grafomanów, Anna Kłodzińska, wykonała tego rodzaju gest w sposób mało zawoalowany, to nic nie powiedzieć. Na – nie ma co ukrywać: nieprzychylną recenzję swej książki „Czy pan pamięta inżynierze?” (MON 1975, nakład 120 tysięcy) – dała literacką ripostę w dziele następnym („Taniec szkieletów”, MON 1977, nakład 120 tysięcy). Riposta polegała na tym, że główny bohater negatywny i przemytnik platyny obdarzony został nazwiskiem Barańczak. Dla wzmożenia subtelności jest on również pederastą i nosi starotestamentowe imię Jakub.

Nie podobna nie pomyśleć, że tego rodzaju „koncepty literackie” tu i ówdzie przetrwały, w każdym razie z pewnością nie należą wyłącznie do dziedziny wykopalisk. O cyklistów czy innych masonów mniejsza, ale zwłaszcza generalny chwyt: użycie znanego nazwiska w jakimś plugawym kontekście, a też jako rzekomego wehikułu rynkowego, bywa jednym z podstawowych znaków rozpoznawczych dzisiejszej grafomanii. Generalnie poziom nieudacznictwa literackiego – za sprawą seriali (masowy wzrost, pożal się Boże, świadomości dramaturgicznej) oraz za sprawą mejli i esemesów (odrodzenie, pożal się Boże, sztuki pisania) – nieco się podniósł, grafomani mniej są wykrywalni – najzajadlejszych łatwo jednak poznać po pisaniu kluczem umaczanym w gównie.

Gdy wspominam o nostalgii, mam na myśli redakcję krakowskiego dwutygodnika „Student”, na łamach którego pod pseudonimem Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz Barańczak ogłaszał „Książki najgorsze”. W tamtych czasach redakcja mieściła się w jakiś zupełnych klitkach nad Jaszczurami, naczelnym był Janek Pieszczachowicz, na łamach szalała Nowa Fala, działem poezji kierował – już wtedy będący istną rzeką tajemnic – Ryszard Krynicki – jemu się wiersze do oceny zanosiło. Z mojego kręgu na łamy przebił się chyba tylko – wtedy młody poeta, dziś wielki filozof – Włodziu Galewicz, ja z moimi próbkami trafiłem nie na Krynia, a na Tadzia Nyczka, co może i lepiej, druk w każdym razie miałem obiecany, czekałem spokojnie, lata mijały, aż nagle bęc! Nagle zrobiła się straszna jakaś zadyma. Pieszachowicz, Barańczak, Krynicki i w ogóle cała Nowa Fala przepadli bez śladu, redakcja przeniesiona została do rozległych apartamentów na Rynku Głównym 25 i co gorsza, po jakiś kolejnych dwu latach, i co gorsza, bez śladu rozterek, tacy osobnicy jak Bronisław Maj, Tadziu Słobodzianek, Marian Stala i niżej podpisany bez żadnych ceregieli na te salony weszli i wolne miejsca za różnymi biurkami zajęli. Chcieliśmy drukować i nic innego się nie liczyło – jedyna przyzwoitość, jaka nas cechowała: nie ogłaszaliśmy na wziętych we władanie łamach własnych wierszy – wyznanie to rzecz jasna nie obejmuje Maja, on już wtedy był poetą w pełni znakomitym.

Czy z tej krakowskiej nostalgii wynika moje wrażenie, że najlepsze „Książki najgorsze” pochodzą z czasów „Studenta”? Pewnie tak, niewykluczone też, że dać tu można nieśmiertelną klechdę o błogosławionym działaniu cenzury, która zmuszała do ekwilibrystycznych wysiłków – w rezultacie nieraz wymyślona pod przymusem cienka aluzja zamiast kawy na ławę działała mocniej. Sam Barańczak we wstępie do obecnego wydania rozmaite okoliczności towarzyszące tamtym grom i zabawom przypomina.

Podstawowa po latach prawda jest umiarkowanie, ale jednak paradoksalna. Pióro Staszka wzmacniało tę mierzwę, dawało i pewnym sensie dalej daje jej istnienie. Pisał o rzeczach bez właściwości, pod jego piórem zyskiwały właściwość bezcenną – komizm mianowicie. Ordynarne nieraz brednie ideologiczne – stawały się przynajmniej śmieszne. Bezbarwne Nic w przekładzie Barańczaka stawało się przynajmniej Wyraźnym Absurdem.

Nikt już wówczas nie wierzył w jakiekolwiek oddziaływanie np. poezji zaangażowanej. W takie np. wersy: „Niemieję zdumiony, / gdy ktoś mnie pyta: / Czy jesteś za partią / która jest polska / i robotnicza? / Zapytajcie / czy jestem za okiem moim / i sercem moim! – w taką lirykę partyjną w roku pańskim 1977 nie mógł wierzyć nawet autor – Ryszard Danecki z Poznania – choć kto wie, może on wierzył?

Zyskujące na śmieszności kurioza ideologiczne mniej są z kolei śmieszne od kuriozów neutralnych. Okazuje się: nawet w zbiorze pamfletów tryumfuje pierwsza zasada literatury: bezinteresowność mianowicie. Doceniam tedy analizę stylu Władysława Machejka, rozbiór estetyki Romana Bratnego czy odnotowanie „szokującej siły eksperymentu literackiego” Eugeniusza Kabatca – z najszczerszym jednak entuzjazmem reaguję na wychwycone przez Barańczaka wątki i sceny erotyczne poczciwej Fleszarowej Muskat: „I podniósł ku sobie jej twarz. Nie odsunęła się chętna, ale jednak czymś zasmucona i z tym smutkiem oddała mu się na pryzmie parkietu.” Komentarz Staszka – „trudno o wesołość, gdy klepki uwierają” – dobry, choć trafniej byłoby zapytać: drogą jakiego rabunku ktoś w tamtych czasach doszedł do parkietu?

PS W omówieniu piłkarskiego bestselleru lat 70., komiksu „Od Walii do Brazylii” jest mowa o „Bułgarze Katalińskim kopiącym bez piłki Szarmacha”. Owszem fachowo przez naszego sprowokowany jugosłowiański, a w istocie bośniacki obrońca Josip Katalinski faulował i sprokurował wielce dla nas korzystnego karnego, żadnego jednak Bułgara przy tym nie było. Powiedzmy: nie tylko z racji coraz głębszego zanurzenia w kotle bałkańskim – odnotowuję ten lapsus.

źródło dziennik.pl

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

Warto także przeczytać:



Leave a Reply