Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

Miłość czy ślub?

Posted: April 8th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , | No Comments »

Ryszard Makowski analizuje dogłębnie Ryśka, którego bliżej poznamy czytając “Miłość czy sport” oraz “Miłość czy pieniądze”.

makowski

Czy zna pan kobiety, które znają się na sporcie w sposób uprawniający je do pełnienia funkcji kierownika działu sportowego?
Nie znam. To znaczy oczywiście kobieta mogłaby spokojnie być kierownikiem działu sportowego gazety, rozgłośni czy stacji telewizyjnej, ale nie słyszałem o takim przypadku. Przyjęło się, że to raczej mężczyźni prowadzą ten dział. Dlaczego nie wiem? Wiele kobiet pracuje w redakcjach sportowych i robią to znakomicie. Widać siła przyzwyczajenia. Być może moja powieść „Miłość czy sport”, okaże się romansem futurystycznym.

Nie wykluczam, że gdzieś kobieta jest szefową. Moja niewiedza na ten temat nie może być poglądem obowiązującym.

Skąd pomysł na opowieść o losach pewnego Ryśka – życie czy wyobraźnia?
Życie z wyobraźnią na przemian. Przyjaźnię się od lat z Jankiem Zabieglikiem, który miał jedną posadę przez całe życie – był redaktorem sportowym „Życia Warszawy”. Był, bo odszedł na emeryturę. Dzięki tej znajomości przez wiele lat obserwowałem prace redakcji sportowej.

Środowisko dziennikarzy sportowych poznałem też jeżdżąc na turnieje tenisowe do Sopotu. Tam nawet miałem status dziennikarza i spędzałem sporo czasu w biurze prasowym. Pisywałem także do gazet sportowych – „Barwy sportu”, „Gem, set, mecz”, a przez ponad sześć lat w „Życiu Warszawy” zamieszczałem co tydzień wierszowany komentarz sportowy. Z tym, że moja opowieść jest całkowitą fikcją i postacie łącznie z głównym bohaterem są stworzone dla potrzeb narracji.

Pomimo wielu perypetii i kłopotów Rysiek i tak wychodzi obronną ręką z kłopotów? Z czego to wynika?
To wynika z tego, że lubię swojego bohatera. Poza tym książka z założenia ma być pogodna. Sposób patrzenie Ryśka na świat jest zbliżony do mojego własnego, a ja zawsze się staram z kłopotów jakoś wybrnąć, co z pomocą Opatrzności na razie mi się udaje. A są nawet bonusy od losu jak możliwość wydawania książek w wydawnictwie „Grasshopper”. Nie jest jakaś moja próba „przypunktowania”, tylko autentycznie miło się kooperuje.

Zna pan takich dziennikarzy? Jak ocenia pan ten zawód, który przedstawia pan w krzywym zwierciadle?
Tak jak napisałem powyżej znam wielu redaktorów, ale moje postacie są fikcyjne. Zawód dziennikarza sportowego może być bardzo fajnym zajęciem. To zależy gdzie się pracuje. Jeśli jest się w dobrej stacji telewizyjnej można zjechać kawał świata i brać udział w najważniejszych imprezach naszej cywilizacji. Igrzyska Olimpijskie czy Mistrzostwa Świata w piłce nożnej elektryzują cały glob. Mój nauczyciel WF –u ze szkoły średniej Włodek Szaranowicz jest przykładem osoby, która odniosła sukces w tej profesji. Poza tym są dziennikarze sportowi, którzy przechodzą do legendy. Bohdan Tomaszewski, Jan Ciszewski a ostatnio Tomasz Zimoch.

Czy doczekamy się opowieści o kolejnych – pewnie niemniej ciekawych losach Ryśka wykreowanego przez pana pióro?
Moja opowieść składa się w zamierzeniu z trzech części – „Miłość czy sport”, „Miłość czy pieniądze” i ”Miłość czy ślub”. Pierwsza się ukazała, druga się ukazuje, a trzecią mam zamiar napisać. Przed tą trzecią mam największa tremę, ale jakoś to będzie, o ile małżeństwo można uznać happy endem. Nie wykluczam jednak i dalszych części.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Pisząc o tym, co człowieka boli i przeraża, łatwiej o autentyzm

Posted: April 7th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | No Comments »

Wczoraj Cichowlas, dzisiaj Kyrcz Kazimierz. Rozmowa skrojona równie pięknie.

kyrcz

Jak się Panu pisze z Robertem Cichowlasem?
Momentami odnoszę wrażenie, że jesteśmy jak stare dobre małżeństwo – rozumiemy się wpół słowa, często mamy podobne czy nawet identyczne pomysły na temat tego jak dalej „pociągnąć” fabułę tego czy innego tekstu. Umiemy się też wspierać w trudnych momentach, których wciąż sporo się trafia… Jednocześnie jesteśmy osobnikami na tyle różnymi od siebie, że wciąż potrafimy się zaskakiwać. A właśnie element niepewności dodaje naszemu wspólnemu pisaniu koniecznego „pieprzu”. Czyli – podsumowując – jak dla mnie współpraca z Robertem ma same plusy.

Podaj trzy powody, dla których warto przeczytać „Koszmar na miarę”?
Dobrze się czyta, niesie pozytywne przesłanie, no i pozostawia deko nadziei, bo tym razem nie wszyscy giną.

Dlaczego horror, a nie inne, bardziej przyjemne gatunki?
Zależy co kto lubi… Mnie akurat groza sprawia maksymalną frajdę. Pewnie dlatego, że ten gatunek daje praktycznie nieograniczone możliwości. Można sponiewierać bohaterów, można ich uśmiercić, a potem ożywić i znów uśmiercić. Można pisać o wojnie, ale i zabójczej nudzie wieloletniego pokoju. Można osadzić akcję w kosmosie, pod ziemią czy w Bydgoszczy. Dostępna jest zarówno teraźniejszość, przeszłość jak i przyszłość… Poza tym, pisząc o tym, co człowieka boli i przeraża, łatwiej o autentyzm, o szczerość, która jest podstawą dobrej literatury.

Skąd pomysły na tak ciekawe opowieści? Kto stanowi dla Ciebie inspirację?
Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy coś przeżyli, którzy mają jakieś przemyślenia. Nie muszę od razu się z nimi zgadzać, nawet lepiej, jeśli ich poglądy wywołują we mnie sprzeciw, bo to pobudza moje szare komórki do wytężonej pracy. Inspirują mnie też najbliżsi, ale to raczej oczywiste…

Jak oceniasz naszych rodzimych twórców opowieści grozy?
Nie mogę autorytatywnie wypowiadać się w tym temacie, tym bardziej, że nie znam większości ich dokonań. Po prostu nie starcza mi czasu. Mam oczywiście swoich ulubionych pisarzy takich jak Łukasz Orbitowski czy Dariusz Zientalak Jr, ale czytałem też mnóstwo świetnych opowiadań młodszych autorów. Osobną kwestią pozostaje czy ta „młodzież” będzie miała dość samozaparcia, by kontynuować walkę o siebie. A nie jest to łatwe. Praktycznie rzecz biorąc stworzyć opowiadanie, powieść czy choćby cykl sonetów może każdy. Ale niewielu ma siłę przebicia konieczną do tego, by doprowadzić do publikacji. Ludzie się zniechęcają, przestają pisać, dziwaczeją… Tu naprawdę trzeba mieć mocną psychikę, nie ma przeproś.

Kiedy można spodziewać się kolejnej Waszej i Twojej książki?
Mamy gotową jeszcze jedną powieść, no i liczymy na to, że ukaże się jeszcze przed Gwiazdką. Poza tym lada dzień zabierzemy się za kolejną, której pomysł dojrzewa w nas od poprzednich wakacji… A co do książki podpisanej przez samego Kyrcza; tak się składa, że od lat obiecuję sobie, że kiedyś napiszę coś „swojego”, tyle że… Ciągle odkładam to na „potem”. Szczególnie, że nie mam poczucia, że to co tworzymy z Robertem na spółkę nie jest „moje”.

Kazimierz Kyrcz jr bio:

Nieomal od urodzenia mieszka w Krakowie, gdzie ukończył filologię rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego praca magisterska poświęcona była adekwatności przekładu Mistrza i Małgorzaty.

Publikował we wszystkich liczących się krajowych pismach fantastycznych, a także w „Przekroju”, „Alfred Hitchcock poleca” i „Dobrym Humorze”. W 2004 roku ukazał się zbiór opowiadań grozy Piknik w piekle, który napisał z Dawidem Kainem. Dwa lata później na księgarskich półkach pojawiła się jego kontynuacja Horrorarium.
Opowiadania stworzone w duecie z Łukaszem Radeckim znalazły się w antologiach: Księga strachu, Pokój do wynajęcia, Białe szepty i Czarna kokarda.

Współpraca z Robertem Cichowlasem zaowocowała antologią Twarze szatana. Nie jest to jednak ostatnie słowo wspomnianych autorów, którzy zgodnym chórem zapowiadają kolejne wspólnie spłodzone dzieła.
W 2009 roku na podstawie opowiadania, które napisał z Łukaszem Śmiglem, powstał anglojęzyczny film krótkometrażowy Head to Love wyreżyserowany przez Amerykanina Vana Kassabiana.

Strona autora

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Od najmłodszych lat uwielbiam odczuwać ten tak zwany bezpieczny strach, jaki przywołują horrory

Posted: April 6th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , | No Comments »

Robert Cichowlas opowiada dobrze skrojonych horrorach.

Robert Cichowlas

Dlaczego właśnie horror a nie inny gatunek wybrał Pan sobie do obrabiania?
Od najmłodszych lat uwielbiam odczuwać ten tak zwany bezpieczny strach, jaki przywołują horrory. Poza tym interesuje mnie parapsychologia i demonologia. W efekcie mogę pisać o tym, co naprawdę lubię, a to przecież największa frajda.

Skąd pomysł na „Koszmar na miarę” – książkę, która ukaże się nakładem wydawnictwa Grasshopper?
Przez dość długi czas pracowałem w salonie z ekskluzywną odzieżą i pewnego razu pomyślałem sobie, że fajnie byłoby napisać horror w podobnych klimatach. Wiesz, centrum handlowe, rąbnięty kierownik, opustoszały salon nocą… jakiś stwór czyhający w magazynku na wieszaki… Zacząłem pisać tę powieść, a potem opowiedziałem o niej Kazkowi i zaproponowałem, aby przyłączył się do zabawy. Chyba zainteresowałem go swoimi opowieściami, bo ostatecznie powstała książka, z której obaj jesteśmy bardzo zadowoleni. To rasowy horror – wiele się dzieje od pierwszych stron, intryga daje po oczach, leje się krew, odpadają głowy, a na naszych bohaterów polują jaszczuropodobne bestie, przypominające warany z Komodo!

Nie boi się Pan, że właściciel pewnej galerii będzie ciągał was po sądach?
Nie rozumiem dlaczego miałby to robić. Za to, że umieściliśmy część akcji powieści w Starym Browarze? A to nie wiedzieliśmy, że to jest karalne. Czy gdybyśmy zmienili Browar na Plazę, byłoby lepiej? Cholera, muszę zadzwonić do redaktorki…

Jakich nawiązań do wielkich dzieł gatunku możemy się spodziewać sięgając po zgrabnie uszyty koszmar?
Są pewne nawiązania, choć wraz z Kazkiem jesteśmy indywidualistami jeśli chodzi o pisanie i ani nie wzorujemy się na nikim, ani nie staramy, aby nas wkładano do szuflady z innymi autorami horroru. „Koszmar na miarę” jednak bliski jest stylistyką starym horrororm Grahama Mastertona, na których obaj się wychowaliśmy i którego twórczość cenimy. Nasza powieść jest takim słowem „dziękujemy”, swoistym hołdem dla tego twórcy.

Z Kazimierzem Kyrczem tworzycie doskonały duet. Rzadko zdarza się, by wydać więcej jak jedną książkę wspólnie. Jaka jest recepta na sukces?
Recepta jest jedna – potrafić osiągać kompromis. Ani Kazek ani ja nie lubimy się kłócić, a sytuacje stresujące staramy jak najszybciej likwidować. Gdy obmyślamy plan na opowiadanie czy powieść jesteśmy tak samo zaangażowani, tak samo zdeterminowani i dążymy do identycznej pionty, która brzmi – to ma być najlepsza rzecz jaką do tej pory napisaliśmy. Zanim zaczynamy pisać, wiemy już jak dany kawałek będzie wyglądał, co pozwala nam podczas tworzenia nie zaprzątać sobie głowy zastanawianiem się nad fabułą. Możemy za to mieszać style, kombinować nad portretami psychologicznymi bohaterów, ozdabiać pewne rzeczy. Po prostu działamy według schematu, który odpowiada nam obu.

Wraz z Kyrczem prowadzicie bloga. Czy obecność w internecie jest teraz nieodłączną częścią współczesnej działalności pisarskiej?
Za ten blog to będziemy się musieli na poważnie zabrać, bo jak na razie jest jakiś taki goły i bezjajowy. Pierwszy krok – mamy nadzieję, że skuteczny – już zrobiliśmy, ogłaszając konkurs na najlepszy groteskowy dowcip. Do wygrania są egzemplarze „Koszmaru na miarę” (Ilość odsłon nam podskoczyła, dobry omen!) (śmiech). A tak bardziej na serio – zarówno Kazek jak i ja prowadzimy również swoje autorskie blogi. Nie wiem jak mój współpiszca, ale ja lubię odczuwać swoistą presję i zobowiązania wobec odwiedzających moją stronę. Wiesz, co jakiś czas trzeba jednak coś napisać, poinformować o jakimś fajnym wydarzeniu. A żeby to robić, trzeba mieć o czym gadać. To mobilizujące do działania. Nie przepadam za spotkaniami ‘live’, a na blogu mogę sobie pogadać z sympatycznymi ludźmi, powymieniać się uwagami na ten czy inny temat. Poza tym Internet to dobra forma promocji. Coraz bardziej popularna i skuteczna.

Kiedy następna książka – może tym razem nie w duecie?
W duecie. Z Kazkiem mamy kilka planów wydawniczych, ale póki co poczekamy chwilę z opowiadaniem o nich. W ostatnim roku wydaliśmy trzy książki, nie chcemy, aby już mówiło się o kolejnych – bo zamieszamy Czytelnikowi w głowie (śmiech). Na koniec roku planujemy jednak opublikować powieść, która znowu podniesie Wam ciśnienie i kłaki na biodrach.

Robert Cichowlas bio:

Urodził się w 1982 roku w Poznaniu, gdzie ukończył kulturoznawstwo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Pisze, odkąd sięga pamięcią, koncentrując się głównie na opowiadaniach horroru.
Jest redaktorem portalu literackiego Fabrica Librorum, twórcą oficjalnego polskiego bloga poświęconego brytyjskiemu pisarzowi Grahamowi Mastertonowi, a od czasu do czasu także agentem literackim. Współpracuje z Domem Wydawniczym Rebis i dwutygodnikiem Grabarz Polski.Publikuje w prasie („Czachopismo”, „Science Fiction”, „Fantasy i Horror”, „Magazyn Fantastyczny”…), w Internecie (Horror Online, Carpe Noctem, Nowa Gildia, Pinezka…) oraz w antologiach. W marcu 2009 ukazał się zbiór opowiadań grozy Sępy, który napisał z Jackiem M. Rostockim. W 2008 roku podjął współpracę z innym autorem horrorów Kazimierzem Kyrczem Jr, czego efektem jest antologia Twarze szatana. W przygotowaniu znajdują się kolejne książki. W 2008 roku na podstawie jego opowiadania Jestem głodny został nakręcony film krótkometrażowy w reżyserii Patryka Jurka. Obraz otrzymał wyróżnienie na Festiwalu Filmowym „Drzwi” w Gliwicach.

Oficjalna strona autora: http://www.rcichowlas.blogspot.com/

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Społeczność internetowa to przecież Ci sami ludzie…

Posted: March 5th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | 1 Comment »

“Dwa jabłka” to prawdziwa historia o poszukiwaniu miłości ale również o … internecie. Autorka – Katarzyna Szafraniec przedstawia swój kobiecy punkt widzenia na te sprawy.

Katarzyna Szafraniec

Kobiety rzeczywiście są z Wenus, a mężczyźni z Marsa?
Chyba bliskie relacje sprawiają, że czasem sami wystrzeliwujemy się na te odległe planety. Ale na pewno istnieje niewidzialna gumka, którą się i tak z tych planet przyciągamy, bo zbyt za sobą tęsknimy. Ale potrzebujemy tych planet, by czasem kobiety mogły uciec w świat kobiet, a mężczyźni w ich świat.

Jaka jest Katarzyna z pani najnowszej powieści „Dwa jabłka”?
Teoretycznie przedsiębiorcza, ale bywa zagubiona i nieporadna jak małe dziecko. Tęskni, marzy, ucieka, wikła się w dziwne relacje damsko męskie. Ulega słabościom piwno papierosowym. Zaniedbuje prace, siebie, a potem zrywa się i znowu atakuje rzeczywistość. Chyba jest zwykła, jak my wszystkie.

Ile w bohaterce jest pani doświadczenia – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na związek pomiędzy panią a główną bohaterką?
Ha ha, to najczęściej zadawane mi pytanie przez czytelników. Chciałabym powiedzieć „umówmy się, że to nie mój pamiętnik tylko beletrystyka”, ale tak nie jest. Istotnie, inspiracją są moje doświadczenia i moje życie, które jest tak barwne, że starczyłoby na wiele książek.

Powieść osadzona na portalu randkowym – nawet czasem „sympatycznie” wymienionym z nazwy. Czemu nie patronuje tak dobrej książce?
Nie znam się na wydawaniu książek, ja je tylko piszę. Nie zwróciłam się do onetu z prośbą o patronat, może istotnie powinnam to zrobić! W końcu ich reklamuję!

Jak pani sądzi, czy w sieci można znaleźć prawdziwą miłość na wieki wieków?
Zdecydowanie tak. Społeczność internetowa to przecież Ci sami ludzie, których codziennie mijamy na ulicy. Powiem więcej. Poznając człowieka w realnym świecie natychmiast ulegamy zmysłom, które często płatają nam figle. W sieci jest czas na refleksje, odkrywanie siebie, wynurzenia, dopiero po nich możemy zdecydować czy chcemy kogoś wpuścić do realnego świata. Zaręczyłam się z Mężczyzną poznanym w sieci, więc chyba mój przykład potwierdz powyższe

Następna powieść również będzie połączona ze zdobyczami internetu?
Tak, zdecydowanie tak. Uważam internet za największe technologiczne osiągnięcie naszych czasów. Większe od telefonów czy telewizji. Świat się skurczył, kontakt stał się taki prosty, tani, szybki. Dostęp do wiedzy, ludzi, informacji… To wspaniałe!

Czy może pójdzie pani w innym kierunku – skończenie zarządzania i pani aktywność zawodowa wskazuje, że powinna pani wydać coś ciekawego o pracy w korporacji?
Mam na koncie rozmaite publikacje z tego zakresu. Pisząc Dwa Jabłka musiałam się powstrzymywać by nie używać „ciężkiego” języka, w założeniu miała to być literatura lekka. Jeśli chodzi o zarządzanie, spełniam się zawodowo prowadząc własną firme na bazie wiedzy wyniesionej ze studiów i z pracy w koncernie. Literacko? Niedosyt. Kilka lat temu przerwałam pisanie pracy doktorskiej, może do niej wrócę…

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Każdy powinien móc wyrażać siebie

Posted: March 4th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , , | No Comments »

Małgorzata Żurakowska opowiada o “Muchach w zupie” oraz paru innych niemniej ważnych sprawach.

małgorzata żurakowska

Mąż, trójka dzieci i pies. Czy to nie za dużo dla kobiety, która chce jeszcze realizować się zawodowo?
Proszę nie utożsamiać mnie i mojej rodziny z tym , co jest w książce- większość to fikcja literacka. Kiedy moje dzieci były w wieku książkowym – nie pracowałam zawodowo. Chęć zrobienia czegoś jeszcze w życiu pojawiła sie
kiedy najmłodsze poszło do szkoły, a najstarsze było już w liceum. Poza tym mój Mąż w niczym nie przypomina “Księcia małżonka” z książki. Jest ciepłym i ogromnie wspierającym człowiekiem, bez niego- pewnie dalej siedziałabym w domu. A poza tym…nie da się utrzymać sporej rodziny z jednej pensji…

Jaka jest recepta na połączenie tych wszystkich rzeczy? Czy główna bohaterka “Much w zupie” takową znajduje?
Czy bohaterka “Much” znajduje receptę- niech ocenią czytelnicy. Moja recepta to wiara w rodzinę i przeświadczenie o jej ważności.A skoro tak – to każdy jej członek powinien mieć możliwość wyrażania siebie – ja też!( oczywiście
nie kosztem innych). Mimo pracy – zawsze staram się najpierw zaspokoić emocjonalne potrzeby bliskich.

Jaka jest matka XXI wieku? Czym różni się od toposu matki polki, który popularny jest jeszcze w naszym kraju?
Myślę,ze jest ( to polskie kobiety mają w genach) niezłomna, ale też bardziej spełniona i radosna – obserwuję w
moim otoczeniu kobiety – żony-matki-pracownice-które potrafią cieszyć się życiem i tę radość dawać rodzinie. Model matki polki- cierpiętnicy, poświęcającej się dla wszystkich jest passe. Kobieta zrealizowana zawodowo -
ma poczucie wartości i potrafi czerpać prawdziwa radość z życia w rodzinie.

Pytanie z innej beczki. Praca w radiu to pasja czy ciężki kawałek chleba, do którego rodzina nie pasuje?
Pasja. Na początku ( a zaczynałam jako pani w tzw wieku balzakowskim), tylko na część etatu. Odkąd dzieci dorosły- angażuję się bardziej. Z rozkoszą! Czy rodzina nie pasuje? W mojej firmie najlepsi dziennikarze (profesjonalni, rzeczowi, bez chimer i fochów- częstych w mediach) to ludzie z pełna rodziną i kilkorgiem dzieci. Rodzina daje siłę. To fakt.

Muchy w zupie” są bardzo optymistyczne. Jaka będzie kolejna pani propozycja dla nas?
Mam nadzieje,ze optymizmu w niej nie zabraknie- za dużo szarości i smutku dokoła. Pracuję nad powieścią- z wątkiem tajemnicy i …rodziny. Pewnie brzmi to jak banał, ale zaręczam, banałem nie będzie.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Zioła pomagają!

Posted: March 2nd, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | No Comments »

Pomimo ostrego przeziębienia Biruta Markuza (autorka m.in. ‘Ziół mojej kuchni”) odpowiedziała na pytania, które powinny zachęcić do lektury jej książek. Tam tkwią pełniejsze odpowiedzi.

ziołka

Skąd taka wiedza i zainteresowanie ziołami?
Na okładce „ Ziół” jest odpowiedź na to pytanie.

Czy zioła bardziej pomagają czy bardziej szkodzą?
Pomagają. Przed nastaniem chemii medycznej leczono wyłącznie ziołami.

Który z przepisów znajdujących się w pani książce poleca pani najbardziej?
Gaspacho, karp w ziołach i trawach, krupnik litewski.

Jakie zioła powinny obowiązkowo znaleźć się w każdej kuchni?
Wg mnie wszystkie o których piszę.

Pani zainteresowania nie ograniczają się tylko do ziół. Polska idealna pani domu – to dobre określenie? Myślę tu o książce „Przyjmujemy gości, czyli sprawdzone przepisy na przyjęcia doskonałe”.
„ Idealna” nie, raczej doświadczona.

Proszę dokończyć zdanie. Przyjęcie idealne to takie, które…
..zapamiętamy, miła atmosfera, bez gaf, nie za długie.

Lubi pani także podróżować – pewnie stąd „Dziennik z prowincji świata”. Czy doczeka się pani kolejnej części?
To zawsze zależy od wydawcy. Tylko.

Wydała pani parę ciekawych książek w wydawnictwie ZYSK. Czym pani nas teraz zaskoczy?
Mam umowę wstępną na 10 pozycji. Która z nich zaskoczy? To też zależy tylko od wydawcy!

Więcej informacji na stronie wydawnictwa Zysk i S-ka.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Historia musi powstać w głowie

Posted: February 25th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , | No Comments »

W rozmowach kontrolowanych Marek Kędzierski.

Image and video hosting by TinyPic

Czym różni się Adam Gawlik z „Męskiej sprawy” od tego w „Ostatecznej rozgrywce”?
Różni się i to solidnie. W „Męskiej sprawie” Gawlik to bezwzględny zabójca, mściwy i niezwykle skuteczny, jednocześnie poszukujący spokoju, stabilizacji i zwykłego, nudnego życia. W „Ostatniej rozgrywce” takie życie jest mu już dane. Ma rodzinę i święty spokój. Z przeszłości ma też wiedzę i ogromne doświadczenie nie do przecenienia dla służb specjalnych. Teraz doskonale sobie zdaje sprawę, że problemy niekoniecznie rozwiązuje się przez odstrzelenie wroga. Czasem właściwe słowo wypowiedziane we właściwym czasie jest znacznie skuteczniejsze. Gawlik z „Ostatniej rozgrywki” jest groźniejszy, bo analizuje na chłodno, planuje i działa niezwykle precyzyjnie. Wiedzą o tym amerykańskie służby wywiadowcze i wie o tym ich przeciwnik. Gawlik będzie w końcu musiał się opowiedzieć po którejś stronie.

Czy wzorował się pan na jakimś popularnym bohaterze, czy to tylko literacka fikcja?
W tworzeniu postaci często miałem przed oczyma głównego bohatera filmu „Leon zawodowiec”. Jednak w komentarzach do książek spotykałem się często z porównaniem Adama Gawlika do Rambo i Jamesa Bonda. Moim zdaniem chyba niesłusznie. Ale cóż, czytelnicy wiedzą lepiej. Widać nie zawsze wychodzi tak jakby się chciało.

Jak pan ocenia polskie służby wywiadowcze? Mamy w nich takiego Adama Gawlika?
Szczerze mówiąc nie mnie oceniać służby wywiadowcze, chociaż wiem na pewno, że są całkiem niezłe, mimo działań prowadzonych na granicy sabotażu jakiś czas temu przez pewnego polityka z pierwszych stron gazet.
Czy jest w nich ktoś na kształt Gawlika? Kto wie? Może… Osobiście, raczej wątpię, ponieważ Gawlik to przede wszystkim żołnierz z krwi i kości. O ile mi wiadomo w służbach wywiadowczych najczęściej pracują ludzie troszeczkę innej konstrukcji. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Skąd u pana taka znajomość tematu militariów, sztuk walki oraz agencji wywiadowczych?
Pisząc powieści sensacyjne siłą rzeczy trzeba się orientować w militariach. Pewne rzeczy po prostu trzeba na bieżąco sprawdzać, więc konieczność przeglądania przeróżnych materiałów jest oczywista. Naprawdę dużo można się też dowiedzieć z filmów dokumentalnych o tej tematyce. Poza tym internet to skarbnica wiedzy. Wystarczy wiedzieć na początek, czego się szuka. Po drodze człowiek siłą rzeczy poznaje masę dodatkowych faktów. Można powiedzieć, że „grzebię się” w tym od rozpoczęcia pracy nad „Męską sprawą”, czyli już jakiś czas. Dużo się wiadomości po drodze uzbierało. Poza tym mam bardzo dobrą pamięć. W „Męskiej sprawie” opisałem szczegóły wydarzeń w Afganistanie, o których przeczytałem w pewnej ogólnopolskiej gazecie bodajże 10 lat wcześniej. Później to oczywiście zweryfikowałem. Wszystko się zgadzało.

Jeśli chodzi o sztuki walki to lata temu zajmowałem się tym zarówno praktycznie jak i teoretycznie. Swego czasu w mojej rodzinnej miejscowości byłem „nie do pobicia” we władaniu staro-chińską bronią Nunchaku. Słowem, wiem „co jest tutaj grane”. Dlatego do opisów walk w powieściach chyb trudno by było się przyczepić.
Co do agencji wywiadowczych, to może ujmę to w ten sposób: mam znajomych, którym sprawy wywiadu i operacji wywiadowczych na skalę międzynarodową, powiedzmy, nie są obce. Tyle, myślę, wolno mi powiedzieć bez niepotrzebnego narażania się na ewentualne komplikacje życiorysu.

600 stron dobrej literatury to niełatwa sprawa. Jak został pan pisarzem?
600 stron to faktycznie sporo. Właściwie w przypadku „Ostatniej rozgrywki”, to dużo ponad 600 stron. Dokładnie 640. W trakcie pisania nie myśli się o objętości. Tak naprawdę, to w moim przypadku wszystko rozbija się o pozbieranie pomysłów, których zawsze jest więcej niż ostatecznie trafia do książki, poskładanie ich, że się tak brzydko wyrażę „do kupy” i zrobienie z tego ciekawej całości. Dobrym słowem jest tu „ciekawej”. Różne rzeczy można moim książkom zarzucić, ale na pewno nie to, że są nudne. A pisarzem zostałem praktycznie przez przypadek. Do czasu „Męskiej sprawy” pisałem książki wspomagające naukę języka angielskiego. Powstało ich bodaj pięć, albo sześć. Nigdy nie pamiętam. I tak gdy kończyłem jedną z nich, na temat „phrasal verbs”, do gabinetu weszła moja żona. Krytycznie spojrzała na monitor i stwierdziła: „Napisałbyś coś, co by się dało poczytać.” Był początek wakacji 2007, więc dużo wolnego czasu. Kilka miesięcy później „słowo ciałem się stało” i w maju 2008 wydawnictwo Red Horse sprawiło, że powieść trafiła na półki księgarskie. Szybko się okazało, że „Męską sprawę” czyta się świetnie. Dość powiedzieć, że dzisiaj jest już praktycznie nie do kupienia.

Praca nad każdą książką to przyjemność czy prawdziwa mordęga?
Trzeba uczciwie stwierdzić, że i tak, i tak. Może nie aż „mordęga”. Powiedzmy „ciężka praca”. Jednak na pewno jest więcej przyjemności niż tego drugiego. Na szczęście. Inaczej bym się za to nie zabierał. Z tym, że pisanie sensacji to w pewnym sensie jak stąpanie po polu minowym. Jest cała masa szczegółów, które trzeba dokładnie sprawdzić. Choćby karabiny snajperskie. Jakie które mają wady, jakie zalety, lokalizacja amerykańskich baz wojskowych, i mnóstwo, mnóstwo innych szczegółów. Do „Męskiej sprawy” musiałem na przykład sprawdzić jak długo jedzie się z portu lotniczego w Nairobi do konkretnego hotelu i jeszcze historię samego hotelu. Naprawdę jest co robić.

Zaczął pan pracę nad kolejną książką? Długo przyszło nam czekać na „Ostateczną rozgrywkę”.
Rzeczywiście na kolejną powieść zwykle trzeba poczekać. Jest tak, ponieważ historia musi powstać w głowie. Tak przynajmniej jest u mnie. Potem jest tworzenie szkieletu i pisanie właściwe. Kolejny problem to znalezienie czasu. A czasu trzeba naprawdę dużo.

Kolejna książka już została rozpoczęta. Tym razem będzie to powieść sensacyjno – obyczajowa z większym naciskiem na to drugie. Tak mi się wydaje na teraz, ale wszystko jeszcze może się zmienić. W razie co, od razu chciałbym uspokoić: to że „obyczajowa” wcale nie znaczy nudna. Co do tego nie ma wątpliwości.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Ludzie są jacy byli, tylko absurdy są nieco inne

Posted: February 19th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | No Comments »

Maciej Replewicz opowiada o pracy nad książką o Barei oraz … o Polsce tamtych lat.

Maciej Replewicz - fot. alternatywy4

Skąd pomysł na napisanie książki o jednym z najbardziej znanych reżyserów?
O Barei pisano wiele ale płytko, operując oklepanymi sloganami „łowca absurdów PRL” lub „reżyser kultowych komedii z epoki PRL”. Jako fan jego filmów od 1986 roku czułem, że ten niezwykły człowiek zasługuje na uczciwą biografię a nie na papkę i drętwe etykietki. Każdego roku odchodzi kilku aktorów, który z nim pracowali. Ludzka pamięć szwankuje z każdym dniem, miesiącem. Pomysł narodził się w 2007 roku, gdy w sposób niezauważony minęła 20 rocznica śmierci reżysera. . Po roku udało się znaleźć wydawcę, który nie ma alergii na debiutantów.

Ciężko pracowało się nad książką? Zbieranie informacji od tylu osób i przekonanie ich do podzielenia się wspomnieniami nie było chyba łatwe?
Materiały do biografii zbierałem ponad dwa lata. Większość osób, do których się zwróciłem z pytaniami, pomogło mi bardziej niż mógłbym tego oczekiwać. Stanisława Bareja był dla nich ważną postacią. Dzięki nim udało się nie tylko odtworzyć losy reżysera, ale także zbudować „klimat”, opisać okoliczności w jakich tworzył filmy. Wdowa po reżyserze poświęciła mi setki godzin ale były także trudne momenty jak np. nasza rozmowa o „dniach ostatnich”, o śmierci w dalekim Essen. Trudno w takich chwilach myśleć o tym bez emocji. Z wielu osób, do których się
zwróciłem odmówiły tylko trzy. . Jednym z nich był ówczesny pracownik cenzury, który na dźwięk słowa „Bareja” rzucił słuchawką i to nie zdziwiło mnie wcale.. Dwie osoby, chyba zbyt szybko zapomniały, jakim człowiekiem był bohater mojej książki, choć wiele mu zawdzięczają.

Co jest najbardziej fascynującego w postaci Stanisława Barei – sprawy prywatne, filmy czy inne związane z nim ciekawostki?
Często autentyczne wydarzenia z jego życia trafiały do scenariuszy a czasem – na filmową taśmę. Pomysły na sceny i gagi znajdował na ulicy, w sklepie, na przyjęciu u znajomych lub w gazecie. Jego komedie są także dokumentem epoki. Często sam w nich grywał epizody, rejestrował samego siebie i bliskich. Chciał aby z tego samego powodu „prawda czasu i prawda ekranu” była udziałem całej ekipy filmowej. Nie chodziło tu przecież o głodowe honoraria za dzień zdjęciowy ale o dokument, pamiątkę dla siebie i następnych pokoleń. Podczas każdej z setek rozmów zawsze, choć czasem wcześniej a czasem na końcu rozmowy padało to samo zdanie „Staszek był wspaniałym człowiekiem”. Mówili to aktorzy i epizodyści, kamerzysta, kaskader, żona, syn i wszyscy wyjątkowo byli wyjątkowo zgodni w ocenie Stanisława Barei. Nawet jego ówczesny wróg – Bohdan Poręba określił go mianem „wyjątkowo przyzwoitego człowieka”. To powoduje, że Bareja fascynuje nie tylko jako reżyser ale jako uczciwy, odważny i niezwykle inteligentny człowiek, który potrafił pozostać sobą nawet w najgorszych okolicznościach.

Dlaczego zastosował pan ciekawy zabieg dzieląc książkę na scenopis a nie na klasyczne rozdziały?
Zanim napisałem pierwsze słowo, wiedziałem że ta książka musi być inna, bo i jej bohater był osobą nieprzeciętną. Pomysł na schemat scenariusza lub scenopisu przyszedł mi do głowy po lekturze oryginalnych scenopisów, które Bareja woził w teczce na plan filmowy. Chciałem, by „Król krzywego zwierciadła” nawiązywał do filmów Barei, nie tylko treścią ale także formą. Nawet pierwszy tytuł miał brzmieć „Stanisław Bareja w 24 ujęciach”. Zresztą „odręcznie” pisany tytuł i nazwisko bohatera na okładce to wierna rekonstrukcja jego autentycznego podpisu na okładce scenariusza serialu „Zawód – taksówkarz” czyli „Zmienników”.Także rysunki Adriana Frankowskiego nawiązują do tych, które wyszły spod ręki Króla. Okładkowy Miś ma u nogi „kulę” w postaci cenzorskiej pieczątki jak jego twórca. Nawet „peerelowski” papier to celowy zabieg a nie cięcie kosztów przez wydawcę. Bareja i kredowy papier ? To nie byłaby książka o nim…

Pana książka to prawdziwa kopalnia wiedzy o reżyserze. To także tamta Polska, o której pan w opowiada. Co najbardziej się panu w niej podobało?
To lata mojego dzieciństwa – urodziłem się w1973 roku. Gdy myślę o latach 70. nie był to czas ani radosnej euforii ani śmiertelnej traumy. Oglądając filmy Barei przeżywamy deja vu – transparenty przed 22 lipca, kolejki i cały PRL w pigułce. Uważam że warto go pamiętać, ale nie warto za nim tęsknić. Czy poza pełnymi półkami w sklepach tak wiele się zmieniło ? Ludzie są jacy byli, tylko absurdy są nieco inne.

Gdyby Bareja dożył końca komuny, o czym teraz robiłby filmy?
Komunizm skończył się w 1989 roku ale trwa w mentalności ludzi. W połączeniu z ogólnym schamieniem, rozpychaniem się łokciami, układami, dzikim pędem ku mamonie i korporacyjnym wyścigiem szczurów także dziś tworzy klimat podobny do tego z „Misia”. System się zmienił, ale ludzie pozostali łgarzami, kombinatorami i egoistami jak wówczas. Tematów dla Króla Krzywego Zwierciadła nie zabrakłoby. Jak ostatni jego scenariusz „Kilometr za horyzontem” byłyby to komedie gorzkie, pesymistyczne, bezlitosne.

A o czym będzie Pana następna książka?
Nie wiem, czy w ogóle powstanie. Nie ma już drugiego Barei. Reżyserzy przez duże R i aktorzy przez duże A mają już biografie a o wyrobnikach i kreowanych przez media beztalenciach nie warto pisać.

O książce:

stanisław bareja

Film jest okropnie płaski. Oglądałem go trzy dni temu, starałem się o nim zapomnieć i pozostało mi tylko ogólne wrażenie (…) Film przyjąłem bardzo źle,(…) to jest straszliwe. Tak wiceminister kultury Janusz Wilhelmi oceniał jedną z komedii reżysera najbardziej znienawidzonego przez władze PRL.
Życie Stanisława Barei nie było łatwe. Zadbali o to cenzorzy, dyspozycyjni dziennikarze i “życzliwi” koledzy po fachu, których drażniło przenikliwe spojrzenie, ostra ironia oraz status komedii, uznanej za gatunek upośledzony, plebejski. Zarzucano mu niechlujstwo warsztatowe stosowanie oklepanych gagów, mało wybredny dowcip. Był jednak znakomitym obserwatorem, który w krótkiej scenie potrafił wyrazić więcej niż inni w całym filmie.
W przeciwieństwie do wielu produkcji, które wówczas uznano za wybitne, komedie Barei przetrwały próbę czasu i przemiany ustrojowe, stając się ponadczasowymi klasykami. Są dokumentami epoki PRL i portretami zbiorowym Polaków. On sam pośmiertnie został uznany królem krzywego zwierciadła. Stanisław Tym dodaje: nie portretowaliśmy absurdów systemu – to system był jednym wielkim absurdem.

Książka do nabycia tutaj

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Człowiek jest nieustającą kreacją

Posted: February 15th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , | 1 Comment »

Małgorzata Gutowska – Adamczyk opowiada o planach na przyszłość, książkach najnowszych i … Marcinie, który zawsze miał coś do powiedzenia.

Image and video hosting by TinyPic

Pisarstwo to powołanie? Przecież kończyła pani kierunek związany z teatrem, a to chyba nie jest nudna sprawa?
Wybór zawodu to często kwestia przypadku. Czasem zawód nas wybiera. Owszem, jestem z wykształcenia historykiem czy teoretykiem teatru (mój dyplom tego nie precyzuje), ale wybór studiów przecież nie przesądza jeszcze o tym, czym będziemy zajmować się w dorosłym życiu.
Kiedy zdawałam do PWST, teatr był niezwykle ważną instytucją. Nie było tak bujnego, jak dziś, życia społecznego, prasa nie oddawała tego, co ludzie myśleli, praktycznie nie istniała polityka.
To wszystko zaś robił teatr. No i na tych studiach nie było gramatyki…

„13 Poprzeczna”, „110 ulic” – co ma w sobie droga, że tak często znajduje się w tytułach oraz akcji pani powieści?
Jest jeszcze „220 linii”… Droga to nasze życie, a ściślej wybory, jakich dokonujemy, by stać się tym, kim chcielibyśmy być. Człowiek jest nieustającą kreacją. Dążymy do osiągnięcia rozmaitych celów. By osiągnąć cel, trzeba przejść jakąś drogę, czasem realną, czasem mentalną. Interesuje mnie w moich bohaterach to, w jaki sposób i po co dążą do swych celów i co w końcu osiągają.

„Wystarczy, że jesteś” bardzo wiąże się z cyberprzestrzenią. „Idealny chłopak rodzi się w wyobraźni dziewczyny i żyje w świecie wirtualnym, w prowadzonym przez nią blogu” – czy czeka nas taka przyszłość – ideały tylko w sieci?
Ależ ideały to zawsze była domena literatury i religii! Teraz doszła sieć. W rzeczywistości nie występują. Człowiek może tylko próbować się do nich zbliżyć. Zresztą są nudne.
W każdym razie dla pisarza.

Nie obawia się pani, że zdawanie się tylko na cyberprzestrzeń jest zgubne?
Myślę, że życie w sieci to realne niebezpieczeństwo. Tu możliwości kreacyjne są znacznie większe, niż w rzeczywistości, podobnie jak możliwości samooszukiwania. Ale cyberprzestrzeń zagarnia nas w jeszcze inny sposób, otóż głodni wciąż nowych wrażeń, nie potrafimy skupić się na podstawowych czynnościach takich jak czytanie czy pisanie. Nie potrafimy cierpliwie dążyć do odkrywania własnych prawd, bo nauczyliśmy się je otrzymywać z drugiej ręki. Są przecież w Google’u przy największej ilości wyników. To niebezpieczne, bo prowadzi do zaniku myślenia. To, co popularne, nie zawsze jest najlepsze czy choćby prawdziwe.

Która z książek napisanych przez panią jest najbliższa pani sercu?
Zawsze ta, nad którą aktualnie pracuję.

Nazwisko pani bardziej kojarzy się z „Tata, a Marcin powiedział”. Tęskni pani za tamtymi latami?
To było dawno temu. Cieszę się, jeśli ktoś jeszcze pamięta ten serial, choć młodzieży, z którą się spotykam, sam tytuł już raczej nic nie mówi. Dla mnie to nauka, że muszę proponować nowe rzeczy. Czy tęsknię za tamtymi czasami? Tak, jak się tęskni za przeszłością, która nie wróci.

Skąd brała pani inspirację do tworzenia tych powalających konwersacji?
Dziękuję za komplement! Pisanie dialogu jest jak gra z samym sobą w szachy. Tu wiadomo było, kto ma wygrać, jednak nie mogłam drugiego mojego zawodnika poddać bez walki. Dlatego starałam się, by ojciec też miał coś do powiedzenia. A na to pytanie moja ulubiona odpowiedź brzmi:
Z głowy, czyli z niczego ;-)

Czego możemy spodziewać się teraz po pani? Kolejna książka, scenariusz a może coś jeszcze innego?
Teraz (chyba w maju) będzie powieść dla dorosłych, trzytomowa saga o wspólnym tytule: „Cukiernia Pod Amorem”. Fikcyjne postaci, fikcyjne miasteczko, sto lat, kilka rodzin, których losy się ze sobą splatają, trochę goryczy, jak w życiu i trochę słodyczy, jak to w cukierni.
W styczniu zaś, mam nadzieję, wyjdzie powieść-groteska o późnej jesieni 1981. PRL tuż przed stanem wojennym, prowincjonalny teatr i premiera, do której jakimś niewytłumaczalnym cudem dochodzi 12 grudnia.

Cóż, lubię eksperymentować…

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Nigdy nie należy spoczywać na laurach

Posted: February 15th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , | No Comments »

Basia Kaczyńska opowiada o swojej najnowszej książce i niemarnowaniu czasu.

Nie pisząc ma pani wrażenie, że marnuje czas?
Owszem. Nie pisząc, mam wrażenie, że marnuję czas i, co ważniejsze, sprawiam zawód moim pomysłom. Kiedy pojawia się jakiś pomysł, przynosi ze sobą niemal bolesne pragnienie wydostania się na świat. Pozwolić, aby
pozostał niewykorzystany, to prawie morderstwo. Z drugiej strony, prześladuje mnie strach, że rozwinę pomysł w nieodpowiednim kierunku i umrze on śmiercią naturalną, bo akcja się zakleszczy albo postacie nagle umilkną.
Tak więc czuję się źle również kiedy piszę (wyjąwszy zbyt rzadkie momenty szalonego natchnienia). Moje życie jest nieustannym cierpieniem :)

Korci panią czasem, by z sf przenieść się do kryminałów i zacząć pisać historie a’la Larsson?
“Tryptyk Świata Mgły” należy raczej do fantasy, nie do sf. Po prostu w takim gatunku czuję się najlepiej i z tej dziedziny przychodzą mi do głowy pomysły. Książek Larssona, prawdę powiedziawszy, nie czytałam, a moje
doświadczenia kryminalne ograniczają się do Agathy Christie i Akunina. Czasem zastanawiam się, czy nie napisać kryminału, ale nawet jeśli tę myśl przemienię w czyn, to efekt będzie mimo wszystko nosił piętno fantastyczne.
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale średnio interesują mnie trendy w literaturze, więc na pewno nie pisałabym kryminału na wzór jakiegoś autora tylko dlatego, że jest modny. W ogóle raczej nie pisałabym książki na wzór jakiegoś autora. Chyba żeby go sparodiować.

Skąd pomysł na tak ciekawe światy w pani opowieściach?
Równie dobrze można by spytać, skąd mam pomysły w ogóle. Nie wiem. W przypadku “Tryptyku” wzięłam dość szablonowy świat fantastyczny i pozmieniałam niektóre szczegóły, by osiągnąć efekt nieco komiczny. W trakcie
pisania świat ten przechodził swego rodzaju ewolucję, tzn. dla dodania słowiańskiego kolorytu dodałam dziwożony i rusałki, a krasnoludki zmniejszyłam do parocentymetrowych ludzików. Czasem jakaś postać wpływała na
rozwój świata – choćby bohater drugiej części “Tryptyku”, Rod. W mojej wyobraźni uformował się jako Wylfita, ktoś z ludu podbitego przez Cesarstwo Sylstyńskie. To wymagało stworzenia Wylfitów i umieszczenia ich na mapie.
Jeśli chodzi o gry komputerowe, nie powiedziałabym, że ich nie lubię, co najwyżej, że mnie nie fascynują. Bo gram sobie czasem na komputerze, ostatnio w “Morrowind”. A to, że Świat Mgły mógłby być środowiskiem gry
komputerowej… Cóż, myślę, że twórcy gier w pewnym momencie stają przed zadaniem takim samym jak pisarze fantasy, tzn. muszą zbudować swój świat. A to zawsze robi się tak samo.

Zaczęła pani pisać w młodym wieku. Człowiek rodzi się pisarzem, czy nim się staje?
Zaczęłam… To dobre słowo. Zaczęłam i skończyłam dopiero dwa lata później pierwszą “minipowieść”, “Planetę koni”. Myślę, że sam talent nigdy nie wystarczy. Oczywiście, potrzebna jest jakaś wrodzona chęć pisania i intuicyjne wyczucie słowa, ale trzeba nad tym pracować. Z drugiej strony, wydaje mi się, że jeśli ktoś w głębi duszy nie
jest pisarzem, to nie stworzy czegoś wybitnego. Doskonałym przykładem są książki “pamiętniki z podróży”: ktoś, zafascynowany obcą kulturą, pragnie napisać czy to powieść, czy właśnie pamiętnik, bazując na swoich
doświadczeniach. Ale efekt jest często mierny. Ja sama w dzieciństwie wymyślałam rozmaite historyjki o wróżkach, zwierzętach etc., ale dopiero w pewnym momencie zechciałam je spisać, a jeszcze później pojawiły się
pragnienia opisywania emocji, pragnień, komplikacji fabuły.

Jak można osiągnąć sukces w pisaniu?
Nigdy nie należy spoczywać na laurach. Bez pracy nie ma kołaczy.

Co ciekawego czytała pani ostatnio?
Ostatnio przeczytałam “Wicehrabiego de Bragelonne” Aleksandra Dumas. I chociaż pod wpływem tej naprawdę znakomitej lektury nie przyszedł mi do głowy żaden konkretny pomysł, zapragnęłam napisać coś o postaciach, które nigdy jednoznacznie nie stają po stronie dobra i zła, a także ułożyć fabułę z niezliczoną ilością intryg (która byłaby przy tym zrozumiała!). Chyba jednak nie dorównam mistrzowi Dumas…

Jaką nowość szykuje pani teraz dla nas?
“Tryptyk Świata Mgły” powstał jako całość już dość dawno temu, między moimi piętnastymi a szesnastymi urodzinami. Od tamtego czasu napisałam kilka historii, które spotkały się z różnym odbiorem wśród moich bliskich. Jeszcze więcej przebywa proces inkubacji. Ostatnio pisałam w tonie poważnym, żeby nie rzec tragicznym, więc zastanawiam się, czy by nie powrócić do stylu “Tryptyku”. Czas pokaże.

Pisarka do końca życia czy może jednak coś innego?
Staram się unikać deklaracji “do końca życia”, a także określania swojego zawodu jako “pisarka”. Przyszłość jawi mi się bardzo mgliście, nie wiem nawet, gdzie pójdę na studia. Ponadto, mój wrodzony pesymizm każe mi
pamiętać, że każdy zamiar mogą unicestwić nieprzewidziane zbiegi okoliczności. Mimo wszystko, myślę, że nawet jeśli zawodowo będę zajmować się czymś innym, nie przestanę pisać – oby coraz lepiej.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Pisanie to psychoterapia

Posted: February 14th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , , | No Comments »

Jolanta Wachowicz – Makowska opowiada o swojej najnowszej książce – “Czas nadziei”.

„Czas nadziei” napisało życie czy pani musiała interweniować by historia była tak doskonała?
„Czas nadziei” nie jest reportażem, tylko powieścią. A – jak wiadomo – powieść to nie „fotografia życia” tylko jej twórcza przeróbka. W każdym razie – jeśli nawet fotografia, to bardziej lub mniej podretuszowana. No więc i w tym przypadku życie pisało historie, a ja ją „retuszowałam”.

Ile jest pani w bohaterce „Czasu nadziei”?
Nie wiem jak na to pytanie należałoby odpowiedzieć. Czy – na szczęście (ze względu na chorobę bohaterki) nic. Czy (ze względu na jej dokonania) – niestety nic.

Zakończenie jest niezwykle optymistyczne – aż chciałoby się poznać dalsze losy bohaterki „Czasu nadziei”. Będzie taka możliwość?
Jedna z moich czytelniczek, przywoływana zresztą we wstępie, p. Filomena Rutkowska prosiła mnie, abym przysłała jej zakończenie powieści (pisanej w odcinkach w czasopiśmie „List do Pani”), bo ze względu na wiek – miała ponad 90. lat – boi się , ze go nie doczeka , a jest ciekawa, co będzie dalej. No wiec nie będzie dalszego ciągu. Życie go oczywiście napisało. Ja nie napiszę.

Napisała pani kilkanaście książek – pisarz to powołanie czy zawód, w którym pracujemy trochę lżej niż gdzie indziej?
Dlaczego lżej? To bardzo trudny „zawód” jeśli traktuje się go jako podstawę utrzymania. A jeśli uważa za „powołanie”? Powiedziałabym raczej – wewnętrzna potrzeba. Tak jak malarza ciągnie do farb i palety, tak niektórych ludzi ciągnie do opisywania świata zdarzeń i świata przeżyć. Robią to i malarze i pisarze z rozmaitym skutkiem. Czasem wspaniałym, czasem takim sobie, czasem żałosnym.

Jest pani pisarką optymistyczną i jest to zaraźliwe. Zdradzi nam pani receptę na taki stan ducha?
Z natury jestem straszliwa pesymistką. Może pisanie w optymistycznym stylu i duchu jest próbą wewnętrznej samoobrony? Taka samo-psychoterapią?

Jaka będzie pani następna książka?
Wydałam właśnie następną książkę – „Listy do Jasia”. Prawdziwe listy pisane do prawdziwego Jasia, czyli mojego jedenastoletniego obecnie wnuka. Pierwszy list był napisany w chwili jego urodzenia. Ostatni niedawno. Teraz pisze „Listy do Jędrusia” czyli mojego „średniego wnuka” między innymi o rodzinnych pamiątkach, które przetrwały czasy polskich dziejowych zawiei i zamieci. I „Listy do Jacka” = najmłodszego wnuka . Eseje o zmianach – w rozmaitych dziedzinach życia – jakie zaszły w okresie jednego , mojego pokolenia.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Nie jestem ani „czarny”, ani „biały”

Posted: February 11th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | No Comments »

Grzegorz Gortat o swojej najnowszej książce (“Niekompletność” wydawnictwo WNK) i nie tylko.

grzegorz gortat

Który autor jest Panu najbliższy w literackiej drodze?
Franz Kafka. Ale równie bliscy są mi Sándor Márai, Thomas Bernhard, Beckett. Pogmatwane losy, trudne charaktery, za to klarowne postawy wobec życia i literatury.

W „Niekompletności” czytamy o paru bardziej i mniej znanych pisarzach i ich odchodzeniu. Co jest tak pociągającego w śmierci?
Pociągającego? Jeśli już przy tym słowie pozostaniemy, to odpowiem – „nieuchronność”. Skoro wszyscy dzielimy ten los, czasem warto może podejrzeć, jak innym udało się zmierzyć z tym, co nieuchronne.

Dlaczego temat odchodzenia, a mówiąc konkretniej umierania nie cieszy się wzięciem wśród współczesnych pisarzy?
Jeśli tak rzeczywiście jest, to mogę tylko powiedzieć – „i bardzo dobrze”. Temat zasługuje na dużo poważniejsze podejście niż to, co zdają się dyktować moda, trendy czy sondaże. Choć akurat pod względem „śmiertelności” panuje pełna demokracja, to jednak dotykanie tego aspektu życia jest doświadczeniem na wskroś intymnym i indywidualnym.

Porusza Pan smutne wątki ludzkiego żywota. Czy prywatnie też dominują u Pana takie nastroje?
Nie jestem ani „czarny”, ani „biały”. Jak to w życiu, czasem jeden kolor przeważa nad innymi.

Kiedy doczekamy się kolejnej Pana książki? Może bardziej optymistyczne?
Sam jestem ciekaw odpowiedzi na to pytanie. To trochę jak w świecie przyrody – tematy walczą ze sobą i ostatecznie któryś zwycięża. Z tą tylko różnicą, że wolałbym, by w takiej rywalizacji zwycięzcą był osobnik nie tyle najsilniejszy, ile najciekawszy.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Jednocześnie czytam i słucham książki

Posted: February 10th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , , , | No Comments »

Bartosz Roszkowski, prezes i udziałowiec Nexto.pl odpowiada na parę pytań, które wywołała informacja o zysku nexto.pl

nexto.pl

Na książkach da się zarobić porządne pieniądze nie będąc pisarzem, który tworzy tylko bestsellery?
Myślę, że jak najbardziej. Receptą na to jest wybranie sobie swojej małej niszy na której ktoś się zna. Najłatwiej jest to zrobić osobom, które piszą poradniki lub książki fachowe. W takich wypadkach autor pisze o tym, czym się codziennie zajmuje, wzbogaca to o przypisy, dodatkowe źródła konsultacje i ma książkę. W wydawnictwie Złote Myśli najlepsi autorzy zarobili nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych na jednym tytule. Może nie są to miliony, ale na „drobne” rzeczy starczy”.

Trudniej mają autorzy książek beletrystyczny. Zarobki tych autorów są mniejsze, bo zazwyczaj trafiamy do ogółu i ludzie mogą, ale nie muszą kupić takiej książki. Powyższe bazuje na moim doświadczeniu zdobytym we współpracy z wydawnictwem www.zlotemysli.pl (mam w tym wydawnictwie udziały).

Pytam, bo 960 tysięcy złotych dochodu nexto to wynik jak dla mnie zadowalający. A dla was?
To jest dobry punkt wyjścia na 2010 rok. Oczywiście chcemy więcej. Widzimy też, że rynek ebooków i audiobooków rozwija się dynamicznie. Na Nexto.pl mamy obecnie ponad 8-9 tys. unikalnych wizyt dziennie, co oznacza, że ludzie szukają pozycji, które mamy w ofercie.

Czy w uzyskaniu dobrych dochodów program partnerski bardziej pomaga czy przeszkadza?
Jak najbardziej pomaga. Musi być jednak prowadzony z głową i z szacunkiem do partnerów. Ważne, żeby być wiarygodnym dla osób posiadających swoje strony internetowe. Nextranet.pl bardzo ładnie nam się rozwija. Mamy bazę stałych dobrych partnerów. Z każdym dniem przybywają nowi. Partnerzy ogółem generują ok. 50-60% przychodów Nexto.pl.

Eclicto to polska odpowiedź na światowy rynek e-czytników. W rozmowie z Kurasińskim wspomina się o Waszej chęci stworzenia takiego gadżetu. Jak będzie?
Będzie sporo umów partnerskich o współpracy. Jesteśmy agregatorem kontentu (zapraszam na www.nextoapi.pl), co oznacza, że jeżeli ktoś ma pomysł na księgarnię, dystrybucję czytników jesteśmy gotowi udostępnić mu nasze zasoby. Trzeba pamiętać, że nasze portfolio to ponad 2100 ebooków i ponad 1000 audiobooków. To w sumie już dwa lata ciężkiej pracy. Sami w produkcję czytników nie będziemy się angażować. Są inni, którzy są w tym lepsi. My skupiamy się na ilości tytułów i zapewniamy wsparcie marketingowe.

Jak ocenia Pan polski rynek ebooków i audiobooków? Czy chcący na niego wejść w tej chwili będą mogli uszczknąć spory kawał z tego tortu?
Jak wyżej wspomniałem. Zebranie portfolio tytułów to ponad 2 lata pracy. Ktoś nowy musi ponieść znaczne koszty agregacji kontentu, katalogowania i wgrania tych zasobów na serwery. Do tego dochodzą dodatkowe elementy w postaci DRM, znakowania wodnego. Nowi gracze będą mieli trudniej. Zdecydowanie łatwiej jest prowadzić sprzedaż wysyłkową książek w formie fizycznej.

Czy audiobook odejdzie w najbliższych czasach do lamusa? Wszak ebookowa rewolucja trwa w najlepsze za sprawą coraz ciekawszych gadżetów do czytania ebooków.
Audiobook to nie alternatywa dla ebooka. Audiobook jest uzupełnieniem książki jako takiej. Książek słuchamy tam, gdzie czytanie jest utrudnione lub niemożliwe (samochód, domowe porządki, spacer, podróż). Osobiście uwielbiam audiobooki i dzięki nim mogę mieć kontakt z dobrą literaturą 24H na dobę, a nie wtedy kiedy jestem w domu.

Co jest najlepsze z wymienionej trójki? Książka tradycyjna, audiobook czy może ebook?
Nie ma takiego podziału. Ja jednocześnie czytam i słucham książki. Jest takie powiedzenie w branży, że ci książki czytają to je także słuchają. Kwestia tylko w percepcji. Niektórzy są wybitnymi słuchowcami, a inni wzrokowcami. Tak, czy inaczej jeżeli ktoś lubi czytać, musi spróbować przekonać się do audiobooków.

Ebooki są inną forma książki. Trzeba pamiętać, że papier to nośnik treści, taki sam jak monitor, kamień, papirus. Kwestia tylko wygody korzystania z takiego nośnika i kosztów jego zakupu. Na razie papier jest stosunkowo tani. Rewolucja ebookowa to tylko kwestia czasu. I zapewniam nie chodzi tutaj o sentyment do farby drukarskiej tylko o wygodę czytania.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Nikt nie jest zwolniony z myślenia o sprawach ostatecznych

Posted: February 8th, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , | No Comments »

Rozmowa z Danielem Koziarskim, autorem “Mojego prywatnego Sądu Ostatecznego”.

daniel koziarski

Skąd u Pana myśli o sądzie ostatecznym? Wiek wszak jeszcze młody, zdrowie pewnie nie dokucza …?
Nikt nie jest zwolniony z myślenia o sprawach ostatecznych. Oczywiście pewna paraliżująca obsesja jest równie niewskazana co lekceważenie tej tematyki, niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że obecnie dominuje to drugie podejście. W związku z tym, że literatura jest od tego, żeby przypominać o istotnych sprawach, napisałem „Mój prywatny Sąd Ostateczny”. Ktoś mógłby stwierdzić, że ostatnio moja proza krąży mocno wokół tematu i różnych aspektów śmierci, ale na dobrą sprawę, gdyby przyjrzeć się najczęściej spotykanym literackim motywom, to pewnie „miłość” i „śmierć” nie miałyby wielkiej konkurencji.

W „Moim prywatnym Sądzie Ostatecznym” mamy do czynienia z trzema apokalipsami. Czy nie można było im jakoś zapobiec? Wszak lepiej sprzedają się piękne zakończenia.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich działań i zaniechań – w tym sensie zadręczanie się post factum bywa bardzo jałowym i bezsensownym zajęciem. Chyba, że wyniknie z tego coś dobrego dla świata czy dla nas samych. Bohaterowie „Sądu” szukają odkupienia, spełnienia i skrawków szczęścia – znajdują prawdę o sobie i o świecie. To w pewnym sensie jest pokrzepiające. Poza tym, skoro w „Sprawach niedokończonych” dokonał się cud przemiany człowieka, dlaczegóż nie miałby się dokonać również cud boski?

W jaki sposób nie pogubił się Pan w tej wielowątkowości, która w finale zaskakująco łączy się ze sobą?
Musiałem mieć całą strukturę w głowie a częściowo na papierze – złym pomysłem byłaby realizacja niespójnej jeszcze wizji w toku pisania książki. Pisarz powinien wczuć się w role, które wyznaczył swoim bohaterom – wtedy łatwiej będzie mu ogarnąć całość opowieści i prowadzić fabułę. Nawet, jeśli każda z tych ról w jakimś sensie uwiera.

Jakich literackich wpływów należy szukać w „Moim prywatnym Sądzie Ostatecznym”?
Wpływy to za dużo powiedziane, ale przyznam, że lubię mocne opowieści o schodzeniu w stylu „Ciała obcego” Ziemkiewicza czy „To wszystko” Andermana. W tę estetykę na swój sposób wpisuje się pierwsza część „MPSO”. Druga i trzecia są bardziej filmowe, więc i wpływy są raczej pozaliterackie.

Standardowo na koniec. Kiedy możemy spodziewać się następnej książki po świeżym jeszcze „Sądzie Ostatecznym”?
W bliskiej perspektywie trzecia, finalna część „Socjopaty”, napisana jeszcze przed „Moim prywatnym Sądem Ostatecznym” oraz antologia z moim udziałem. A co będzie dalej, trudno powiedzieć – jedno jest pewne – zamknięcie trylogii o „Socjopacie” będzie stanowić dobry punkt wyjścia do pewnych podsumowań a kto wie, może nawet rewolucji.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Nie brakuje czytelników, którzy podzielają moje wybory estetyczne

Posted: February 2nd, 2010 | Author: | Filed under: Rozmowy kontrolowane | Tags: , , , , | No Comments »

Z Łukaszem Gołębiewskim, autorem “Złam prawo” i paru innych ciekawych książek rozmawia Tomek Albecki.

Łukasz Gołębiewski

Warto czasem złamać prawo?
- Często znajdujemy się w sytuacji moralnych wyborów i czynimy źle, choć niekoniecznie łamiemy prawo. Kiedy indziej z moralnego punktu widzenia nie robimy niczego złego, lecz prawo naruszamy – np. parkując w nieprawidłowym miejscu samochód. Jest wiele ustaw, z którymi jako obywatel nie zgadzam się, ale kładę uszy po sobie i nie łamię prawa, są jednak i takie, kiedy gotów jestem złamać prawo choćby po to, żeby zamanifestować swój bunt, swoją niezgodę na ograniczanie moich wolności. Trudno np. nie buntować się przeciwko niezwykle rygorystycznym przepisom w Polsce dotyczącym palenia marihuany. Ale w mojej książce nie tyle chodzi o łamanie prawa, co o przekraczanie zakazów, wkraczanie na tematy tabu, o konflikt moralny pomiędzy cnotą a występkiem.

W Pana najnowszej książce „Złam prawo” nie widać żadnych pozytywnych uczuć. Wszystko jest ich pozbawione. Dlaczego?
- Nie zgodzę się, jest fascynacja pięknem, jest i miłość, tyle że zawiedziona. Moim zdaniem także bunt jest uczuciem pozytywnym, skłania do działania, wydobywa z marazmu, czego wyrazem jest choćby punk, tak silnie obecny w moich książkach. Ale to prawda, chciałem też pokazać świat zły do szpiku kości, uosobiony tu w drugoplanowej postaci Szeryfa, zwyrodniałego i bezczelnie bezkarnego. Bo brak kary za zło także jest tematem tej powieści.

Także dzieci nie są solą tej ziemi. W „Złam prawo” widzimy, że wyrosły z nich niezłe ziółka. Czy nie ma żadnej nadziei?
- Bez przesady, pokazuję pewien wycinek społecznego życia, a są przecież także inne rodziny, inne podwórka, inne dzieci. Unikam moralizowania czy wskazywania dobrych bądź złych postaw w życiu, wychodząc z założenia, że każdy ma swój rozum i dokona właściwego dla siebie wyboru. Życie to sztuka wyboru, faktem jest, że nieraz w nim błądzimy. Ale także błądzić każdy ma prawo, a przynajmniej nie moja rola w tym, by kogokolwiek pouczać „bądź taki, nie bądź taki”. Wracając do pytania, przedstawiam zły brzydki świat, ale to nie znaczy że cały świat jest taki jak w moich powieściach. Na szczęście nie.

Ile jest Pana autentycznego doświadczenia w „Złam prawo”?
- Wcale nie mało, zwłaszcza w części pierwszej, opisującej młodego bohatera, uwiedzionego erotyką, zbuntowanego, zagubionego, w pewnym sensie odrzuconego, bo postawa outsidera ma przecież jakieś psychologiczne korzenie. Im dalej, tym więcej zmyślałem, z niekłamaną przyjemnością, bo część druga powieści jest momentami bardzo pikantna.

Dlaczego opisane dekadenckie klimaty są ciekawsze w odbiorze niż poprawne historie o miłości?
- Nie wiem czy są ciekawsze? Popatrzmy na listy bestsellerów, królują Grochola, Kalicińska, a więc bardzo sentymentalne ujęcia miłości, tak samo w przypadku telewizji, gdzie największą oglądalność mają telenowele. Telenowela realizuje najskrytsze marzenia o szczęściu, sukcesie, miłości. Ja w realizacje tych marzeń powątpiewam i lubię literaturę, która wątpi, moim ulubionym pisarzem jest Gunter Grass, mistrz stawiania pytań i unikania odpowiedzi. Cieszę się, że nie brakuje czytelników, którzy podzielają moje wybory estetyczne.

Łatwo jest skakać z książki elektronicznej do pisania o świecie bez uczuć, bez przyszłości?
- Jasne, że łatwo, to tylko kwestia wprawy (śmiech). Przez kilkanaście lat byłem dziennikarzem w codziennych gazetach, przez dekadę w „Rzeczpospolitej”. To niezła szkoła pisania, układanie słów w zdania okazuje się być czymś oczywistym, jak smarowanie chleba masłem. Zbudzony w środku nocy mogę usiąść do klawiatury i wystukiwać rzędy prawidłowo skonstruowanych zdań. Jedynym problemem jest czas, którego mi na wszystko nie wystarcza… No i ten moment decyzji, kiedy trzeba usiąść i zacząć zamieniać pomysły na gotową fabułę. Po przełamaniu pierwszej niechęci potem idzie gładko.

Czy „Złam prawo” powtórzy sukcesy Pana poprzednich – równie dobrych książek?
- Nie wiem, mam wiele obaw bo to jednak inna książka, z wątkiem kryminalnym. Nie czuję się tu zbyt mocno, mam świadomość, że np. przy umiejętnościach budowania nastroju przez Marka Krajewskiego moja książka to jakby wprawka licealisty do matury.

Kiedy możemy spodziewać się kryminalnej historii w Pańskim wykonaniu?
- Jak już powiedziałem, nie czuję się mocno w tym gatunku, może dlatego, że nigdy specjalnie nie lubiłem powieści kryminalnych – może poza kilkoma wyjątkami, w tym znakomitego Krajewskiego. Chciałbym napisać powieść zupełnie inną od dotychczasowych, myślę o książce o wilku-omega, takim który został wyrzucony ze stada i musi sobie poradzić. Książka o zwierzęciu to spore wyzwanie… no i nie będzie w niej ani seksu, ani alkoholu, ani punk rocka, czyli tego wszystkiego, co najbardziej lubią moi czytelnicy (śmiech).

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts