Fatima do dzisiaj budzi wiele pytań i wątpliwości. Czy Matka Boska miała plan ukazując się trójce portugalskich pastuszków? O co chodzi z tajemnicami z tej miejscowości? Dlaczego dwójka umarła młodo? To niektóre z pytań, na jakie odpowiedź znajdziemy w książce “Siostra Łucja” ukazującej się nakładem wydawnictwa Rafael.
Tytułowa postać przez wiele lat nosiła doskonałe wspomnienie o objawieniach, których doznawała w bardzo młodym wieku. Dziwić może pamięć niemal fotograficzna jeśli idzie o szczegóły kolejnych wizji i zdarzeń, na które zlękliby się nawet najbardziej odważni ludzie. Trudno uwierzyć, że ona wraz ze swoim kuzynostwem bez obaw podeszła do kobiety, która “zeszła z nieba” blaskiem tak oślepiającym, że trudno go opisać. I jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego zdecydowała się mówić o swoich spotkaniach tak mało.
Wszystko zaczęło 13 V 1917 r., gdy trójce wiejskich dzieci ponad konarami dębu ukazała się Matka Boska i jednemu z nich przekazała trzy „tajemnice fatimskie”. Dla upamiętnienia tego cudownego wydarzenia i w trosce o rzesze przybywających wiernych, w 1953 r. wzniesiono w Fatimie monumentalną bazylikę.
Gdy dzisiaj czytamy relacje z trudnego życia doświadczających objawień powala ogrom zła, jakie ludzie uczynili (i pewnie czynią) i jakie należy odpracować, by według słów Matki Boskiej, uchronić się od kary piekła. Przerażać może wizja piekła, o której pisze Łucja w swoich wspomnieniach. Zastanawia natomiast cud słońca, który wywarł wielkie wrażenie na zebranych.
Jacy byli pastuszkowie z Łucją na czele? Przede wszystkim da się zauważyć w nich wiarę, która nie domaga się cudów. Jeśli już o coś prosili, to nigdy o nic dla siebie. Widać w nich też dużą odwagę w walce o wielkie rzeczy. Okazuje się, że wiara rzeczywiście może przenosić góry.
Czy Łucja wyjawiła wszystkie tajemnice fatimskie? Wielu do dzisiaj zadaje sobie to pytanie – książka ta jednak kategorycznie dementuje wszelakie plotki na ten temat.
W wielu książkach dotyczących tych wydarzeń książka, którą warto mieć na półce.
Aleksandra Murzańska, “Siostra Łucja”, Rafael, 2012.
“Edda” to kolejna część opowieści o Awatarach, którą to pokochali czytelnicy w Polsce i na świecie. Autor to człowiek, który świat wirtualny zna lepiej niż ja i Ty, drogi Czytelniku, niemniej jednak nie za bardzo rozumie rzeczywistość. Dla opowieści to jednak lepiej.
Jak pisze wydawca (TELBIT): Wszyscy mieszkańcy Eddy składają się z pikseli – z wyjątkiem Penelopy. Podczas gdy jej ludzkie ciało utrzymywane jest przy życiu w szpitalnym łóżku, jej awatar biega samopas i może zrobić dosłownie wszystko… łącznie z wytworzeniem zabójczej broni dla swojego opiekuna, lorda Scanthaxa. Gdy ostatni władca Eddy decyduje się na inwazję innych wirtualnych światów, Erik-Cindella z Epica i Zjawa z Sagi stają się częścią historii i biorą udział w ostatecznej, wielkiej wojnie między wszechświatami. Czy jest szansa na pokojowe rozwiązanie? Czy jednak wszystko musi się rozstrzygnąć za sprawą mieczy i pistoletów?
Wkraczamy więc w świat, który przypomina po trochu wszystkie inne stworzone wcześniej. Z drugiej jednak strony jest on różny od znanych nam dotychczas lądów. Potyczki Awatarów od czasów filmu Camerona wciągają bardziej niż Gwiezdne Wojny.
Oczyma wyobraźni przenosimy się więc do krainy, w której konflikty niszczą to, co najważniejsze. Okazuje się, że ludzie, jako gatunek nie umieją znaleźć porozumienia pomiędzy innymi gatunkami. Słaby to scenariusz w obliczu postępu, który umożliwi być może poznanie innych światów. Są wszak inne, niż ten nasz.
Conor Kistick pisze świetnie. Szkoda, że tak mało i historia awatarów się skończyła. Mam nadzieję, że się mylę.
O II Wojnie Światowej napisano już tyle książek, że wydawać by się mogło, iż kolejna pozycja to propozycja zupełnie nietrafiona. Błąd – “Dziennik norymberski” to przykład literatury, która zachowała pamięć o największym procesie zbrodniarzy, jaki odbył się w dziejach ludzkości.
Gilbert, który jako psycholog miał dostęp do więźniów pokazuje nam ich myśli, przemyślenia i postawy, których nie pokazują archiwalne nagrania czy zdjęcia. Goering się puszył i chełpił, Hess udawał, że nic nie pamięta, tylko Speer otwarcie wyznał swe winy. Jak zamierzali się bronić w procesie? Co naprawdę sądzili o ideologii nazistowskiej, Hitlerze, Holokauście, grabieżach i wszystkich innych okropnościach, na jakie przystawali?
Autor stara się dać odpowiedzi na te pytania, które do dzisiaj i tak nie są w stanie wytłumaczyć całego ogromu zniszczeń i tragedii, jakie dotknęły świat. Proces rozpoczął się 5 listopada. To właśnie wtedy na salę rozpraw wprowadzono oskarżonych, którzy chyba do końca nie zdawali sobie sprawy z ciążących na nich zarzutach. Szli pewnie uśmiechnięci, pozdrawiając się nawzajem.
Jednak w środku prawda była zupełnie inna. W opowieści Gilberta czuć strach, widać łzy i załamanie niektórych z osadzonych. Szkoda, że książka nie odpowiada na pytanie, dlaczego Papen – najważniejsza osoba w III Rzeszy – została uniewinniona. Szkoda, że materiał zdjęciowy jest tak ubogi.
Niemniej jednak jedna z lepszych książek o tamtym wydarzeniu, jakie ukazały się na rynku. Warto mieć!
Gilbert, “Dziennik norymberski”, Świat Książki, 2012
Czy jeśli Bóg zjawia się na Twoim talerzu szanowny Czytelniku, to znak, że coś się dzieje? Nie do końca wiadomo, jednak terapia, którą uprawia autorka ma sens i u wielu eliminuje głupie i zupełnie niepotrzebne nawyki żywieniowe. Nawyki, które wielu zniszczyły życie, rodzinę i związki.
Co naprawdę kryje się za kompulsywnym objadaniem się? Dlaczego myśli tak wielu kobiet krążą wokół jedzenia lub… niejedzenia? Autorka, znana specjalistka od tzw. “emocjonalnego objadania się” wyjaśnia, że podstawą wszelkiego sukcesu jest akceptacja siebie, a sukcesem nie jest zrzucenie zbędnych kilogramów lecz spełnienie w życiu.
Autorka dobrze rzecze – wszak wokół nas możemy zaobserwować wiele osób, które jedzenie traktują jako środek uśmierzający ból świata i istnienia. Zjem ciasteczka, bo mi smutno. Zjem 10 batonów, bo jest zła pogoda. Zjem w KFC, bo już tydzień jadę na samej sałacie. Drogie Panie, to o Was!
Autorka pokazuje nam terapie, na których wiele kobiet ma ochotę ją zabić. Z jednej strony chcą być zdrowe i piękne, z drugiej jednak pączek to dla nich nie grzech. A oponka rośnie. Więc w czasie sesji niektóre z pań mają ochotę Roth zabić, inne torturować, reszta zaś obwinia ją za błędy, którym winne są one same.
Co jest sekretem jej diety? Sumienność, wytrwałość w postanowieniach i modlitwa. Czy skierowana do Boga? A jeśli ktoś nie wierzy? I tak warto przeczytać, bo takich poradników dietetycznych nie pisze się często.
Geneen Roth, “Kobiety, jedzenie i Bóg”, Świat Książki, 2012.
Moja historia, to historia setek, tysięcy kobiet skazywanych na chłostę każdego dnia, miesiąca, roku, skazywanych szybkim wyrokiem sądów zajmujących się utrzymaniem porządku publicznego – pisze autorka, skazana na czterdzieści batów za to, że do restauracji weszła w spodniach
“40 batów za spodnie” to historia, w którą trudno uwierzyć. Południowy Sudan jest jednym z najbiedniejszych regionów świata, zniszczonym przez 22 lata wojny domowej. Całe pokolenie młodych Sudańczyków nie ma szans na edukację, nie ma dostępu do podstawowej ochrony zdrowia i ma bardzo niewielkie możliwości znalezienia jekiegokolwiek zatrudnienia.
W tym wszystkim jest policja obyczajowa, która czuwa nad czystością wiary i zachowania ludzi. To przez nią autorka dostała 40 batów – pomimo swojej pozycji i sławy, jaką kojarzona jest w tamtym rejonie. Niedawno można było w sieci zobaczyć film z publicznego biczowania kobiety w tym kraju.
W książce widzimy jeszcze więcej przykładów straszliwego traktowania ludzi, którzy popełniają drobne wykroczenia. Czy należy szanować obyczaje Muzułmanów czy może jednak należy coś z tym zrobić? Głosy są podzielone – niemniej książka ta jest wołaniem o pomoc. Wszak 40 batów to najmniejsza kara, jaką codziennie w Sudanie dostaje jakaś kobieta.
Straszne, acz wciągające. Pozostaje w głowie na długo.
Lubna Ahmad Al-Hussein, “40 batów za spodnie”, Świat Książki, 2012.
Erast Fandorin powraca. Po swoim zaskaującym śledztwie w “Azazelu” mamy okazję posłuchać o jego przygodach w “Gambicie tureckim”. Czyta Krzysztof Gosztyła.
Jest rok 1877. Rosja toczy wojnę z Turcją. Fandorin przedziera się do rosyjskiego sztabu z ważną wiadomością, ratując po drodze Warwarę Suworow, chcącą spotkać się ze swoim narzeczonym – szyfrantem. Dowództwo wysyła zaszyfrowaną depeszę, rozkazującą zajęcie Plewny. Jednak do sztabu dociera rozkaz zajęcia Nikopola. Szyfrant zostaje oskarżony o zdradę. Fandorin rozpoczyna śledztwo, mające wskazać winowajcę.
Detektywistyczny bohater tej i kilkunastu innych opowieści ma w sobie coś z Kurta Wallandera oraz Sherlocka Holmesa. Ma maniery rodem z carskiego dworu, fizycznie nie ustępuje żadnemu z superbohaterów i jeszcze doskonale włada bronią – zarówno tą klasyczną jak i swym intelektem, który pozwala mu na rozpracowywanie przeciwnika i sprawcy w dość krótkim czasie.
Akunin jak zwykle stworzył opowieść trzymającą w napięciu do ostatniego momentu. To dzięki takim autorom jak on lektura kryminałów przestała być sprawą wstydliwą w wielu kręgach, nałogiem, z którym trzeba się ukrywać. To właśnie dzięki “Gambitowi tureckiemu” możemy o kryminałach usłyszeć na uczelniach, seminariach ale również w gimnazjach, które, podobnie do alma mater, nie są kuźnią talentów i inteligencji (powtarzam za Gazetą Wyborczą).
Dochodzenie … do odkrycia sprawcy jest przyjemnością. Z Akuninem trwa ona dłużej niż w innych przypadkach. I jeszcze dostajemy ten klimat państwa wschodu, gdzie realia utrudniają dobrym glinom działalność zmierzającą do triumfu dobra.
Gosztyła jak zwykle umie słuchacza omotać swoją interpretacją utworu. Można powiedzieć – i nie będzie to przesadą – iż Akunin tworzy swoje opowieści do czytania na głos. To zupełnie inna bajka i radość.
Polecam – do słuchania w samochodzie, domu czy pracy. A co tam – dobrej literatury nigdy nie za wiele.
Boris Akunin, “Gambit turecki”, Świat Książki, 2012, czyta Krzysztof Gosztyła.
W Polsce Zbigniew Brzeziński to człowiek – legenda. Amerykański politolog polskiego pochodzenia, sowietolog, futurolog, w latach 1977–1981 doradca prezydenta Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego USA. Kawaler Orderu Orła Białego. Mało kto jednak wie, że w Stanach sporą karierę robi jego córka – Mika. To właśnie jej książka – “Znaj swoją wartość” ma premierę w Polsce.
Mika Brzeziński napisała książkę, która jest odpowiedzią na jej przygody w pracy. Mianowicie – była ona wynagradzana słabiej niż jej kolega po fachu wykonując de facto tą samą robotę. Po rozmowach z innymi przedstawicielkami płci pięknej zaczęła otwarcie walczyć o równe traktowanie kobiet i mężczyzn.
Walka ta jednak – w przeciwieństwie do słynnego i ogólnego hasła równouprawnienia – jest logiczna i zrozumiała. Brzeziński wie, że kobieta to nie maszyna, a hasło równości kończy się na wnoszeniu szafki na 4 piętro. Autorka radzi kobietom, jak zmienić podejście do pracy tak, by osiągnąć sukces. W jej mniemaniu polega on na zajmowaniu przez panie wysokich stanowisk kierowniczych.
Książka to skarbnica porad, które nie obrażają męskiego grona ani też nie rozczulają się nad kobiecym pierwiastkiem. Życie to walka, w której jedni wygrywają, by zając miejsce pokonanych. Aby to osiągać trzeba mieć odwagę. Brzeziński ją miała – czy znajdą ją kobiety, które przeczytają książkę?
Wartościowa pozycja, która powinna być czytania przez przedstawicieli obojga płci. Sukces czeka na Was – teraz czas wziąć się do roboty.
Mika Brzezinski, “Znaj swoją wartość”, Studio Emka, 2012.
Tak powinien się przedstawiać autor książki “Wieczorny seans”. Jego powrót do klasycznej Warszawy będzie dla wielu sentymentalnym spacerem ze zbrodnią w tle.
Zanim jednak zaczniemy rozkoszować się klimatem lat 80. musimy zaznajomić się ze zbrodniami wieku nam współczesnego. Jesteśmy więc w korporacji, w której ginie dyrektor. Sprawą zajmuje się oficer – Konstanty Podbiał, który niechybnie wywołuje w czytelniku salwy śmiechu. Podbiał? A czemu nie Nabiał?
Okazuje się jednak, że na tym odbiorca powinien przestać się śmiać. Konstanty zna się na robocie równie dobrze jak Krzysztof Rutkowski – ponoć były detektyw. Jest twardy, umie rzucić mięsem i celnie strzela. A czasem zdarzają mu się zachowania godne prezydenta Obamy, który zabiega o głosy na kolejną elekcję.
Zagadka, o której czytamy nie jest prosta. Mimo, że dyrektor był osobą z trudnym charakterem, nie było podstawy, by wysyłać go na tamten świat. Beśka bawi się z nami, jak przystało na klasycznego twórcę kryminału. Do końca więc nie wiemy, co kryje się za zbrodnią, co jest jej przyczyną i czy finał rzeczywiście zakończy mroczny ciąg zdarzeń.
Wspominałem o warszawskim, romantycznym spacerku. Są więc obiekty o nazwie: “”Moskwa”", “”Skarpa”", “”Sawa”", “”Relax”", “”Syrena”"…”. Są warszawskie uliczki, zabytki i współczesne obiekty, które kojarzą niewychowaniu w stolicy.
Beśka ma talent. Szlifuj go chłopie tak, byś go nie zmarnował.
Serial “Zagubieni” bił rekordy popularności. On jednak jest niczym w porównaniu z książką – “uwięzieni w raju”, którą … napisało życie.
Maj 1945 roku. Niewielki samolot transportowy rozbija się nad Nową Gwineą. Z dwudziestu czterech pasażerów ratuje się troje: kapral Margaret Hastings, porucznik Jogn McCollom i sierżant Kenneth Decker. Ranni, odwodnieni, chorzy, trawieni bólem przedzierali się przez dżunglę. Znajdują się w pułapce między tubylcami – kanibalami a wrogimi Japończykami. Na poszukiwanie rozbitków wyrusza filipińsko-amerykański oddział spadochroniarzy.
Gdybym miał pisać kolejną prezentację maturalną na temat człowieka i jego możliwości wytrzymania w sytuacji ekstremalnej – ta książka byłaby lekturą podstawową. Ludzie znajdujący się między młotem a kowadłem uciekają, chociaż każda z dróg ucieczki prowadzi w ręce wroga. Nie ma dużych możliwości kontaktu – są zdani na siebie. To sytuacja, z której Ben Grylls nie wyszedłby obronną ręką.
Z drugiej strony widać, jak duże poświęcenie wykazują spadochroniarze, którzy chcą odnaleźć “swoich” za wszelką cenę. Nie patrząc na zagrożenie ani na fakt, iż teren ten praktycznie skazuje ludzi na śmierć ratują grupę.
Czy życie pisze dobre scenariusze? Oczywiście, jednak bez odpowiedniego ubrania w słowa nie moglibyśmy zatopić się w lekturze tak mocno. Mitchell Zuckoff z pasją kreśli nam historię, która znana jest tylko pobieżnie. Wszak dokładniejsze informacje zagubiły się w odmętach historii.
Mocna pozycja Świata Książki, która idealnie wpisuje się w panujący ponoć ogólnopolski majówkowy klimat. Sączcie tak dobrą lekturę – smacznego.
Mitchell Zuckoff, “Uwięzieni w raju”, Świat Książki, 2012.
Nie wiem ile dzieci marzy o tym, by zostać podróżnikiem. Z pewnością mniej, niż tych, które chcą zostać sportowcami. Ella Maillart połączyła obie pasje, dzięki czemu możemy przeczytać o podróży do marionetkowego cesarstwa Mandżukuo, gdzie ścierały się interesy chińskie, japońskie i radzieckie.
W latach dwudziestych ta zapalona narciarka i żeglarka zaczęła zarabiać na wyprawy, pisząc reportaże, które ilustrowała własnymi zdjęciami. Jej pierwsza wydana w Polsce książka – “Od gór niebiańskich do czerwonych piasków” – to cenne świadectwo ginącego świata, gdzie na drogach wciąż grasują zbójcy, gdzie wybuchają powstania muzułmanów przeciwko niezainstalowanej jeszcze władzy radzieckiej, gdzie na rynkach Taszkentu żebrzą niedobitki rosyjskiej arystokracji. Podobnie jest z tą, którą teraz wydało Noir Sur Blanc.
Oglądamy więc podróż przez kraj, który do dzisiaj nie zmienił swoich obyczajów i zachowań. Do dzisiaj wszak podejrzliwość i niechęć do obcych charakteryzuje tamte rejony. Mandżuria przypomina – jak zresztą wspomina autor wstępu – Zagłębie Ruhry. Przemysł jest tam wszechobecny – przemysł zalewający umysły i krajobraz do tego nieprzyzwyczajony. Czy już na początku XX wieku można zaobserwować pierwsze sygnały ekspansji przemysłowej Chin? Myślę, że tak.
Rzuca się w oczy pisanie także o polityce. Bez cenzury, z perspektywy europejskiego podróżnika widzimy, jak ta dziedzina zmienia życie – wydawałoby się poukładane – rdzennych mieszkańców. Autorka dużo czasu spędza w “polskim” Hrabinie, który opisuje lepiej niż niektóre współczesne opracowania dotyczące tego tematu.
Minimalistyczna edytorska forma sprawia, że każdy, kto chce w majówkę przeczytać coś dobrego, weźmie tą książkę. Polecam.
Ella Maillart, “Wysłanniczka specjalna do Mandżurii. W zderzeniu z imperium”, Noir Sur Blanc, 2012.
Skandynawski kryminał ma się dobrze. Trzyma poziom i zaskakuje nowymi pomysłami, lub też reanimacją znanych już chwytów rodem z tej zimnej krainy. Nie inaczej jest w “Uzasadnionej wątpliwości”.
Tym razem rzecz jest o prawniku. Mikael Brenne zajmuje się reprezentowaniem w sądzie drobnych złodziejaszków. Gdy w biurze zjawiają się ubrani w drogie garnitury Serbowie, nadarza się szansa wydostania firmy z finansowych tarapatów. Prawnik skwapliwie wykorzystuje okazję.
Interes życia szybko okazuje się pułapką. Mikael jest coraz bardziej uwikłany w ciemne sprawki swoich klientów. Przerażony pragnie zakończyć współpracę, jednak okazuje się, że na to już za późno. Jak daleko może posunąć się prawnik, aby odzyskać wolność? Dalej, niż ktokolwiek potrafiłby sobie wyobrazić…
Akcja toczy się szybko – tak jak seks, który główny bohater uprawia namiętnie, aczkolwiek bez wyraźnego delektowania się. Tygiel kulturowy, który początkowo dogadywał się – zaczyna wrzeć i do końca nie wiemy, kiedy wybuchnie. Widzimy jednak, jak wielkie szkody dzieją się, gdy to następuje.
Świat palestry oszołamia swoją wielkością, powiązaniami i zwyczajami. Lepiej niż zapijaczeni detektywi orientują się w wielu sprawach, jednak inne ich grzeszki i grzechy powodują, że tracimy do nich sympatię. Niemniej jednak ciekawie czyta się o sprawach kryminalnych z punktu widzenia prawnika. Coś nowego w gąszczu detektywów i policjantów.
Chris Tvedt stara się – podobnie zresztą jak Mankell – powiedzieć, że niektóre zmiany następujące w jego kraju nie są dobre. Czy jednak ktoś usłyszy jego wołanie ponad ciekawą historią? Wątpię.
Prokuratorzy wojskowi, w związku z możliwym odnalezieniem szczątków Tu-154M, przesłuchali czterech samorządowców ze stołecznego Ursynowa, którzy byli z wizytą w Smoleńsku. Mężczyzna posiadający szczątki samolotu mówił, iż odkupił je od zbieraczy złomu, którzy je “ocalili”.
Nie on jeden pokazał, że ma w sobie manię zbieractwa, kolekcjonowania rzeczy, które z pozoru wartości nie mają. W tym wypadku chodzi zapewne o symbol – dla wielu ważniejszy niż słynny krzyż. Pewnie w Polsce takich zbieraczy – kolekcjonerów jest więcej. Dlaczego to robią? Jak to się zaczyna? To tylko dwa pytania, na które odpowiedzi udziela Krzysztof Pomian w swojej książce “Zbieracze i osobliwości”.
Wędrujemy drogą, która posiada wiele wąskich uliczek. Niektóre z nich są tak długie, że Pomian tematu nie wyczerpuje, inne zaś mają ślepy zaułek, z którego trudno się wydostać. Obserwujemy proces powstawania muzeów – wszak na kartach książki pojawiają się co chwila. To one są symbolem zbieractwa, które do dzisiaj uprawiają ludzie na całym świecie.
Choć autor przedstawia przykłady z Włoch i Francji już widzę, że droga, którą kroczy jest schematem pozwalającym śledzić historie na terenie innych krajów. Ciekawie Pomian pokazuje granice pomiędzy kolekcjonowaniem prywatnym a państwowym.
Co zbiera się u Pomiana? Rzeczy, o których nie moglibyśmy pomyśleć, że nadają się do kolekcjonowania. I w tym miejscu pojawia się pytanie, czy to aby nie choroba? Czy to nie rak, który trawi zbieracza ginącego powoli w swojej kolekcji? Ważniejszej niż on sam, rodzina i otoczenie?
Pomian oprócz trafnych odpowiedzi stawia pytania, z którymi pozostajemy po lekturze. Odwiedzenie muzeum nigdy już nie będzie takie samo.
Lektura obowiązkowa.
Krzysztof Pomian, “Zbieracze i osobliwości”, Słowo Obraz Terytoria, 2012.
Media Rodzina po dobrym tłumaczeniu “Pinokia” serwuje wiernym czytelnikom kolejny diament. Chodzi mianowicie o baśnie rosyjskie pod tajemniczym tytułem “Czarna kura”.
Klimat naszego wschodniego sąsiada zachowany został już w edytorskim układzie książki. Litery przypominające cyrylicę, obrazy wielkie i potężne jak cerkiewne ikony czy twarze czerwone od mrozu i nie tylko – to szczegóły, dzięki którym przenosimy się do Rosji czasów carów i … niezwykłych zdarzeń. Przy nich “Mistrz i Małgorzata” to pikuś.
“Czarna kura” to zbiór pięciu znanych baśni rosyjskich autorstwa najznakomitszych pisarzy: Czechowa, Puszkina, Gogola i Pogorielskiego powstałych na przełomie XVIII i XIX wieku. Znajdziemy tu takie utwory, jak: “Kasztanka”, Antoniego Czechowa, “Nos”, Mikołaja Gogola, “Jarmark w Soroczyńcach”, Mikołaja Gogola, “Bajka o carze Sałtanie, o jego synu…”, Aleksandra Puszkina.
Nie są to opowieści całkowicie wesołe. Dużo jest łez, cierpienia i strachu, który dotyka przede wszystkim słabych i najmłodszych bohaterów. Mróz, wychowanie bez rodziców w wrogim środowisku to tylko niektóre z przykładów wywołujących konsternację u młodego odbiorcy.W ilustracjach Giennadija Spirina, z pochodzenia Rosjanina widać realistyczne detale z odległej epoki. To jednak nie zmniejsza – a tylko powiększa wielkość krzywd opisanych w baśniach.
Mistrzowie pióra XIX wieku nadal poruszają problemy aktualne nawet dla współczesnego odbiorcy. Kłamstwo nie popłaca, każdy kij ma dwa końce czy prawie wszystko kończy się dobrze – to niektóre z haseł, jakie są wnioskiem płynącym z lektury.
Rosja to ciekawy kraj. Z “Czarną kurą” wydaje się być jeszcze ciekawszy.
“Czarna kura. Baśnie rosyjskie”, Media Rodzina, 2012.
Małgorzata Strękowska – Zaręba to autorka, która uczyła już dzieci liczyć, czytać. Razem z nią poznawaliśmy przygody Emilka oraz rozwiązywaliśmy trudne detektywistyczne zagadki. Teraz nadszedł czas na bohatera, który nie należy do najgrzeczniejszyc. Okropny Maciuś wkracza do akcji.
Maciuś – podobnie do opisywanego wcześniej Emila ze Smalandii, ma niebieskie oczy, kręcone włosy i zadarty nos. Wygląda jak aniołek, ale jest naprawdę okropny… Tymczasem w domu Okropnego Maciusia pojawia się Namolna Niania, trucicielka moli, która twierdzi, że nazbyt żywego chłopca trzeba utemperować. Jak jednak głosi jego ksywka – Okropny Maciś nie da się manipulować.
Wypowiada wojnę, w której jest piratem (dobrym oczywiście) i walczy z podstępnym kapitanem i dowódcą bandery, która wiele traci na jego rządach. Przewraca nianię, straszy ją i wymyśla pułapki, których nie powstydziłby się kapitan Jack Sparrow. Wszystko po to, by niania poszła sobie i już nikogo nie temperowała. Ok – temperować może, nie Maciusia jednak.
W książce znajdziemy charaktery, które często możemy zobaczyć na polskim podwórku. Przywódcy, szare myszki, ważniaki czy osiłki rodzą się już na starcie. Z wiekiem utrwalają w sobie cechy negatywne, które obserwować można w wieku dorosłym.
Autorka nie pozostawia recepty na walkę z nimi. Jedynie sugeruje – i to też nie wprost, co można zrobić, by było lepiej. Przede wszystkim bowiem “Okropny Maciuś” to książka, która bawi. Dzieci lubią słuchać o kimś, kto jest gorszy od nich samych. A przy tym cały czas uśmiechnięty.
Niepozorna książeczka sprawi wiele radości swoim nabywcom. Warto.
Małgorzata Strękowska-Zaremba, “Okropny Maciuś i namolna niania”, Nasza Księgarnia, 2012.
W świecie, w którym wszystko nastawione jest na szybkość i efektywność niektórzy nie wytrzymują. Jedni przegrywają i na zawsze pozostają poza obiegiem – inni zaś skutecznie i slow robią swoje. Carl Honore jest właśnie taką osobą.
W jego “Pochwale powolności” przeczytamy więc o wszystkim, co może sprawić, by nasze zabiegane życie wspomagane kolejnymi dopalaczami zmienić na lepsze, to znaczy … wolniejsze. Choć na początku trudno zrozumieć, że może to być korzystne – w miarę lektury jego myśli układają się w wywód, któremu warto zaufać.
Wykonywanie niektórych ćwiczeń na siłowni wolniej pozwala na dokładniejsze, a co za tym idzie szybsze budowanie mięśni. Godzina odpoczynku w pracy przyczynia się do aktywnego i pełnego wykorzystania pozostałych 7. Po co robić 20 rzeczy na raz? Nie lepiej skupić się na jednej, bo reszta i tak nie ucieknie?
To tylko niektóre z pomysłów pozwalające wciągnąć się w nurt “slow”. Powolne czytanie książki to radość większa niż maszynowe przerzucanie stron. Nauka językoznastwa diachronicznego w wersji zwolnionej to ponoć czysta przyjemność. Czemu nie spróbować?
Autor doskonale rozumie, że nie samym słowem żyje człowiek, a dowodami, które mówią, że to działa. Podaje więc prócz sposobów, masę przykładów, które świadczą o tym, że wolne jest piękne. Dodać należy, że robi to z gracją nie pisząc wszystkiego, co mu przyniesie na myśl życie.
Rzeczowo i konkretnie o zmierzeniu się z problemem współczesnego świata. Przeczytaj – nie bój się – walcz! Powoli oczywiście
Carl Honore, “Pochwała powolności”, Drzewo Babel, 2012.