Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

Historia musi powstać w głowie

Posted: February 25th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , | No Comments »

W rozmowach kontrolowanych Marek Kędzierski.

Image and video hosting by TinyPic

Czym różni się Adam Gawlik z „Męskiej sprawy” od tego w „Ostatecznej rozgrywce”?
Różni się i to solidnie. W „Męskiej sprawie” Gawlik to bezwzględny zabójca, mściwy i niezwykle skuteczny, jednocześnie poszukujący spokoju, stabilizacji i zwykłego, nudnego życia. W „Ostatniej rozgrywce” takie życie jest mu już dane. Ma rodzinę i święty spokój. Z przeszłości ma też wiedzę i ogromne doświadczenie nie do przecenienia dla służb specjalnych. Teraz doskonale sobie zdaje sprawę, że problemy niekoniecznie rozwiązuje się przez odstrzelenie wroga. Czasem właściwe słowo wypowiedziane we właściwym czasie jest znacznie skuteczniejsze. Gawlik z „Ostatniej rozgrywki” jest groźniejszy, bo analizuje na chłodno, planuje i działa niezwykle precyzyjnie. Wiedzą o tym amerykańskie służby wywiadowcze i wie o tym ich przeciwnik. Gawlik będzie w końcu musiał się opowiedzieć po którejś stronie.

Czy wzorował się pan na jakimś popularnym bohaterze, czy to tylko literacka fikcja?
W tworzeniu postaci często miałem przed oczyma głównego bohatera filmu „Leon zawodowiec”. Jednak w komentarzach do książek spotykałem się często z porównaniem Adama Gawlika do Rambo i Jamesa Bonda. Moim zdaniem chyba niesłusznie. Ale cóż, czytelnicy wiedzą lepiej. Widać nie zawsze wychodzi tak jakby się chciało.

Jak pan ocenia polskie służby wywiadowcze? Mamy w nich takiego Adama Gawlika?
Szczerze mówiąc nie mnie oceniać służby wywiadowcze, chociaż wiem na pewno, że są całkiem niezłe, mimo działań prowadzonych na granicy sabotażu jakiś czas temu przez pewnego polityka z pierwszych stron gazet.
Czy jest w nich ktoś na kształt Gawlika? Kto wie? Może… Osobiście, raczej wątpię, ponieważ Gawlik to przede wszystkim żołnierz z krwi i kości. O ile mi wiadomo w służbach wywiadowczych najczęściej pracują ludzie troszeczkę innej konstrukcji. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Skąd u pana taka znajomość tematu militariów, sztuk walki oraz agencji wywiadowczych?
Pisząc powieści sensacyjne siłą rzeczy trzeba się orientować w militariach. Pewne rzeczy po prostu trzeba na bieżąco sprawdzać, więc konieczność przeglądania przeróżnych materiałów jest oczywista. Naprawdę dużo można się też dowiedzieć z filmów dokumentalnych o tej tematyce. Poza tym internet to skarbnica wiedzy. Wystarczy wiedzieć na początek, czego się szuka. Po drodze człowiek siłą rzeczy poznaje masę dodatkowych faktów. Można powiedzieć, że „grzebię się” w tym od rozpoczęcia pracy nad „Męską sprawą”, czyli już jakiś czas. Dużo się wiadomości po drodze uzbierało. Poza tym mam bardzo dobrą pamięć. W „Męskiej sprawie” opisałem szczegóły wydarzeń w Afganistanie, o których przeczytałem w pewnej ogólnopolskiej gazecie bodajże 10 lat wcześniej. Później to oczywiście zweryfikowałem. Wszystko się zgadzało.

Jeśli chodzi o sztuki walki to lata temu zajmowałem się tym zarówno praktycznie jak i teoretycznie. Swego czasu w mojej rodzinnej miejscowości byłem „nie do pobicia” we władaniu staro-chińską bronią Nunchaku. Słowem, wiem „co jest tutaj grane”. Dlatego do opisów walk w powieściach chyb trudno by było się przyczepić.
Co do agencji wywiadowczych, to może ujmę to w ten sposób: mam znajomych, którym sprawy wywiadu i operacji wywiadowczych na skalę międzynarodową, powiedzmy, nie są obce. Tyle, myślę, wolno mi powiedzieć bez niepotrzebnego narażania się na ewentualne komplikacje życiorysu.

600 stron dobrej literatury to niełatwa sprawa. Jak został pan pisarzem?
600 stron to faktycznie sporo. Właściwie w przypadku „Ostatniej rozgrywki”, to dużo ponad 600 stron. Dokładnie 640. W trakcie pisania nie myśli się o objętości. Tak naprawdę, to w moim przypadku wszystko rozbija się o pozbieranie pomysłów, których zawsze jest więcej niż ostatecznie trafia do książki, poskładanie ich, że się tak brzydko wyrażę „do kupy” i zrobienie z tego ciekawej całości. Dobrym słowem jest tu „ciekawej”. Różne rzeczy można moim książkom zarzucić, ale na pewno nie to, że są nudne. A pisarzem zostałem praktycznie przez przypadek. Do czasu „Męskiej sprawy” pisałem książki wspomagające naukę języka angielskiego. Powstało ich bodaj pięć, albo sześć. Nigdy nie pamiętam. I tak gdy kończyłem jedną z nich, na temat „phrasal verbs”, do gabinetu weszła moja żona. Krytycznie spojrzała na monitor i stwierdziła: „Napisałbyś coś, co by się dało poczytać.” Był początek wakacji 2007, więc dużo wolnego czasu. Kilka miesięcy później „słowo ciałem się stało” i w maju 2008 wydawnictwo Red Horse sprawiło, że powieść trafiła na półki księgarskie. Szybko się okazało, że „Męską sprawę” czyta się świetnie. Dość powiedzieć, że dzisiaj jest już praktycznie nie do kupienia.

Praca nad każdą książką to przyjemność czy prawdziwa mordęga?
Trzeba uczciwie stwierdzić, że i tak, i tak. Może nie aż „mordęga”. Powiedzmy „ciężka praca”. Jednak na pewno jest więcej przyjemności niż tego drugiego. Na szczęście. Inaczej bym się za to nie zabierał. Z tym, że pisanie sensacji to w pewnym sensie jak stąpanie po polu minowym. Jest cała masa szczegółów, które trzeba dokładnie sprawdzić. Choćby karabiny snajperskie. Jakie które mają wady, jakie zalety, lokalizacja amerykańskich baz wojskowych, i mnóstwo, mnóstwo innych szczegółów. Do „Męskiej sprawy” musiałem na przykład sprawdzić jak długo jedzie się z portu lotniczego w Nairobi do konkretnego hotelu i jeszcze historię samego hotelu. Naprawdę jest co robić.

Zaczął pan pracę nad kolejną książką? Długo przyszło nam czekać na „Ostateczną rozgrywkę”.
Rzeczywiście na kolejną powieść zwykle trzeba poczekać. Jest tak, ponieważ historia musi powstać w głowie. Tak przynajmniej jest u mnie. Potem jest tworzenie szkieletu i pisanie właściwe. Kolejny problem to znalezienie czasu. A czasu trzeba naprawdę dużo.

Kolejna książka już została rozpoczęta. Tym razem będzie to powieść sensacyjno – obyczajowa z większym naciskiem na to drugie. Tak mi się wydaje na teraz, ale wszystko jeszcze może się zmienić. W razie co, od razu chciałbym uspokoić: to że „obyczajowa” wcale nie znaczy nudna. Co do tego nie ma wątpliwości.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

Warto także przeczytać:



Leave a Reply