Posted: April 1st, 2011 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: dorota grupinska, książka, wydawnictwo mg | No Comments »
Dorota Grupińska opowiada o swojej książce, która niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa MG. Więcej o książce znajdziecie tutaj.
Skąd pomysł na tę książkę?
Z obserwacji. Żyję na tyle długo na tym świecie, by móc analizować długofalowe zdarzenia. Dziś pewnie trudno w to uwierzyć, ale 20 lat temu nie znaliśmy słów bulimia i anoreksja. Bynajmniej nie gloryfikuję czasów słusznie minionych, jednak nauczyłam się nie wierzyć modom. Niestety znam też kilka ofiar stosowania diet.
Polacy odżywają się dobrze, czy tendencja każe nam raczej bać się o zdrowie obecnego młodego pokolenia?
Polacy odżywiali się dobrze. Zdecydowanie należy używać czasu przeszłego. Wszyscy jemy zbyt dużo, zbyt słodko, zbyt nieregularnie. Oczywiście tendencje najbardziej niepokoją w kontekście młodego pokolenia. Ostatnio przeczytałam, że wprowadzenie w pewnej szkole dodatkowych 2 h w-fu odwróciło złe tendencje. Dwie godziny dodatkowego ruchu tygodniowo, czyli 2 na 168 godzin!!!
Jak jeść aby schudnąć?
5 razy dziennie, o tych samych godzinach, mniejsze porcje, nie w biegu.
Oprócz odżywania porusza Pani również temat snu. Dlaczego?
Śpiąc nie tylko odpoczywamy, nasz organizm przez cały czas pracuje, musimy dać my czas na pełen cykl fizjologiczny. Jego zakłócenie zawsze jest niebezpieczne.
Który z przepisów z pani książki lubi pani najbardziej?
Ponieważ już bardzo tęsknię do szparagów – szparagi na dobry sezon. Danie najprostsze z możliwych, ale gdy zaczyna się to warzywo, objadam się nim codziennie. Od jakiegoś czasu w moim domu przebojem stała się wiosenna sałatka szpinakowa – a ponieważ szpinak daje się kupić przez cały rok, niekoniecznie musi być tylko wiosenna. Teraz dokładam suszone morele, ale jak tylko pojawią się truskawki czy maliny, przerzucę się na świeże owoce.
Czym w najbliższym czasie nas Pani zaskoczy?
Jeśli bym powiedziała – jakież by to było zaskoczenie
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: March 12th, 2011 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: rafał tomański, rozmowa, tatami kontra krzesła | No Comments »
Rafał Tomański (jeszcze przed trzęsieniem ziemi w Japonii) opowiedział o swojej doskonałej książce – “Tatami kontra krzesła”.
Dlaczego w naszych serwisach informacyjnych Japonia pojawia się rzadko? Kraj bez skandali?
Spotkałem się kiedyś z opinią, że w mediach liczy się bardziej „zdechły pies pod oknem redakcji niż powódź w Chinach” i trochę tak podchodzi się do Japonii. Skandali znalazłoby się wiele (ostatnie niestabilności rządu, minister spraw zagranicznych, który rezygnuje ze stanowiska po przyjęciu równowartości około 3000 dolarów, wypowiedzi żony byłego premiera o porwaniu przez UFO – potencjał do opisywania jest), ale to zwyczajnie za daleko i w zbyt dużo spraw trzeba by polskiego czytelnika wprowadzać, żeby temat okazał się ciekawy. Jak na razie niestety o Japonii można usłyszeć głównie przy okazji większego trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu, czy kolejnego etapu sprawy Kuryli.
W swojej książce opisujesz dokładnie Japończyków. Jakbyś w skrócie opisał przedstawicieli tego narodu?
Uważam, że najlepiej opisała ich w skrócie Ruth Benedict, mówiąc, że Japończycy są pełni przeciwieństw w możliwie każdej dziedzinie życia. Dla mnie są jednocześnie bardzo ludzcy i przewidywalni, a zarazem zamknięci i hermetyczni do granic. Ostatnio mam coraz częściej wrażenie, że zaczynają tracić świadomość własnej kultury i że z czasem zapomną o swojej wyjątkowości na rzecz coraz dziwniejszej mieszanki wszystkiego co zagraniczne.
Oglądanie Japonii i Japończyków przez pryzmat stereotypów to dobra droga do ich poznania?
Nie można uciec od stereotypów i nie należy się też ich bać, bo czasem potrafią dość dobrze opisać rzeczywistość, ale zawsze dobrze jest się kierować chęcią zrozumienia podstaw działania danego zjawiska. Staram się tłumaczyć takie utarte poglądy, opisuję, skąd pochodzą, wyjaśniam w najbardziej przystępny sposób, w jaki umiem. O wszystkim można powiedzieć, że ot, zwyczajnie jest i już – na przykład Japończycy są uprzejmi i grzecznie się kłaniają. Ale skąd to się bierze? Dlaczego się kłaniają i są aż tak do bólu uprzejmi? Albo stwierdzamy, że pornografia jest tak obecna w ich życiu, kinie, popkulturze. Ale warto zastanowić się, dlaczego tak się dzieje, czy coś ułatwiło taką jej obecność, czy może wynika to z konkretnej specyfiki mentalnej wypracowanej przez wieki? Zrozumienie jest zawsze podstawą, a jeżeli można zrozumieć więcej analizując stereotypy, to czemu nie.
Skąd w ogóle zainteresowanie krajem kwitnącej wiśni?
Kiedyś trafiłem w bibliotece na książkę Yukio Mishimy „Na uwięzi”. Czytałem pisarzy ze wszystkich stron świata, a żadnego z Japonii jeszcze wtedy nie znałem. Nie pamiętam dokładnie, czy było to pod koniec podstawówki czy bardziej na początku liceum, rzecz w tym, że Mishima rozłożył mnie na łopatki swoim, całkowicie innym od znanego mi wtedy, językiem. Coś było w tym chłodnym, suchym, języku, który dawał do myślenia, że ludzie się nim posługujący, myślą w trochę inny sposób. Chciałem dowiedzieć się o nich więcej, spróbować ich zrozumieć. Do tego niedługo po tamtej książce, dostałem od taty wizytówki, o których pisze w „Tatami”, słownik – i zabawa z Japonią zaczęła się na całego
Co najbardziej utkwiło Tobie w pamięci z tych wszystkich wizyt?
Największe wrażenie zrobiły na mnie tak inne twarze. Pamiętam, że miałem ochotę po prostu siedzieć byle gdzie na ulicy, z boku, żeby nie przeszkadzać i patrzeć. Zwyczajnie gapić się na przechodzących ludzi – wyglądali dla mnie tak niesamowicie, pięknie, trochę arystokratycznie. Gdybym tylko przeniósłbym stamtąd onigiri czyli kanapki z ryżu, które można dostać w każdym sklepiku. Prosta forma, rolka, trójkąt albo kwadracik ryżu z jakimś nadzieniem w środku, a do tego pięknie zapakowany (jak wszystko w Japonii zresztą) wodorost w folię tak, żeby tylko nic się nie zamoczyło, nie zmiękło i było gotowe do jedzenia w każdej chwili. Takiego jedzenia brakuje mi tutaj najbardziej.
Co lepsze – tatami czy krzesła?
Zależy od okazji
Całe życie myślałem, że lepsze krzesła, ale ostatnio sprawiłem sobie dwie pufo-sofy, więc chyba dorastam do siedzenia na podłodze.
Kolejna książka będzie o?
Chciałbym napisać jeszcze coś o Japonii, bo za każdym razem, gdy sięgam po już wydane „Tatami”, mam ochotę coś dopisać, uzupełnić, stworzyć jakiś nowy rozdział. Pomysłów na dalszą część o Japonii mam wiele. Chodzi mi po głowie też kilka mini-opowiadań, dość krótkich historii. Ostatnio czytam Etgara Kereta i widzę, że taka krótka forma ma duży potencjał, więc może też coś krótkiego i kompletnie fikcyjnego
Czas pokaże.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: February 9th, 2011 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: andrzej kasperek, back in the ddr, słowo obraz terytoria | No Comments »
Andrzej Kasperek opowiada o swojej fenomenalnej książce oraz zdradza, czy będzie ciąg dalszy tych opowieści.
Skąd pomysł na tę książkę?
Pomysł jest bardzo stary. Ma chyba 20 lat. Bardzo do spisania różnych moich opowieści zachęcał Paweł Huelle. Raz mi nawet publicznie przygadał, że się lenię i już nie ma sił, żeby mnie przekonywać. Pomyślałem sobie wtedy: „jeszcze zobaczysz!” Ale jeszcze musiało upłynąć kilka lat, żeby się „figa ucukrowała i tutuń uleżał”. Takim zaczynem okazał się tomik opowiastek Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności Phillipe’a Delerma. Data ich polskiej edycji to rok 2004. To początek mojej pracy nad opowiadaniami. Postanowiłem napisać kilka historii albo może impresji, gdzie przedmioty z mojego dzieciństwa będą nosicielami pamięci mojej / pokoleniowej / peerelowskiej.
Widać w „Back in the DDR” dar obserwacji i trafnej analizy zjawiska. Dar dziedziczny czy wyuczony?
Dar obserwacji, fotograficzna pamięć – to wrodzone, z tym się człowiek rodzi… Z pamięcią jest zresztą dziwna sprawa: pamiętam jakieś szczegóły sprzed 40 lat a nie pamiętam, gdzie minutę temu położyłem klucze albo telefon . Trafna analiza zdarzeń to sprawa treningu.
Każda z historii, jakie przeczytamy w książce to temat na osobną książkę. Jednak żadna nie istniałaby, gdyby nie ta poprzednia. Dla Ciebie najważniejsza jest…?
Nie chciałbym wartościować. To tak, jak z dziećmi – można mieć ich kilkoro, ale kochać wszystkie. Mam oczywiście bardziej ulubione i te, które cenię mniej. Nie zdradzę jednak, o które chodzi. Cieszy mnie, że zauważyłeś to, iż opowiadania są między sobą powiązane. Zależało mi na tym, żeby tom był spójny. Niektórzy traktują te opowiadania wręcz jako rozdziały powieści, czegoś w rodzaju Bildungsroman. Coś w tym jest.
Czym dla Ciebie są Żuławy?
Żuławy to moja mała ojczyzna, mój Heimat, tu się urodziłem. Moi rodzice przyjechali w te strony z Kieleckiego wraz z trójką starszego rodzeństwa. Dla mnie ten krajobraz jest swojski, bliski mi, mój. Wiatry, które wieją przez mój „płaski kraj” (jak nazwał swą Flandrię Jacques Brel) wcale mi nie przeszkadzają, ba, ja nawet ich nie zauważałem przez lata, traktowałem je jako coś tak zwyczajnego, jak trzciny porastające rowy i biało-czarne krowy na łąkach. To płaska kraina, przez którą setki tysięcy ludzi pędzi, żeby jak najszybciej znaleźć się w Gdańsku lub nad morzem, nie myśląc wcale, że warto się tu zatrzymać.
Jakbyś miał powiedzieć, co z tych Żuław z „Back in the DDR” zostało do dzisiaj?
Dla mnie to kraj lat dziecinnych… A z Mickiewicza wiemy, jaki on jest: „Święty i czysty jak pierwsze kochanie”. Czy bardzo się zmieniły? Słabo stoją gospodarczo. Upadły pegeery. Niektóre z nich zamieniły się w prywatne latyfundia. Zaniedbano meliorację, która dla tych terenów jest sprawą życia i śmierci. Przyroda gdzieniegdzie zdziczała, kiedy się płynie po licznych tu rzekach, kanałach i rowach kajakiem ma się wrażenie, że to jakaś Luizjana.
A z tamtej Polski?
To pytanie bardzo szeroko postawione. Wspominam PRL bez nostalgii, jestem ostatnią osobą, która płacze za świętem 22 lipca. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre rzeczy nie były złe. Nie było tej szalonej gonitwy. Był czas na życie towarzyskie i rodzinne. Ale bilans zmian, które przyniosły czasy po 1989 roku jest jednoznacznie korzystny. Dla czasów zmiany oczywiście. Nie znaczy to jednak, że należy w czambuł potępiać wszystko, co było…
Przygotowujesz kontynuację ten nostalgicznej opowieści?
Tak, w teczce zostało mi sporo materiałów. Czekałem przeszło trzy lata na wydanie swych opowiadań i nie miałem ochoty do nich wracać. Czasu jednak nie traciłem – powstawała książka „Galeria Jacka Kaczmarskiego”. To tom esejów o kilku jego piosenkach („Encore, jeszcze raz…” oraz sześć utworów z programu „Muzeum”). Zajmuję się w niej utworami opowiadającymi o trudnych stosunkach polsko-rosyjskich: zesłania na Sybir, rusyfikacja, powstanie styczniowe. Omawiam kontekst historyczny, przedstawiam dzieje malarza oraz obrazu i na końcu analizuję wiersz. Zastosowana metoda – stopniowego przybliżania, od obrazu makro do spojrzenia mikro – daje ciekawy efekt. Ale po publikacji „Back…” spotkałem się z sugestiami i prośbami, żebym coś jeszcze napisał. Do dziś powstały dwa nowe opowiadania: „Święty Michał miał koguta” oraz „Idąc po lodzie”. Może będzie nowy tom.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: October 5th, 2010 | Author: admin | Filed under: Nowinki ze świata książki, Rozmowy kontrolowane | Tags: book trailer, książka, książki, muza, sergiusz trzeciak | No Comments »
Artur Kowalczyk, MUZA SA: Jak Pan ocenia obecność polskich polityków w sieci?
Wśród polityków wyróżniłbym trzy grupy. Pierwszą stanowią politycy często obecni w mediach tradycyjnych, którzy goszczą w programach publicystycznych, komentują bieżące wydarzenia na antenie kanałów informacyjnych etc. Uważają oni Internet za mało poważne narzędzie komunikacji, a im osobiście wręcz mało potrzebne. Jeśli posiadają własną stronę www to tylko dlatego, że tak wypada, a nie dlatego, że przynosi im to wymierne korzyści.
Druga grupa to politycy, którzy swój sukces medialny zawdzięczają Internetowi. Dla nich sieć jest ważnym i często wykorzystywanym narzędziem komunikacji, zarówno z wyborcami, jak i z dziennikarzami. Warto wskazać w tej grupie np. Ryszarda Czarneckiego, Janusza Palikota, Janusza Korwina-Mikkego oraz Marka Migalskiego.
Trzecią grupę stanowią politycy, którzy dopiero próbują zaistnieć na scenie politycznej, nie funkcjonują w mediach tradycyjnych, zatem Internet jest ich szansą na dotarcie do wyborców i zwrócenie uwagi tradycyjnych mediów.
Jakie są najczęstsze błędy popełniane przez polityków prezentujących swoje poglądy w Internecie?
Politycy działający na szczeblu krajowym, czyli przede wszystkim parlamentarzyści, w przeważającej większości posiadają własne strony www, często również profile na portalach społecznościowych. Podstawowym błędem, jaki popełniają, jest brak aktualizacji materiałów umieszczanych w sieci. Inne błędy to m.in. szczątkowa zawartość strony, niedziałające linki i funkcjonalności, brak opisów zdjęć, źle opisane materiały prasowe oraz pozostawianie dużych białych plam, najczęściej na dole strony.
Politycy samorządowi najczęściej stron www jeszcze nie posiadają, wyjątek stanowią kandydaci na prezydentów miast, burmistrzów oraz wójtów, którzy starają się zaistnieć w sieci. Te strony z kolei często charakteryzują się amatorskim projektem graficznym, co sprawia, że witryny stają się mało czytelne. Zdarzają się również błędy gramatyczne i interpunkcyjne. Podstawowym błędem pozostaje jednak brak aktualizacji.
Czy polityk nieobecny lub “zaniedbany” w Internecie traci na tyle dużo, że może to zaważyć na wynikach wyborów? Jak ta sprawa wygląda w Polsce i w innych krajach demokratycznych?
Politycy, którzy nie mają stałego dostępu do mediów tradycyjnych, a jednocześnie rezygnują z promocji w Internecie, aby dotrzeć do wyborców powinni prowadzić kampanię bezpośrednią oraz wykorzystywać reklamę zewnętrzną (plakaty, billboardy). Z każdymi kolejnymi wyborami posiadanie strony www oraz profilu na profilach społecznościowych (Facebook, nk.pl) staje się coraz powszechniejszym standardem. Brak obecności w Internecie niekorzystnie wpływa na wizerunek publiczny polityka, który może być postrzegany jako osoba mało nowoczesna, zwłaszcza przez ludzi młodych i dobrze wykształconych, przyzwyczajonych do kontaktu za pośrednictwem sieci.
Nadal istnieje przepaść między Polską a Stanami Zjednoczonymi w wykorzystaniu Internetu do celów politycznych, ale i to będzie powoli się zmieniać.
Czy Polska scena polityczna przeniesiona do Internetu różni się od tej w świecie realnym?
Czy są jakieś różnice np. w języku?
W Internecie znacznie trudniej jest sprzedawać „puste opakowania”, dlatego politycy obecni w sieci muszą wykazać się dużą kreatywnością i wiedzą. Aby zaistnieć w Internecie, nie wystarczy być medialnym, dobrze opalonym i elegancko ubranym. Odbiorcom trzeba zaoferować interesujące idee. Dlatego w sieci sprawdza się kampania ukierunkowana, czyli taka, w której kierujemy przekaz do określonej grupy wyborców, np. studentów, rodziców małych dzieci czy przedsiębiorców – wymaga to od polityka poznania tych grup, ich problemów, postulatów etc.
Internet daje politykom możliwość samodzielnego kształtowania przekazu, co nie jest możliwe w przypadku mediów tradycyjnych. Życie polityczne w Internecie jest oczywiście znacznie bardziej interaktywne i dynamiczne – kontakt polityka z wyborcą jest możliwy 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, a informacje rozprzestrzeniają się bardzo szybko.
Kolejna ważna różnica to, wbrew pozorom, trwałość przekazu – nasza działalność w sieci zawsze pozostawia po sobie ślad. Polityk nie ma wpływu na to, gdzie, kiedy i przez kogo zostanie wykorzystane zdjęcie opublikowane na stronie www bądź wpis na blogu. Stwarza to oczywiście niemałe ryzyko, ale też wymusza na politykach większą odpowiedzialność za słowa i czyny w wirtualnym świecie.
Jak Pan wyobraża sobie polityków w sieci za 10 lat? Czy w ogóle będą mogli istnieć w świecie realnym będąc nieobecnymi w świecie wirtualnym? W jakim kierunku zmierzają formy komunikowania społecznego w Internecie?
Trudno sobie wyobrazić, aby kampania tradycyjna miała w ogóle zniknąć. Pewne jest natomiast, że jej rola będzie coraz mniejsza, a Internet będzie zyskiwał na znaczeniu.
W przyszłości politycy na swoich stronach www zapewne uruchomią awatary czyli wirtualne postaci, które będą rozmawiać z internautami i odpowiadać na ich pytania. Będą to systemy oparte na sztucznej inteligencji.
Przewiduję również rozwój systemów mądrego głosowania – zarówno politycy, jak i wyborcy, będą wypełniać ankiety on-line dotyczące polityki wewnętrznej, zagranicznej, spraw światopoglądowych, a to pozwoli wyborcom dokonywać lepszych, bardziej przemyślanych i racjonalnych wyborów. Głos zdobędzie nie ten, kto pięknie przemawia, ale ten, którego poglądy są zgodne z naszymi.
Wszyscy będziemy korzystać z Internetu głównie za pośrednictwem urządzeń mobilnych, co sprawi, że kampania wyborcza stanie się bardziej dynamiczna. Politykom będzie zależało na bezpośrednim dostępie do wyborców – zamiast wykorzystywać media tradycyjne, kandydat będzie mógł za pomocą telefonu komórkowego wysłać swoim wyborcom wiadomość w serwisie społecznościowym.
Dziękuję za rozmowę
Więcej informacji o książce w źródle wywiadu.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: August 3rd, 2010 | Author: admin | Filed under: PRomocja Książki, Rozmowy kontrolowane | Tags: book, imbrilia, izabela sadowska, książka, książki | No Comments »
Izabela Sadowska z Agencji PR Imbiria opowiada o książkowej aplikacji na facebooka oraz paru innych – interesujących pomysłach na książkową promocję.
Skąd pomysł na stworzenie aplikacji do szukania książek na facebooku?
Od wielu lat obserwujemy rynek książki i działamy na nim. Coraz trudniej znaleźć interesującą nas informację w otchłani Internetu. Weźmy na przykład książkę “Nuda”. Wpisujemy w Google tytuł i wyskakuje nam mnóstwo wyników, które nie są związane z książką. Stworzyliśmy więc aplikację, która ułatwi książkowym molom (którymi prywatnie jesteśmy) przeczesywanie Internetu. Nasza aplikacja przeszukuje wyłącznie wybrane wortale, tematyczne blogi i księgarnie, więc wie gdzie szukać informacji o książkach i dlatego wyniki są bardzo precyzyjne.
Jak możemy korzystać z aplikacji?
Korzystanie z aplikacji jest bardzo proste. Wystarczy w wyszukiwarkę wpisać dowolną frazę związaną z szukaną książką i kliknąć przycisk szukaj. Poza tym można aplikację umieścić na prowadzonym fan page’u, co uczyni go bardziej atrakcyjnym i funkcjonalnym.
Co daje ona normalnemu czytelnikowi, a co wydawcy?
Czytelnikowi daje możliwość szybszego wyszukiwania informacji o interesujących go książkach. Wydawcy – łatwiejsze dotarcie z informacją o książce do czytelnika. Co ważne, wyniki wyszukiwania są wyżej pozycjonowane, ponieważ pozbawione są “googlowego szumu”.
Promocja książki na facebooku to skuteczniejsze działanie niż inna forma promocji w sieci?
Każda promocja książki jest wskazana. Im więcej różnorodnych, wielokanałowych działań, tym skuteczniejsza promocja. Poziom czytelnictwa w Polsce nie stoi na najwyższym poziomie, a poprzez Facebooka mamy możliwość dotarcia do około 6 mln Polaków. Planujemy uruchomić wyszukiwarkę na witrynie www.szukajksiazek.pl, tak aby jeszcze rozszerzyć grono użytkowników.
Prowadzicie agencję PR, która działa głównie na rynku książki. Jest zainteresowanie takimi usługami?
Może szerzej – propagujemy kulturę w każdym wydaniu. W obecnej chwili skupiamy się na książkach i muzyce, ale nie zamykamy się na inne wydarzenia, które mają wpływ na wzrost znaczenia kultury jako czynnika stymulującego rozwój społeczno-gospodarczy. Zainteresowanie jest umiarkowane, ale wprowadzanie autorskich pomysłów, które nie są przygotowywane dla konkretnego klienta, tylko dla szerokiego grona odbiorców, zawsze jest mile widziane.
Co oferujecie potencjalnym klientom?
Pełną ofertę prezentujemy na stronie internetowej www.imbiria.com. Przede wszystkim wspieramy działania kulturalne, które zwykle mają ograniczone budżety, a my za niewygórowane wynagrodzenie świadczymy profesjonalne usługi. Działamy kreatywnie i dużą wagę przykładamy do wykorzystywania nowych technologii. Nasz świat kulturą stoi.
Czy będziecie przygotowywać kolejne aplikacje czy inne narzędzia skierowanie do miłośników książek na facebooku czy innych społecznościówkach?
Tak, mamy w planie kolejne przedsięwzięcie, które wkrótce wdrożymy na FB. Zajmiemy się nim jednak dopiero w wolnej chwili, bo takie autorskie działania prowadzimy wyłącznie dla naszej satysfakcji
.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: June 27th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: andrzej wychowaniec, bezkartek, ebook, eksiążka, eksiazki, serwis | No Comments »
Andrzej Wychowaniec z bezkartek.pl opowiada o tym, dlaczego warto zainteresować się tematem ebooków. Po więcej zapraszamy na bezkartek.pl
Read the rest of this entry »
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: June 15th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: detektyw pozytywka, dzieci, grzegorz kasdepke, nasza księgarnia, pisanie, rozwój, sukces | No Comments »
Grzegorz Kasdepke opowiada o pisaniu książek dla dzieci i kontynuacji doskonałej serii o detektywie Pozytywce.

Tworzenie literatury dla dzieci to ciężki kawał chleba?
Jeżeli już trzymamy się metafor rodem z piekarni, to pisanie dla dzieci kojarzy mi się raczej z apetyczną, świeżutką bagietką. Choć tylko piekarz wie, ile trzeba się napracować, aby była tak smaczna.
Jak powinna wyglądać idealna książka dla dzieci – zarówno pod względem treści jak i formy?
Chwała Bogu, żadna ze szkół wyższych nie kształci inżynierów bajkologów. Nie ma prezycyjnie opisanych wzorców książek dla dzieci. Są za to książki, które – po przeczytaniu – wydają się idealne. Przykład? A choćby „Mikołajek”. Czy książki o Pippi. Zabawne, wielowarstwowe, trafiające do dzieci, ale i do dorosłych.
„Mam prawo, czyli nieomal wszystko, co powinniście wiedzieć o prawach dziecka, a nie macie kogo zapytać” to jedna z Pana książek, które w łatwy sposób przedstawiają trudne dla dzieci sprawy. Trzeba pisać o sprawach oczywistych w tak prosty sposób?
A po co pisać w sposób skomplikowany? O czymkolwiek? Jeżeli ktoś nie umie pisać w sposób prosty, nie powinien pisać wcale.
A „Horror! czyli skąd się biorą dzieci” też wpisuje się w łatwe mówienie o trudnych sprawach? Wszak wiele już książek o ciąży dla dzieci i dorosłych napisano…
Nie szkodzi, o Bondzie nakręcono wiele filmów, a wciąż powstają nowe. Scenarzyści chcą się zmierzyć z historią agenta 007, autorzy książek dla najmłodszych – z opowieścią o tym, skąd się biorą dzieci. Taki rytuał inicjacyjny.
Osobiście podobała mi się seria o „Detektywie Pozytywce”. Kiedy kontynuacja tej serii?
Już pod koniec tego roku. Nie tylko czytelnicy nie mogą się doczekać nowych przygód Pozytywki – ja też czekam na nie z utęsknieniem. Zdradzę, że w kolejnej serii nasz dzielny detektyw ruszy w Polskę i spotka wiele ciekawych osób. Między innymi Adama Wajraka.
Którą swoją książkę uważa Pan za najlepszą? Czy ma Pan swoich małych recenzentów?
Pisarze bywają przywiązani do swoich pierwszych i ostatnich książek. Pierwszą była zabawna „KACPERIADA” – opowieść o moim synku. Jedną z ostatnich „Kiedy byłem mały…” – opowieść o mnie. Lubię obie. Nie tylko lubię – jestem z nich dumny. A recenzenci? Najsroższym bywa mój syn.
Prozaicznie – dlaczego warto czytać dzieciom?
Prozaiczne pytania prowokują do patetycznych odpowiedzi. Czytajmy dzieciom, by uczynić je przyszłą elitą świata.
Czym zaskoczy Pan młodszych i starszych czytelników w najbliższej przyszłości?
Już niedługo pojawi się napisana wspólnie z Anią Onichimowską książka „GDYBYM BYŁ DZIEWCZYNKĄ/GDYBYM BYŁA CHŁOPCEM”. A wkrótce także zupełnie nowa seria kryminałów, której bohaterem będzie pewien… koń.
O autorze:
Grzegorz Kasdepke woli pisać książki, niż notki biograficzne, dlatego tych kilka krótkich zdań powstawało, ku rozpaczy redaktorów “Naszej Księgarni”, ponad pół roku.
Z wykształcenia dziennikarz, z wyboru – bajkopisarz. Autor wielu cieszących się powodzeniem książek dla dzieci (między innymi: “Kacperiada”, “Co to znaczy…” część I i II, “Kuba i Buba”, “Bon czy ton”, “Słodki rok Kuby i Buby”, “Dziwne przypadki bajkopisarza”, “Przyjaciele”, “Niesforny alfabet”, “Z piaskownicy w świat”, “Detektyw Pozytywka”, “Nowe kłopoty detektywa Pozytywki” i inne).
Współautor nadzwyczaj udanego syna, Kacpra, z myślą o którym planuje kolejne, coraz poważniejsze dzieła. Leń i obżartuch. Scenarzysta telewizyjny; maczał palce przy powstawaniu scenariuszy “Ciuchci”, “Podwieczorka u Mini i Maxa”, “Budzika”, a także – przez ponad cztery lata – telenoweli “Klan”. Wielbiciel radia, twórca licznych słuchowisk radiowych.
Pożeracz książek – pierwszą przeżuł jeszcze w kołysce, teraz pożera je w inny sposób, choć z równym zapałem. Były wieloletni redaktor naczelny magazynu “Świerszczyk”; w trakcie redagowania tego szacownego tytułu wyglądał niewiele poważniej od swoich czytelników – napawało go to trudno dziś zrozumiałą dumą.
Fantasta i marzyciel. Pytany podczas spotkań, czy lubi dzieci, zdecydowanie odpowiada: “Nie!”. Potem rży jak osioł – i wszyscy wiedzą, że to chyba jednak nieprawda.
fot. Ola Cieślak
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: June 10th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: book, ebook, kochanowo i okolice, książka, książki, przemek jurek, rozmowa, wywiad | No Comments »
Przemek Jurek opowiada o “Kochanowie i okolicach”, a także o paru innych sprawach.

Czy wójt rzeczywiście potęgą jest i basta?
Nie, chyba nie… Potęgą jest w książce, ale w książce – żeby było bardziej dramatycznie – znacznie przesadziłem i sporo nazmyślałem. Wójt zapewne faktycznie sporo może, ale wiem z autopsji, że wielu mieszkańców wsi żyje sobie spokojnie i w ogóle się swoimi wójtami nie przejmuje.
Wieś, którą widzimy w „Kochanowie” przeraża. Czy polska wieś nie ewoluuje i nadal rządzą „Chłopi”?
Trzeba dużej wrażliwości, żeby przerazić się wsią z „Kochanowa”… Nie zazdroszczę. A tak poważnie – trudno mi odpowiedzieć na takie pytanie. Moim zdaniem wieś ewoluuje, zmienia się, jak wszystko dookoła zresztą, ale najlepiej to sprawdzić samemu. Może tylko dobrze byłoby przy tym nie eksponować postawy antropologa czy wysłannika bardziej złożonej, miejskiej cywilizacji… Pojechać na wieś warto i warto na wsi trochę pomieszkać, choćby dla zdrowia.
Spotkał się Pan z takim zespołem muzycznym, jak ten opisany w „Kochanowie”?
Tak. Mam przyjaciół i znajomych grających w takich zespołach. Mają grubo po trzydziestce, mają rodziny i dzieci, ale wciąż czują się rockandrollowcami. Wyleczyli się z ambicji, ale z miłości do muzyki, jak wiadomo, wyleczyć się nie można. Grają, urządzają próby, traktują to jak hobby i jestem przekonany, że zestarzeją się dużo później niż inni.
Dba pan o muzycznego bohatera. Ciekawie ogląda się jego muzyczne dojrzewanie. Jakieś wzorce ze znanej rzeczywistości natchnęły do jego stworzenia?
Ten bohater to takie moje alter ego, niestety. Zaczynałem od Kombi. Taka jest prawda. Należałem do dwóch fan clubów, zbierałem plakaty, płyty… To była prawdziwa miłość. Potem szło już mniej więcej tak jak ewolucja Marcysia w książce – od kapel z tzw. Krajowej Sceny Młodzieżowej, przez heavy metal aż po całkiem ekstremalne zespoły typu Morbid Angel czy Deicide. Moi przyjaciele mieli podobnie. W każdym razie nie znam nikogo z mojego pokolenia, kto by nie przeszedł u zarania fascynacji Modern Talking czy A-ha. Jeśli twierdzą inaczej, kłamią.
Wątek wyborczy jest bardzo aktualny. Z punku widzenia pisarza – czy taka kampania jak w „Kochanowie” odbywa się właśnie teraz?
Akcja powieści dzieje się w 2006 roku. Kampania do tegorocznych wyborów samorządowych jeszcze się chyba nie zaczęła, ale nie sądzę, żeby ktoś próbował w niej wykorzystać metalowców. Na dłuższą metę to nie pomoże. Już prędzej zaszkodzi. Niech moje „Kochanowo” będzie tu przestrogą!
Znany jest pan bardziej jako twórca pracujący w „Przekroju”? Z tak doskonałym poczuciem humoru człowiek rodzi się czy uczy go na polonistyce?
Dziękuję za komplement. Z tym poczuciem humoru (nie tak doskonałym!) chyba się urodziłem, polonistyka lekko je tylko podkręciła, przez lektury i przyjaźnie z ciekawymi ludźmi. Myślę, że oczekiwanie czegokolwiek po studiach polonistycznych to nadmiar optymizmu.
Co teraz? Jaka książka po „Kochanowie?
Nie wiem. Mam pomysł na dwie kontynuacje, ale wszystko zależy od tego, czy będzie je dla kogo pisać…
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: June 7th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: book, książka, nasze debiuty, rozmowa, rynek eksiazki, rynek książki, social media | No Comments »
Piotr Bryczkowski z naszychdebiutów.pl opowiada o samym pomyśle, jego mocnych stronach i przyszłości tego młodego projektu. Zaznacza również, że kwestie dotyczące przyszłości i wizji rozwoju np. rynku książki elektronicznej, roli internetu itd są moja opinią nie koniecznie zbieżną ( jak też nie
koniecznie rozbieżną ) z opinią kolegów – współtwórców fundacji NaszeDebiuty.pl. Czy jednak nie ma racji?
Czym jest projekt naszedebiuty.pl?
Projekt założenia organizacji, która mogłaby wydawać i promować autorów-debiutantów był tematem wielu naszych dyskusji od kilku lat. Zdawaliśmy sobie sprawę ze złożoności problemu gdyż czynnie uczestniczyliśmy w rynku książki w Polsce. Staraliśmy się jednocześnie spojrzeć na problem okiem autora, który ma w szufladzie tekst i marzy o jego wydaniu, ale nie wie jak. Nawet gdyby udało się debiutantowi wydać samodzielnie książkę, to bez współpracy z wydawcą funkcjonującym na rynku nie zapewni jej właściwej dystrybucji, a tym bardziej obecności na półkach w księgarniach. Najlepszym weryfikatorem jakości książki jest czytelnik. Bez jego oceny autor nie wie czy jego praca powinna być kontynuowana.
Po wielu spotkaniach, dyskusjach i przyjęciu rozlicznych krytyk, uznaliśmy, że najlepszą formą działalności jest fundacja, którą nazwaliśmy „NaszeDebiuty.pl” i zarejestrowaliśmy w marcu 2009 roku.
Do kogo kierujecie swoją ofertę?
Oczywiście jak wskazuje nazwa fundacji do debiutantów którzy wydali jeszcze żadnej książki. Chcemy dać szansę tym wszystkim którzy piszą „do szuflady” i uważają że ich pisanie jest zainteresuje czytelników. Tym, którzy odbili się od drzwi kilku wydawców usiłując zainteresować ich swoją twórczością.
Zwracacie dużą uwagę na cenę książki. U was kosztować ma ona 13,90. Dlaczego więc większość literatury jest o wiele droższa?
To prawda, że większość książek jest droższa. Powód jest prosty – celem każdego wydawnictwa komercyjnego, jak zresztą i każdej innej działalności gospodarczej jest osiągnięcie zysku finansowego. Wiadomo że koszty druku książki to tylko kropla w morzu wydatków jakie trzeba ponieść na jej wydanie. Do tego dochodzą koszty korekty i składu, projekt okładki a i tak lwią cześć z ceny jaką płaci czytelnik pochłania dystrybucja. Nie wspomnieliśmy jeszcze tu o kosztach marketingowych.
Przyjęliśmy założenie, że nasze książki muszą być wydane starannie, w charakterystycznej stylistyce graficznej ale co chyba najważniejsze z punktu widzenia potencjalnego czytelnika , w jak najniższej cenie. Aby to osiągnąć musieliśmy przekonać najważniejszych partnerów do działań non profit.
Dzięki temu, że od początku projektu włączył się do prac koncepcyjnych EMPIK, udało się wypracować czytelną, wspólną koncepcję handlowo – marketingową. Niska cena książki to również zasługa grona wolontariuszy którym z tego miejsca chcemy bardzo serdecznie podziękować.
Co dostają współpracujący z wami pisarze?
Dostają szansę zaistnienia na rynku, szansę „bycia zauważonym”. Dziś każdy kto ma na to środki finansowe może wydać książkę – ważne jest to co się z nią stanie już po wydaniu. Jeśli nawet trafi do księgarń poprzez jakąś sieć dystrybucji to zapewne wyląduje na regale numer siedemnaście na drugiej półce od dołu.
Dzięki sponsoringowi EMPIK’u książki naszych debiutantów przez trzy miesiące stoją na specjalnie oznaczonej, eksponowanej półce w najlepszych salonach sieci EMPIK w całej Polsce i istotne nie grzbietem ale zwrócone okładką w stronę klienta.
Niska cena książki powinna sprawić że więcej osób zainteresuje się naszymi pozycjami wydawniczymi co przełoży się na większe zainteresowanie twórczością naszych debiutantów wśród czytelników.
Macie już na koncie pierwsze sukcesy?
Dopiero startujemy. Pierwsze pięć pozycji zostało wydanych i trafiło na półki księgarskie a kolejne są przygotowywane do wydania. O efektach w postaci sukcesów wydawniczych naszych autorów będziemy więc mogli powiedzieć za kilka miesięcy.
Oczywiście niewątpliwym sukcesem na dziś jest dla nas samo urzeczywistnienie pomysłu fundacji NaszeDebiuty.pl – to że udało nam się namówić do współpracy grono wolontariuszy i współpracowników oraz pozyskać takiego sponsora jak EMPIK bez którego realizacja tego projektu była by niezmiernie trudna.
A e-rynek? Czy i tutaj widzicie swoją misję – profesjonalne wydawanie ebooków, obsługa medialna, etc.?
Tak oczywiście, myślimy o tym intensywnie i prowadzimy ustalenia z partnerami co do sposobu wprowadzenie e-booków na rynek. Chcemy nawet aby wolumen wydawanych w ten sposób pozycji był większy niż książek papierowych. Nie jesteśmy w stanie wydać wszystkich napływających do nas książek i część z nich mogłaby się ukazać właśnie w wydaniach elektronicznych.
Czy internet zwiększa szansę pisarzy na bycie zauważonym?
Oczywiście że zwiększa. Umożliwia dotarcie do dużej liczby odbiorów przy niewielkich nakładach.
Dziś ludzie szukają informacji głównie w internecie. Kiedy chcę iść do kina najpierw siadam do komputera, oglądam „trailer” filmu, czytam streszczenie, potem recenzje i opinię internautów. Myślę że to samo dotyczy w coraz większym stopniu również książki.
Social media promują literaturę czy przeciwnie – przez nawał informacji zmniejsza się zainteresowanie książką drukowaną?
Social media zastępują dziś grono znajomych z którymi dzielimy się swoimi spostrzeżeniami i które wywiera na nas wpływ poprzez kreowanie trendów. W serwisach społecznościowych powstają grupy zainteresowane różnorodną tematyką, to nie serwisy kreują te grupy tylko ludzie kreują te serwisy. Myślę więc że to pytanie o czytelnictwo w ogólności bo to ono będzie miało odzwierciedlenie w social mediach a nie na odwrót.
Jak widzicie swój projekt za 10 lat – nadal będziecie mieli w swoim celu wydawanie książki drukowanej?
Przy dzisiejszym, ciągle rosnącym tempie postępu technicznego trudno przewidzieć, co będzie za te 10 lat. Myślę że książka drukowana się obroni i będzie istnieć obok e-booków tak jak dziś istnieją kina pomimo powszechności DVD a wcześniej video które miało podobno doprowadzić do upadku kina. Książka elektroniczna była by już dziś znacznie bardziej popularna gdyby dobry czytnik kosztował na poziomie 200 złotych. Myślę że wystarczy poczekać na rozwój technologi wytwarzania e-papieru, spadek cen czytników aby powszechność e-booków stała się faktem.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 27th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: bernard lecomte, book, książka, książki, tajemnice watykanu, wydawnictwo znak, znak | No Comments »
Bernard Lecomte w rozmowie ze mną opowiada o najciekawszych momentach badania Watykanu. A wszystko to z okazji szykującego się wydania “Tajemnic Watykanu” w wydawnictwie ZNAK. Już 1 lipca

Jak dużo prawdy jest w tym, co napisał Dan Brown na temat Watykanu?
Dan Brown napisał powieść „Anioły i demony”, która przyjęła za kadr Watykan – miejsce pełne tajemnic, sekretów i wyobrażeń. Jednakże, autor nie szukał prawdziwości, nie bardziej niż w „Kodzie Leonarda da Vinci”, w którym opisywał on historię Kościoła katolickiego. Jego powieści zawierają dużo błędów historycznych, są kompletną fikcją. Jednak w naszych zsekularyzowanych społeczeństwach takie książki cieszą się dużym zainteresowaniem wielu czytelników, którzy nie wiedzą zbyt wiele na temat religii.
Watykan naprawdę jest miastem pełnym sekretów?
Jak wszystkie miejsca władzy: Zakazane Miasto, Kreml, czy też Biały Dom, Watykan skupia w sobie rzeczywiście wiele tajemnic. W 2000 roku wydarzyło się w tych miejscach wiele rzeczy. Ale tak naprawdę, ogrom z tych sekretów rodzi się przez złudzenia: Kościół od początku XX wieku stał się przejrzysty, mniej więcej tak, jak inne instytucje, z którymi można go porównać.
Jaka tajemnica Watykanu w przeciągu stu ostatnich lat stała się Panu najbliższa?
Coś, co najbardziej mnie pasjonowało to Święty Całun z Turynu. Wierzyłem, że wszystko już zostało powiedziane na temat tego „fałszywego” stworzonego w średniowiecza i że technika węgla 14, użyta w 1988 roku, zakończyła wszystkie polemiki. Rozpocząłem moje dochodzenie bez entuzjazmu, ale odkryłem, że naukowcy z różnych dziedzin, a także pyłki, materiały, spektroskopia, archeologia itp. przechylały się coraz bardziej na stronę autentyczności tego kawałka lnu.
Dlaczego Mussolini stworzył Państwo Watykan?
Z powodów oczywiście politycznych: Mussolini wiedział, że nigdy nie będzie królował nad Italią, jeśli katolicy będą przeciwko niemu. Postanowił więc, nie bez zręczności, dać papieżowi to, czego ten się domagał – on i jego poprzednicy odkąd w 1870 eksmitowano Stany Papieskie – symboliczne terytorium, które osadzało swą suwerenność niezależnie od cywilnych Włoch. Traktat Laterański, podpisany w lutym 1929 roku, przypieczętował neutralność Kościoła wobec faszyzmu. Ta neutralność nie trwała zbyt długo, ale traktat ten jest nadal aktualny.
Czy ciężko jest prowadzić prace badawcze na temat Watykanu?
Nie bardziej, ani nie mniej niż w tych miejscach władzy, które cytowałem wcześniej – to zależy od tego, nad czym się te badania prowadzi! Trzeba oczywiście znać kilka osób, które wprowadzą Cię w arkana Świętego Miejsca. Trzeba też najpierw dużo przeczytać na temat, nad którym się pracuje, w przeciwnym razie, ryzykujesz że szybko się w nim zagubisz.
Czy trudno jest otrzymać pozwolenie na analizowanie dokumentów biblioteki watykańskiej?
Jeśli chodzi o dokumenty bieżące, to nie. Natomiast jest to trudne, jeśli chodzi o dokumenty, które figurują w archiwach od niedawna, bo Watykan ujawnia je, tak jak wszystkie inne kraje świata, po 50-ciu lub 70-ciu latach.
Możecie również pisać o postaci Jana Pawła II. Czy jest coś, na co chciałby Pan zwrócić uwagę, żeby bardziej zainteresować ludzi papieżem – Polakiem?
Pracowałem przez długie lata nad postacią Jana Pawła II. Ten mężczyzna był tak przejrzysty – przed i po jego wyborze – że czasami miałem wrażenie, że wszystko o nim wiemy. A jednak, znajdujemy zawsze jakieś nowe wyznania na temat tego papieża, który rządził państwem katolickim przez 26 lat i zmarł w wieku 84. W mojej książce, postanowiłem opowiedzieć o tym, o czym wiele osób nie wie – a mianowicie o tym, co zrobił on dla Solidarności.
Więcej informacji o książce na stronie wydawnictwa ZNAK.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 24th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: książka, książki, otwarte, rozmowa, samsara, tomek michniewicz, wydawnictwo otwarte | No Comments »
Tomek Michniewicz opowiada o pasji podróżowania, ciekawych przygodach i … nowej książce, która będzie absolutnym nowum na naszym rynku.

Z pasją podróżowania człowiek się rodzi czy z czasem dorasta do częstego opuszczania domu rodzinnego?
W moim domu, od kiedy pamiętam, obecne były wszystkie kultury świata. Wychowałem się wśród chicagowskiego bluesa, jogi, buddyjskich mantr, arabskiej muzyki i szacunku dla odmienności. Rodzice zaszczepili we mnie podejście „trzymaj szeroko otwarte oczy, ucz się od innych i ich szanuj”, i z takim też podróżuję. Więc urodziłem się na pewno w sprzyjających do podróżowania warunkach, a backpackingowy styl, cele i organiczną już potrzebę okresowej zmiany miejsca pobytu wykształciłem w sobie sam.
Który kraj Azji podoba się Tobie najbardziej? Z którym najbardziej się zżyłeś podróżując po tych krajach?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kocham Nepal, choć to trudny do podróżowania kraj. Pomaga za to zrozumieć siebie, zwłaszcza gdy zboczy się z klasycznego szlaku Katmandu-Pokhara-Chitwan i pojedzie w góry lub na nizinę Terai, z dala od turystów. Widok wschodu słońca nad Himalajami po prostu coś we mnie zmienia, to jak dotknięcie czegoś tak ogromnego, że człowiek czuje się nic nieznaczącym drobiazgiem.
Ale kocham też Tajlandię, i to mimo milionów turystów rocznie, za pogodę ducha, egzotyczną obrzędowość i sposób myślenia, który sprawia, że problemy niewiele znaczą. W Malezji kocham jedzenie, w Indiach kino, w Wietnamie kulturę… Mogę tak długo. Azja jest tak różnorodnym kontynentem, że nie da się go łatwo sklasyfikować.
„Samsara” jest książka niezwykle optymistyczną i mimo paru groźnych przygód nie zawiera opisów ciągłego ocierania się o śmierć. Czy można bezpiecznie podróżować po tak egzotycznych krajach białemu człowiekowi?
A dlaczego nie? Turyści pakują się w kłopoty nie dlatego, że gdzieś jest niebezpiecznie, tylko dlatego, że nie potrafią się poruszać po obcym terenie. Nie wiedzą, co jest dobre a co złe, co jest dobrze widziane a co nie, jakie zachowania miejscowi mieszkańcy uznają za prowokacyjne. Przyjeżdżają do egzotycznego kraju jak do muzeum i przywożą ze sobą swój styl bycia, który często jest tam bardzo nie na miejscu. Wystarczy trochę poczytać i porozmawiać z kilkoma globtroterami – zapewniam, że przy odpowiedniej dawce wiedzy można spokojnie się poruszać nawet po terenie, który cieszy się złą sławą.
Inną sprawą jest to, co zdecydowałem się opisać w „Samsarze”. Mogłem opisać scenę, gdy obudził mnie strzał z pistoletu, albo gdy moja koleżanka spadła nocą w przepaść, albo gdy utknąłem bez wody w pustynnych górach. Ale po co? Czy książkę się pisze, żeby się popisać, czy żeby coś opisać?
Pytam, bo często zbaczasz z utartych i bezpiecznych szlaków. Wygodniej jest na drogach, których nie ma?
Wygodniej na pewno nie, bo nie ma na nich asfaltu, sklepów, lekarza i hotelu z klimatyzacją. Ale podróż poza wydeptanymi ścieżkami na pewno bardziej wynagradza, można z niej więcej wyciągnąć dla siebie. Poznaje się fantastycznych ludzi nieskażonych ciągłą obecnością turystów, ogląda się miejsca, do których rzadko kto dociera, wpada się w kłopoty, których normalnie bym uniknął… To jest to, po co podróżuję.
Poszukujesz rzeczy, które nie śniły się filozofom. Czy oprócz opowieści tubylców o skaczącym po domach szamanie i królu skorpionów byłeś świadkiem zjawisk nie z tej ziemi?
Jak najbardziej tak. Problem polega na tym, że gdy opowiadam o nich w Polsce, wszyscy na mnie patrzą jak na oszołoma New Age. Tymczasem jako dziennikarz mam bardzo krytyczne podejście do świata i niełatwo wcisnąć mi jakąś hucpę, nie kupuję „egzotycznych błyskotek” w postaci niby-czarów. Dość dobrze się orientuję w azjatyckich sztuczkach i nie daję się na nie nabierać. Ale czasem mam do czynienia z czymś, co po prostu wykracza poza ludzkie możliwości, albo jest niewytłumaczalne, w żaden sposób. I wtedy czuję, że nasz racjonalizm zabił w nas jakiś duchowy pierwiastek, który Azjaci wciąż w sobie pielęgnują.
Z innej beczki. Oferujesz wyjazdy z Tobą? Co dostajemy w pakiecie?
Organizuję wyjazdy skrojone w stu procentach pod wyobrażenia osób, które się do mnie zgłaszają. Jedni chcą pojechać na Saharę, inni w Himalaje, ktoś jeszcze pomedytować w buddyjskim klasztorze, a kto inny chce podróży szlakiem azjatyckiej kuchni. Nie ma więc pakietów, wszystko ustalamy razem a każda podróż jest zupełnie inna, nie ma dwóch takich samych. To jest dość nietypowa jak na polskie warunki formuła – droga, ale zostawia wrażenia na całe życie.
Mogę zagwarantować, że każdy przeżyje to, o czym marzy, ale nie obiecam że nie wpakujemy się w kłopoty albo nie utkniemy w dżungli na kilka dni. Organizuję podróże, a nie wycieczki.
Kiedy szykuje się następna książka na temat Twoich podróży i fascynujących przygód?
Właśnie zaczynamy z wydawnictwem projektować kolejną książkę. Będzie zupełnie inna niż debiut i już nie o Azji. Nie mogę zdradzić na razie żadnych szczegółów. Obiecuję, że tematem będzie coś, o czym nikt jeszcze w Polsce nie pisał, i że będzie tyle samo śmiechu i akcji co w „Samsarze”. Tylko tyle lub aż tyle.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 17th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: książka, książki, lubimyczytac, lubimyczytac.pl, marcin kręglicki, marka, serwis, wyspy szczęśliwe | 2 Comments »
Marcin Szajda zdradza szczegóły serwisu lubimyczytac.pl i mówi o boomie na social media.

Czy Polacy dużo czytają? Czy czytają w ogóle?
Oczywiście, że Polacy dużo czytają… niektórzy. Polacy dzielą się na dwie grupy: ludzi czytających dużo książek i ludzi którzy nie czytają prawie nic. Niestety aktualnie ta druga grupa jest dużo większa. Przykre jest to, że ulubioną lekturą znacznej większości Polaków jest program telewizyjny. Może dzięki naszemu serwisowi część osób zacznie czytać więcej niż do tej pory – łatwiej będą mogli znaleźć interesujące ich książki.
Mamy szansę na polskie goodreads.com?
Mamy taką nadzieję. Goodreads jest niedoścignionym wzorem „serwisu książkowego” zarówno pod względem funkcjonalności jak i merytorycznym. Jest już u nas w serwisie sporo użytkowników, którzy posiadają konta na goodreads. Ich opinie o serwisie są pozytywne, co nas bardzo cieszy. Tacy czytelnicy są dla nas bardzo cenni – widać, jak wielka była potrzeba istnienia takiego serwisu, że założyli konto na stronie anglojęzycznej, ubogiej przecież w polskie książki.
Pomysł na założenie lubimyczytac.pl to wynik miłości do książek czy czysta kalkulacja rynku, któremu potrzebny był dobry serwis dla miłośników literatury?
Jak to zwykle w życiu bywa prawda leży pośrodku. Pomysł na portal wywodzi się z naturalnej potrzeby jego założycieli, jaką było stworzenie przyjaznego miejsca w internecie dla miłośników książek. Gdy startowaliśmy, na polskim rynku było już kilka podobnych serwisów, jednak żaden z nich nie pasował do naszej koncepcji i oczekiwań… więc stworzyliśmy własny.
Mocno działacie na polu social media. Czy bez tych narzędzi można by było prowadzić serwis?
Social media to tak naprawdę nowość na naszym rynku. Ostatnio jest mocno zauważalny boom wśród polskich firm – każda chce mieć stronę na Facebooku. Jest sporo serwisów, które jeszcze nie potrafią skorzystać z tego dobrodziejstwa – my też cały czas uczymy się, jak budować swój wizerunek i jaką treść dodawać, żeby była ona interesująca dla fanów a zarazem nie natarczywa. Jesteśmy obecni głównie na Facebooku, ale również na blipie i flakerze. Jest to główne pole naszych działań marketingowych. Oczywiście serwis można by było prowadzić bez działań w social media, jednak dzięki nim łatwiej i szybciej można dotrzeć ze swoją ofertą do danej grupy docelowej. Zachęcamy do obserwowania!
Jak odnoszą się do serwisu lubimyczytac.pl wydawnictwa i autorzy?
Sporo pracowników wydawnictw jest wśród naszych fanów na Facebooku oraz posiada konta w naszym serwisie. Wydawnictwa same zgłaszają się do nas, żeby organizować wspólne akcje konkursowe – myślę że z biegiem czasu będzie takich zgłoszeń coraz więcej. A jeśli chodzi o autorów – w serwisie goodreads znani autorzy zakładają oficjalne profile, dzięki którym znajdują świetne miejsce do autopromocji. Mamy cichą nadzieję, że i u nas tak będzie, ale to dopiero za jakiś czas.
A jak Ty oceniasz działania wydawców w sieci? Czy są skuteczni czy może jeszcze za mało ją wykorzystują?
W dzisiejszych czasach sama strona internetowa to za mało. Jednak widać, ile profili oraz stron wydawnictw powstało na Facebooku. Jest tego coraz więcej i w miarę wzrostu popularności FB wydawcy również będą bardziej skupiali się na takiej promocji. Trzeba być tam gdzie są czytelnicy.
Czym zaskoczycie jeszcze użytkowników serwisu?
Serwis w obecnym kształcie to dopiero niecała połowa naszych pomysłów. Nie wszystko mogliśmy wprowadzić od razu – potrzeba na to czasu. To czego najbardziej brakuje jeszcze w naszym serwisie, to system polecania książek. Jednak do tego, żeby on powstał, baza musi zawierać dużo danych – książek, ocen, autorów. W tej chwili jest już bardzo duża – na półce “przeczytane” czytelnicy umieścili ponad 100 tysięcy przeczytanych książek. Już wkrótce rozpoczniemy prace nad tym systemem rekomendacji.
Niedługo opublikujemy możliwość połączenia konta na naszym serwisie z kontem na facebooku, a nowi użytkownicy będą mogli rejestrować się przez konto facebookowe. Cały czas wprowadzamy szereg drobnych zmian i poprawek, dzięki czemu korzystanie z serwisu jest prostsze i bardziej wygodne.
Jak widzisz lubimyczytac.pl za 3 lata? Czy będzie rządzić tylko książka elektroniczna czy nadal mocną pozycję będzie miało dzieło drukowane?
Chcielibyśmy w tym czasie stać się rozpoznawalną marką wśród miłośników książek. Jeśli chodzi o rynek elektronicznych książek, to ostatnio rozwija się bardzo dynamicznie. Ale trzy lata to zdecydowanie za mało, żeby osiągnął przewagę nad książką drukowaną. Tak naprawdę ciężko przewidzieć kiedy to nastąpi – technologia rozwija się bardzo szybko. Młode pokolenie najszybciej przyswaja nowinki techniczne, dla nich za kilkanaście lat ereadery będą tak samo naturalne jak dla nas komórki. Już teraz nastolatki nie pamiętają czasów sprzed ery internetu.
Czego wypada życzyć lubimyczytac w dalszej działalności? Popularności jak nk.pl?
Chcielibyśmy, żeby nasi czytelnicy znajdowali u nas to, czego się szuka w prawdziwych bibliotekach – ciekawe interesujące książki zgodne z ich gustem. Wtedy na pewno będą nas chętnie odwiedzać.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 14th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: book, e-pr, ebook, epr ksiazki, książka, książki, marek kasperski, nakanapie.pl, pr ksiazki, PRomocja Książki, serwis społecznościowy | No Comments »
Marek Kasperski opowiada o swoim wygodnym serwisie nakanapie.pl pokazując, że pasja ma najważniejsze znaczenie przy robieniu czegokolwiek.

Dlaczego warto posiadać konto nakanapie.pl?
Marek Kasperski: Mam nadzieję, że zarówno użytkownicy posiadający założone konto w serwisie nakapanie.pl, jak i Ci, którzy przychodzą tu po raz pierwszy, znajdą coś dla siebie – np. komentarze innych osób o książkach, które warto przeczytać, recenzje czy… możliwość znalezienia najbliższych od swojego miejsca zamieszkania bibliotek , która to funkcjonalność cieszy się zainteresowaniem zwłaszcza wśród studentów, więc osób często przyjezdnych.
Osoby zarejestrowane w naszym serwisie mają dodatkowe przywileje – jak np. możliwość brania udziału w konkursach i wygrywania cennych nagród książkowych, również tych książek, nad którymi nakapanie.pl objęło patronat medialny, ale nie tylko tych. Także możliwość tworzenia biblioteczek jest funkcją dostępną tylko dla zalogowanych – a cieszy się sporym zainteresowaniem ze strony użytkowników – widzimy to po ilości założonych kolekcji.
Jakie funkcje oferuje serwis, których nie dają inne – jemu podobne?
Jedną z ciekawszych funkcji, która na pewno nas wyróżnia, to wspomniana możliwość znalezienia bibliotek na mapie oraz danych teleadresowych (http://nakanapie.pl/biblioteki). W niedalekim czasie powinna się także ukazać możliwość znajdowania księgarń. Tutaj wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom użytkowników, którzy niejednokrotnie pisali bądź dzwonili do nas z prośbą o informację, gdzie mogą kupić daną książkę, którą potrzebuję na JUŻ.
Inna, myślę ciekawa funkcja, nad rozwojem której teraz pracujemy, to możliwość sprawdzenia na stronie danej książki gdzie i za ile dany tytuł jest dostępny w sprzedaży. Oraz jaki jest jego format (książka w twardej oprawie vs miękkiej, audiobook, e-book, etc.). Tego rodzaju funkcji brakuje w innych serwisach i na pewno nas to wyróżnia, a stanowi wartość dla każdego bibliofila.
Niebawem, na podobnych zasadach, będziemy także informowali o możliwości nabycia książek z drugiego obiegu.
Czy miałeś jakieś wzory tworząc serwis? Czy to dzieło zupełnie nowe?
W części społecznościowej serwis nakapanie.pl nie jest oryginalnym pomysłem i odpowiedników tego rodzaju serwisów za granicą można znaleźć dość sporo. W naszym kraju także istnieją jeszcze z 2-3 liczące się serwisy tego rodzaju. Jednak cała część związana ze współpracą z wydawcami, księgarniami, księgarniami internetowymi, antykwariatami, czy w końcu bibliotekami – jest dość nowa. A na pewno nikt wcześniej nie robił tego w Polsce na taką skalę.
Mocno wyeksponowany facebook i inne social media to teraz standard czy dobry kanał do komunikacji z userami i potencjalnymi wydawnictwami?
Jeśli pytasz o nasze konto w serwisie Facebook, które do tej pory zebrało już blisko 2-tysięczną publiczność, a więc całkiem liczące się grono, to jest to dla nas dość ważny kanał komunikacji z użytkownikami. Ale docelowo chcemy by naszym wspólnym kanałem był serwis nakapanie.pl, w którym można porozmawiać o książkach i dowiedzieć się o nowościach (chociażby na forum), czy przeczytać wartościowe komentarze na temat książek, które mamy zamiar przeczytać. Ja sam wielokrotnie w ten sposób znalazłem perełki, o których istnieniu nawet bym nie podejrzewał.
Ale to prawda, że wydawnictwa, widząc rzeszę naszych fanów na Facebook, zdają sobie sprawę z tworzącej się siły naszej społeczności. Z czego się bardzo cieszymy, gdyż dzięki nam wydawnictwa mogą być bliżej swoich czytelników.
Stawiacie w działalności na partnerów i patronaty. Jak podchodzą do współpracy wydawcy i pisarze?
Spotykamy się z bardzo dobrym przyjęciem. Ale prawda jest też taka, że sami dużo dajemy z siebie, bo wierzymy w to, co robimy i wierzymy w nakanapie.pl.
Wystarczy spojrzeć na listę patronatów (http://nakanapie.pl/patronaty), która dosłownie z tygodnia na tydzień w ostatnim czasie rozrasta się w sposób już mało kontrolowany. Ale to nas cieszy. Że wydawnictwa dostrzegają szansę na przybliżenie czytelnikom swoich wydawanych tytułów właśnie przez taki serwis jak nakapanie.pl.
Czym jeszcze zaskoczycie użytkowników?
O tym to chyba nie można mi mówić, gdyż wtedy nie było by zaskoczenia
Jak widzisz swój serwis za parę lat? Czy to inwestycja nawet w dobie e-książki?
Czytelnictwo nie umrze – tego jestem pewien. Żyjemy w dodatku w dość ciekawych czasach dla książki – żyją zarówno w formie klasycznej, papierowej, jak i odradza się czytelnictwo wraz z digitalizacją treści – mam tu na myśli rosnącą popularność e-booków oraz audiobooków, które chociażby można odsłuchiwać stojąc w korku.
Jedno jest pewne – w przypadku tej zmiany, jednak jakościowej, z formatów klasycznych na cyfrowe, jest sporo pracy przed nami jeśli chodzi o edukację. Trzeba pokazać, że istnieją alternatywy dla książki papierowej – rynek e-booków, ccałkiem wygodne czytniki, przy użyciu których można także dokonać zakupu książki, czy wspomniane audiobooki, które możemy odsłuchiwać czy to stojąc w korku, czy też po prostu przygotowując obiad; także książki cyfrowe czytane z urządzeń typu telefony komórkowe, dają dostęp do interesujących treści w dosłownie każdym miejscu – na przykład w czasie jazdy tramwajem. Tak wielu moich znajomych konsumuje książki.
Więc jeśli pytasz się czy to inwestycja, to tak – przede wszystkim inwestycja w czytelnictwo. I bardzo się cieszę, że jako nakapanie.pl mamy przyjemność być jej fragmentem.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 10th, 2010 | Author: admin | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: adam zalewski, funkybooks, horror, klimat, mrok, rozmowa, rozmowy o ksiazce, sześć razy śmierć, usa, wyrocznia | No Comments »
Adam Zalewski opowiada o swojej fascynacji USA, najnowszej książce i paru innych – niemniej ważnych sprawach.

„Sześć razy śmierć” jest mocne i jednoznaczne. Skąd taka niewiara w człowieka i brak optymistycznych zakończeń?
Słowo “niewiara” zastąpiłbym słowem “wiedza”. Moje wcześniejsze pozycje jednoznacznie przekazywały wiarę w wartość człowieka jako jednostki. Wspomniany tom opowiadań jest wyjątkiem od tej reguły. Ukazuje dwoistość
naszej natury. Nic nie jest do końca jednoznaczne. Nieskromnie myślę, że udało mi się przedstawić pewne związki przyczynowe, kierujące niektórymi ludźmi.
Nie bój się duchów, żywi są bardziej przerażający – zgadza się Pan z tym?
To chyba istota rzeczy. Kiedy Ted Bundy – jeden z najbardziej znanych amerykańskich morderców seryjnych – pamiętnej nocy wszedł do żeńskiego akademika, miał w ręku zwykły młotek. Nie zamierzał wbijać gwoździ. Zrobił
dokładnie to, po co przyszedł. Tamta krwawa noc jest dla mnie czymś o wiele bardziej upiornym niż wszystkie nieziemskie koszmary.
Areną działań złych sił w najnowszej oraz poprzednich książkach są Stany Zjednoczone. Czy to najlepsza sceneria dla mrocznych opowieści?
Myślę, że nienajgorsza. Element egzotyki potęguje zwykle atmosferę tajemniczości. Stany, to ogromny kraj – ogromny naród. Osadzając akcję w tamtejszych realiach, stworzyłem sobie większy wachlarz możliwości. Co
prawda łączy się to z tytaniczną pracą “zapinania na ostatni guzik” całej masy szczegółów, ale uważam że warto. Samo zdobywanie wiedzy jest także rodzajem przygody.
USA uzależnia? Doczekamy się polskich klimatów w Pana twórczości?
Nie wiem, czy uzależnia Czytelników. Mnie – tak. Mógłbym oczywiście pisać o bójce na Piotrkowskiej czy zabójstwie przy Złotych Tarasach”, ale od czego mamy telewizję. Pomiędzy programami religijnymi i serialami, otrzymujemy solidną dawkę polskich klimatów. Pewna część społeczeństwa jest tym trochę zmęczona. Oferuję tym ludziom alternatywę. Gdybym kiedykolwiek miał pisać o Polsce, byłaby to powieść historyczna. Może kiedyś…
Nie widać Pana w internecie. Brak bloga, mikrobloga czy paru kont w serwisach społecznościowych nie doskwiera?
Nie przepadam za internetem. Może mnie Pan nazwać “człowiekiem starej daty”. Znam kilku pisarzy, kreujących poprzez blogi swój wizerunek. Pewnie poświęcają temu zajęciu sporo czasu. Ja nie mam go w nadmiarze. Pracuję nad szlifowaniem formy, która nadal jest niedoskonała. Chyba także o to chodzi w tym biznesie.
Pracuje już Pan nad kolejnymi zaskakującymi pozycjami?
Tak. Niebawem ukaże się powieść “Grizzly”. Ona również traktuje o mrocznych stronach ludzkiej natury, ale – kto wie – może skończy się dobrze? Obecnie pracuję nad wyjątkową pozycją, ale jeszcze nie pora o tym mówić.
Czego wypada życzyć Panu w najbliższym czasie?
Spokoju. Tego potrzebuję najbardziej. A także sympatii Czytelników, dla których tworzę moje historie.
Adam Zalewski – autor znakomitych thrillerów i powieści grozy Biała wiedźma (debiut pisarski, 2008 rok), Rowerzysta i Cień znad jeziora. Rodowity kwidzynianin, w Kwidzynie spędził większą część swojego życia, choć od kilku lat mieszka z żoną w Karpinach – w „zapomnianej przez Boga i wójta wsi na skraju lasów”. Okoliczna przyroda pobudza jego wyobraźnię twórczą, podobnie jak muzyka. Miłość do książek zaszczepił w nim ojciec. Jego ulubionym poetą jest Bolesław Leśmian. Na miejsce akcji swoich powieści Zalewski wybrał Stany Zjednoczone. Kraj ten od zawsze go fascynował, a pisanie o nim stanowi dla niego rodzaj ucieczki przed lokalną rzeczywistością. W przypadku każdej książki bardzo dużo czasu poświęca na dokumentację i zebranie fachowej wiedzy, a w pracy tej nieocenioną pomocą służy mu syn Marek.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts
Posted: May 7th, 2010 | Author: admin | Filed under: PRomocja Książki, Rozmowy kontrolowane | Tags: epromocja ksiazki, grabarz, grabarz.net, pr, PRomocja Książki, web 2.0, wojciech pawlik | No Comments »
Wojtek Pawlik opowiada parę ciekawych rzeczy o swoim Grabarzu,, którego serdecznie polecam.
Skąd pomysł na mrocznego grabarza?
Nie przesadzajmy (śmiech). Grabarz nie jest znowu aż taki mroczny. Podchodzimy do tego, co robimy, z bardzo dużym dystansem. Grabarz Polski jest kontynuacją tego, co rozpoczęliśmy w 2007 roku pod szyldem Czachopisma, które miało być pierwszym stricte horrorowym magazynem. Niestety, mimo najlepszych chęci, nie udało się. Po kilku miesiącach zdołałem namówić Bartka Paszylka (współtwórcę Czachopisma) do idei internetowego zinu. Zaryzykowaliśmy. Szybko okazało się, że znalazła się jeszcze grupa ludzi, którzy nas nie znienawidzili i postanowili wesprzeć nasz nowy projekt swoimi talentami. Reszta to już historia.
Do kogo skierowany jest serwis?
Nasze publikacje skierowane są do wszystkich mniej lub bardziej zainteresowanych grozą. Grabarz to pismo dla ludzi w wieku, powiedzmy, od 14 do 100 lat. Każdy powinien tu znaleźć coś dla siebie. W magazynie można znaleźć praktycznie wszystko – od recenzji filmów, książek czy gier poprzez felietony, relacje, wywiady, aż do opowiadań, poezji i komiksów. Poprzez tematy numerów staramy się przybliżać młodym czytelnikom klasykę gatunku. Zatwardziali fani horroru mogą znaleźć u nas coś nowego lub poznać inne spojrzenie na tematy, które doskonale już znają.
Ile osób musi pracować, by co miesiąc powstawało doskonale dopracowane e-wydanie?
Cieszę się, że uważasz nasze publikacje z doskonale dopracowane (śmiech). Zawsze znajdą się jakieś błędy.
Grabarza tworzy bardzo wiele osób. Stały redakcyjny dream team liczy kilkanaście osób. Do tego dochodzi kilkadziesiąt osób współpracujących sporadycznie. W tym miejscu, bardzo wszystkim dziękuję za ich pracę. Bez Was nie byłoby to możliwe.
Do autorów tekstów dochodzą autorzy ilustracji i komiksów oraz obsługa stricte techniczna tj. redakcja, korekta i skład. W ten sposób mamy już grupę kilkudziesięciu pasjonatów tworzących profesjonalną redakcję, gotową w każdej chwili podpisać umowę z potencjalnym wydawcą.
Jaki jest twój ulubiony horror literacki oraz horror filmowy?
Jestem horrorowym oldschoolowcem – zarówno książkowym jak i filmowym. Bardzo cenię starsze dzieła Mastertona (Wyklęty), Kinga (Miasteczko Salem) i Barkera (Cabal – Nocne plemię).
Dobry filmowy horror ma dla mnie zazwyczaj metkę “80′s” i najlepiej jeśli jest w połowie komedią co zapewnia mi znakomitą rozrywkę. Hardcorowi fani pewnie teraz parskną śmiechem, ale moje Top 3 to: Powrót żywych trupów, Monster Squad oraz Critters.
Odwiedzasz inne serwisy związane z tematyką grozy? Jakie możesz polecić?
Wstyd się przyznać, ale nie robię tego zbyt często. Po spędzeniu tygodnia nad Grabarzem, przez resztę miesiąca staram się odpocząć od tematu. Jednak, jak już znajdę czas i szukam czegoś konkretnego to zaglądam na www.bloody-disgusting.com, upcominghorrormovies.com i aullidos.com. Z rodzimych portali, najczęściej pojawiam się na Gildii Horroru i Arenie Horror.
Czarna Kokarda w wersji drukowanej oraz Antologia Grabarza to wyjście z internetu na stary rynek drukowanych wydawnictw. Czy te działanie będą kontynuowane?
Nie zapominajmy, że zaczynaliśmy jako wydawnictwo papierowe. Później schronienie znaleźliśmy w czeluściach sieci. Pomysł wydania Kokardy narodził się jeszcze za czasów Czachopisma – to miało być pierwsze wydawnictwo książkowe związane z naszym pismem. Magazyn upadł, a co za tym idzie, książka się nie ukazała. Przypadkowo natrafiłem na drukarnię cyfrowa i zdecydowałem zreanimować ten pomysł. Zbiorek ukazał się w nieco okrojonej formie, gdyż chyba dwóch autorów wycofało swoje opowiadania. Później udało mi się znaleźć lepszą drukarnię i tam już zostały wydrukowane oba tomy Antologii Grabarza. W tym roku planujemy jeszcze wydanie zbioru opowiadań grozy oraz 3 tomu antologii zawierający kolejne numery pisma.
Skąd w ogóle pomysł na klasyczne – drukowane wydanie grabarza?
Grabarz nigdy nie był tworzony jako magazyn, który docelowo miał być drukowany – stąd pewne niedoskonałości wersji papierowej. Fakt, że ukazał się na papierze, był czystym przypadkiem – nigdy wcześniej o tym nie myśleliśmy. Kilka osób naciskało na wersję papierową. Uznaliśmy, że fajnie byłoby móc postawić Grabarza na półce. Wydawanie numerów pojedynczo nie miało sensu ze względu na koszt jednostkowy i problemy dystrybucyjne. Nie dałbym rady co miesiąc biegać na pocztę z ponad setką przesyłek. Postawiliśmy na zbiorek – limit do 500 stron. Znalazłem drukarnię, która zgodziła się tego podjąć. Zrobiliśmy próbny wydruk gotowego magazynu i nie wyszło tak źle. Dzięki papierowej wersji pozostanie coś namacalnego. Teraz Grabarzysko nie przepadnie, tak jak pliki pdf gdzieś w sieci czy w czeluściach dysków. Antologie będą stać dumnie na półkach i przez lata zbierać kurz.
Grabarza możemy czytać za darmo co miesiąc. Czy nie czas wprowadzić opłaty za dobre treści w sieci?
Nie u nas. Wprawdzie na samym początku myśleliśmy o tym, żeby wprowadzić płatny download za symbolicznego smsa, ale szybko się wycofaliśmy z tego pomysłu. Jesteśmy dumni, że każdy numer pobiera kilka tysięcy osób. Nie chcemy zepsuć tak dobrych wyników. Tak więc, Grabarz na zawsze pozostanie internetowym komunistą. W sieci wszystko za darmo!
Jakie macie plany na najbliższe miesiące?
Najbliższe plany to WAKACJE! Obserwuję, nie tylko u siebie, ale także u wielu redaktorów spore “zmęczenie materiału”. Wszystkim przyda się chwila odpoczynku. Do tego czasu planujemy wydać 3 numery. Od połowy lipca do 1 października nie będziemy się nikomu narzucać.
W skrócie:
Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.
More Posts