Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

“Kochanowo i okolice” Przemka Jurka

Posted: April 29th, 2010 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , , | No Comments »

Gdzieś daleko w Kochanowie amatorski deathmetalowy zespół Exterminator dostaje propozycję zagrania na dożynkach powiatowych w roli supportu zespołu Kombii. Stawką jest stypendium dla utalentowanych mieszkańców gminy.

Główny bohater – Marcyś – fan starego Kombi, początkowo niechętny chałturze, za namową żony decyduje się stawić czoła wyzwaniu, co wywołuje lawinę kompromitujących sytuacji. Hojny mecenas, wójt, prowadzący przedwyborczą kampanię, wystawia zespół do występów na wiejskich festynach, sugerując zmianę repertuaru. Muzycy stają się lokalnymi gwiazdami, doczekują się naśladowców i fan clubu. Trzymani w szachu przez wójta i własne, niespodziewanie odrodzone ambicje, za wszelką cenę starają się zachować twarz.
Czy uda im się ocalić resztki godności i wrócić na drogę mocnego brzmienia?

Przemek Jurek , znany czytelnikom „Przekroju” jako twórca „Kinoteatrzyku Przemka Jurka”, otrzymał nagrodę w drugiej edycji konkursu „Komediopisanie”, przeprowadzonego przez Teatr Powszechny w Łodzi, za autorską adaptację sceniczną książki pt. Kochanowo i okolice – swojego debiutu literackiego. Kochanowo i okolice ukaże się jeszcze w tym roku w formie powieściowej, nakładem wydawnictwa Grasshopper.

Przeczytaj fragment:

Impreza odbywała się na boisku „Orkana” Kołczów, tuż obok kościoła i krok od miejscowej podstawówki. Grałem tu ze dwa razy jako pomocnik kochanowskich „Orląt”. Nic się nie zmieniło. Boisko było tak samo nierówne jak wtedy. Ale mieli przynajmniej plastikowe krzesełka na trybunach i elegancko odmalowaną szatnię w niewielkim, ceglanym baraku, która podczas przeglądu miała pełnić funkcję garderoby i zaplecza dla muzyków.
Rozklekotanym dostawczakiem ojca Jaromira wtarabaniliśmy się na teren stadionu grubo po planowanym czasie rozpoczęcia koncertu, bo zapakowanie wszystkich naszych maneli, zwłaszcza zestawu Jaromira, zajęło nam prawie pół dnia. Nasze rodziny miały dojechać wieczorem.
Mieliśmy nadzieję, że jak zwykle w takich przypadkach, wszystko i tak się opóźni. Niestety – przeliczyliśmy się. Wyglądało na to, że przegląd zaczął się punktualnie o 17.00. Pod niedużą, niezadaszoną sceną tłoczyła się już młodzież, a starsi stali z tyłu i na całe to zamieszanie patrzyli z zaciekawieniem i wyraźną nieśmiałością. Lipcowe słoneczne sobotnie popołudnie zachęciło jednak autochtonów do masowego uczestnictwa w nietypowej dla nich imprezie. Przyszły tu całe rodziny z dziećmi. Pod jedną z bramek stało kilka namiotów z dystrybutorami piwa. Była też cukrowa wata i kiełbaski z grilla. Funkcję ochroniarzy pełnili umundurowani strażacy z OSP Kołczów, którzy leniwie przechadzali się wśród zebranych.
Rock and roll na całego.
Z miejsca straciłem nadzieję na życzliwe przyjęcie naszego występu. Zwłaszcza że na scenie występowała jakaś małolata, nieudolnie wykonująca przeboje Sistars pod akompaniament pojedynczego syntezatora, na którym grał jakiś starszy facet w okularach. Młodzi kołczowianie byli jednak zachwyceni. Kiedy skończyła wymęczoną „Sutrę”, rozległy się ekstatyczne oklaski.
– O Jezu – jęknął Makar. – Przecież to miały być rockowe kapele…
– Powiedz to swojemu kumplowi Wirskiemu – wycedziłem.
– To wszystko zależy od tego, jak zdefiniować rocka – powiedział ubawiony Jaromir.
Podeszliśmy do akustyka, który kręcił gałkami miksera jakieś dwadzieścia metrów od sceny.
– Cześć, jesteśmy z Kochanowa. Exterminator – przedstawiłem kapelę.
– O, super! – powiedział akustyk. – Możecie ustawić instrumenty za sceną. Wchodzicie około 20.00. Na razie sobie popatrzcie. Piwo macie za darmo. Po puszce na głowę.
– Dzięki. A kto to jest? – spytałem, wskazując na estradę.
– E, taki tam występ na rozgrzewkę. Ta mała to Marysia Witkowska z Kobylewa.
– Ta, co w zeszłym roku miała stypendium?
– Dokładnie.
No, to się dziewczyna rozwinęła. Wirski wspominał, że zaczynała od występów w przykościelnym chórze – a teraz… No, no… Takie stypendium to jednak dobra rzecz.
– A co będzie potem? – zapytałem z niepokojem.
Akustyk zerknął na rozpiskę.
– Rytm z Barda, Atut z Bystrzycy, Pięć Nutek z Kłodzka i Alfabet Morse’a z Ząbkowic.
O, w twarz. Te nazwy nie wróżyły niczego dobrego.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts

Warto także przeczytać:



Leave a Reply