Autor “Optymizmu można się nauczyć” wkracza w rok 2012 książką “Pełnia życia”. To, podobnie jak inne jego książki, poradnik pokazujący proste i skuteczne sposoby, jak wydobyć się z pesymizmu, porzucić negatywne myślenie i udoskonalić własne życie. W oparciu o psychologię.
Według wydawcy autor wystąpił on do psychologów z apelem, aby swój tradycyjny cel walkę z cierpieniem uzupełnili o cel nowy: badanie tego, co nadaje życiu głębszy sens oraz tworzenie warunków, które pozwolą osiągać życiowy dobrostan. Ta książka też jest o tym i powinna sprawić, że życie tych, którzy zastosują się do jej zaleceń, stanie się lepsze.
Autor unika mówienia, że tylko pozytywne myślenie da nam wszystko, czego zapragniemy. Uprawiając naukę skupia się na rzeczach, które mogą pomóc nam w lepszych relacjach z otoczeniem. By jednak tak się stało, należy wykonać odpowiedni wysiłek.
Dlaczego niektórzy są szczęśliwi nie mając niczego, a inni posiadając dużo chodzą z nosem na kwintę? Czemu Stephen King sprzedaje miliony egzemplarzy swoich książek na świecie, a Bentley Little znany jest tylko w Stanach Zjednoczonych? Dlaczego Kowalczyk wygrywa, a Norweżki nie?
Na szczęście według Seligmana składa się wiele czynników – wiedza, siła, sprawność , etc. Najważniejsza jest jednak pozytywna energia rozumiana jako uśmiech od rana, brak kłótni i lekko optymistyczne spojrzenie na życie. Tak w skrócie można przedstawić jego psychologię pozytywną, która zaraża wiernych czytelników.
Przyznać trzeba, że pomimo potężnej dawki naukowej mowy da się z książki wyrwać coś dla siebie. Zachęcam i czekam na wznowienie innych pozycji autora.
Martin E.P. Seligmann, “Pełnia życia”, Media Rodzina, 2012.
Wydawnictwo MG serwuje nam kolejną pyszną nowość. Tym razem w serii Biblioteka Wykształciucha możemy przeczytać Leopolda Tyrmanda “Tyrmand Warszawski”.
Pisze autor:
Wszystko, dziejące się poza Warszawą, było niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku. Tak samo wszystko, dziejące się w Warszawie, jest dobre, interesujące, właściwe i pełne czaru i uroku. Przykład – proszę bardzo: gdy w Łodzi pada deszcz w Wielkanocne święta, jest to tylko i wyłącznie winą Łodzi, bo tylko w takim mieście może w Wielkanoc padać deszcz. Gdy natomiast Warszawa ma nad sobą złą pogodę w każde święta, można, a nawet należy to wybaczyć. Bowiem winna jest pogoda, a nie miasto. Na pewno. A zresztą w Warszawie, na Wielkanoc musi być ładnie…
Teksty, które dostajemy do rąk są w podobnym klimacie. Wiara w miasto, w stolicę Tyrmanda jest wielka. Największa chyba, jak na ówczesne czasy. Z jaką pasją pisarz opisuje odbudowujące się budynki, szkoły i drogi. Pochwały ale i nagany dla budujących miasto do dzisiaj mogą być przykładem dialogu o rozwoju miast. Takie rzeczy tylko u Tyrmanda.
Bo któż inny mógłby napisać o Warszawiakach i tramwajach historię osobną? Kto potrafił szybko pokazać obrazki z życia autobusów i taksówek? Łatwość Tyrmanda w poruszaniu się w środowisku warszawskim godna jest podziwu. Szkoda, że musimy w tych artykułach obserwować nastrój spadający. Od euforii zwycięstwa po klęskę związaną z socjalizmem.
Jaka jeszcze jest Warszawa śladami złego? Czy ma coś do ukrycia? Czy widać coś nieodkrytego? Przekonajcie się sięgając po “Tyrmanda Warszawskiego”.
Benedyktyni w Polsce znani są z dwóch rzeczy: produkty benedyktyńskie i ojciec Leon Knabit. Co go interesuje, co denerwuje i jak podsumowuje to 80 lat ziemskiego bytowania można przeczytać w jego “Alfabecie. Moje życie”.
Zaczyna mamusią Aleksandrą i tatusiem Aleksandrem, z którymi był mocno związany. Przechodzimy do Benedyktynów, wpływów księży takich jak Jerzy Czartoryski po tematy dość trudne – a takim jest celibat. Czytamy o lustracji, szkole i telewizji, by przejść do ważnych dat w życiu ojca Knabita.
Jaki obraz księdza maluje się z tych wspomnień? Nieuleczalny optymista, który wierzy w to, co robi. Wszystko zresztą czyni z myślą o Bogu i drugim człowieku. Pełny tolerancji, jednak stanowczy w kwestiach wiary i wszystkiego, co z nią związane. Z drugiej jednak strony rozumiejący los chrześcijanina, który mierzyć musi się z
szarą rzeczywistością.
I cały czas pojawia się pytanie: Skąd taki optymizm u ojca? To kwestia podejścia do siebie i otaczającego świata. Zakończmy w stylu ojca Leona. Do zobaczenia w czyśćcu… Resztę się zobaczy.
“Alfabet. Moje życie”, ojciec Leon Knabit, Dom Wydawniczy Rafael, 2010.
Czy autorzy Basecampu, programowania Ruby on Rails i paru innych rzeczy mogą nauczyć polskich przedsiębiorców prowadzenia firmy w XXI wieku? Myślę, że będzie ciężko. Kto jednak chce spróbować, niech sięga po “Rework”.
Książka stanowi doskonały przykład tego, jak prowadzić własny biznes niestandartowo. Radzą więc nam autorzy nie przesadzać z zatrudnianiem kogokolwiek na jakiekolwiek stanowiska. Niepotrzebny rozrost firmy to koszty, dodatkowe papierki i robota, która w 99 procentach nie przyniesie nam zysku. A nie lepiej przeanalizować, czy my sami (lub nasi współpracownicy) mogą daną pracę wykonać? Do dzieła.
Dużo nie znaczy dobrze. Nie ma bez potrzeby zmieniać wielkości swojej firmy. Jeśli zarabia dla Ciebie wystarczająco dużo pieniędzy niech zarabia je dalej. Bez sztucznego powiększania jej na siłę. To samo tyczy się wykonywania produktów. Róbmy to, w czym jesteśmy dobrzy. Resztę zostawmy innym.
Oczywiście to tylko część z przemyśleń, jakie możemy spotkać w książce. Napisana świetnym językiem daje nowe spojrzenie na prowadzenie przedsiębiorstw. Nie dziwi też fakt, że książka (podobnie, jak przedsiębiorstwa autorów) zarobiła już dla nich sporo pieniędzy.
Lektura obowiązkowa. Kto nie przeczyta ten bankrut
Najnowsza książka Paula Levinsona wydana w wydawnictwie WAM pokazuje, że nie zawsze pozycje o nowych mediach ukazujące się na polskim rynku mogą być baaaaaaaaaaaaaardzo zacofane względem ich nieustannego rozwoju.
Levinson oprócz dawki teoretycznej daje nam również masę opowieści o swoim obcowaniu z tym, co nazywami nowymi mediami. Prowadzenie videobloga, posiadanie (i aktywny użytek) konta w serwisach społecznościowych widać w treści książki – miło jest obcować z człowiekiem, który w miarę poznał materię opisywaną.
Twitter, facebook czy youtube to niektóre z serwisów, jakim Levinson poświęcił sporo miejsca. Autor sporo miejsca poświęca dogłębnej analizie serwisów i prognozie ich rozwoju na przyszłość.
“Nowe nowe media” to także niezbędny przewodnik dla każdego, kto zamierza nauczyć się prowadzić blog, podcast czy twittować. Szkoda, że z powodu miejsca nie zostały rozwinięte niektóre tematy – a szkoda… Wszak tematyka ta powinna być dostępna szerszemu gronu odbiorcy.
Mimo wszystko brawa dla tego, że wydano książkę, która jest na bieżąco z tematem.
Paul Levinson, “Nowe nowe media. Rewolucja w komunikacji.”, WAM, 2010.
Facebook jest bardziej rozpoznawalny niż Bóg chrześcijański. Jednak po lekturze “Milarderów z przypadku” trzeba powiedzieć sobie jasno – powstanie książki twarzy ma korzenie niesamowicie gnuśne i nie do przyjęcia.
Ten obecnie jeden z najpopularniejszych portali społecznościowych (pół miliarda aktywnych użytkowników, sto milionów osób zapisanych w ciągu ostatniego pół roku) to jednocześnie prężnie działające przedsiębiorstwo warte miliony dolarów.
Zanim jednak facebook stał się stroną obowiązkową dla każdego z użytkowników, był skromną stroną internetową znaną tylko nielicznym studentom Harvardu, służącą głównie do oceny atrakcyjności studentek (Hot or not). Studentki zresztą nie były zachwycone tym, że ktoś ukradł ich fotografie…
Spuścmy zasłonę milczenia na wstepowanie do bractw, picie i pierwsze stosunki seksualne, które przewijają się w książce. Przejdźmy do rzeczy, która jako jedyna czyni tę książkę wartą przeczytania – kto jest twórcą serwisu?
Czy człowiek w sandałach, miłośnik płatków i swoich kręconych włosów? A może grupa studentów, która zleciła mu wykonanie takiego serwisu. Wszelkie poszlaki wskazują na to, że Mark Zuckerberg pomysł sobie przywłaszczył. I jeszcze oszukał swoich wiernych wspólników. O czym świadczą zresztą ugody zawarte z ludźmi zamieszanymi w projekt facebook.
Ben Mezrich odtwarza dialogi i sytuacje, które towarzyszyły powstawaniu facebooka. Choć czasem czyni to nieudolnie i nudnawo pokazuje nam obraz sytuacji.
Czy kiedyś dowiemy się, jaka jest prawda? Pewnie nie, jednak ziarno zostało zasiane. Dla wyjaśnienia – Mark Zuckerberg nie brał udziału w tworzeniu książki.
“Miliarderzy z przypadku Początki Facebooka. Opowieść o seksie, pieniądzach, geniuszu i zdradzie”, Ben Mezrich, W.A.B. 2010.
Dla wszystkich wielbicieli okładek ukazało się dzieło wiekopomne – “1000 polskich okładek”.
„1000 polskich okładek” to tysiąc polskich okładek książkowych zamkniętych w jednej okładce najnowszej książki Aleksandry i Daniela Mizielińskich, czyli 100 lat projektowania książkowego (1900-1999), 310 projektantów, 1040 stron, 8 cm grzbietu i 1 kilogram wagi. Koniecznie trzeba zajrzeć do środka…
Henryk Tomaszewski, Jan Stanny to tylko niektóre wielkie postaci w historii polskiej okładki. Dla wielu książek to właśnie ona stanowi najmocniejszy argument do jej posiadania. Nie treść, a zewnętrzna powłoka właśnie …
Które okładki są najlepsze? “Śmierć pięknych saren” a może seria Biblioteki Narodowej? Okładki bajek czy kryminałów? Trudno jest wybrać tą najlepszą. Jedno jest pewne – książka okładką stoi i żadna – nawet najbardziej elektroniczna książka – takich ujmujących okryć mieć nie będzie.
Zero tekstu, maksimum obrazu. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury.
W listopadzie w Hiszpanii nakładem wydawnictwa Galaxia Gutenberg ukazał się przekład książki Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction (przekład Agaty Orzeszek i Francisco Javier Villaverde Gonzalez). Poniżej fragmenty recenzji:
…wyczerpująca praca, napisana bez ducha inkwizytorskiego, z czułością i szacunkiem… („El Pais“)
Fascynująca, głęboka, świetnie udokumentowana, napisana z polotem i narracyjną mądrością. Nie niszczy bynajmniej, lecz uzupełnia wizerunek genialnego reportera… Forma literacka książki Kapuściński non-fiction to najlepszy hołd dla mistrza („La Vanguardia“)
[Zanim książkę przetłumaczono na hiszpański] dowiadywaliśmy się, że jest publiczną dekapitacją Kapuścińskiego – nic bardziej mylnego. Przedstawia portret, żywego człowieka… Nie walczy, ani nie prowadzi rozrachunków… („Publico“)
Człowiek mający swoje rysy i cienie, wzloty i upadki. Postać odległa od posągowej legendy i pomników, które kreują mity, sportretowana w kontekście i świetle historii, swojej epoki… Domosławski broni Kapuścińskiego, mimo jego wad i porażek… („La Razon“)
Czy piedestał zmarłego w 2007 roku mistrza drży? Nic podobnego, pod warunkiem, że podziwiamy nie świętego, lecz pisarza… Zarzut rzekomej brukowości pod adresem Domosławskiego nie wytrzymuje konfrontacji z wyczerpującą dokumentacją, świadectwami kilkudziesięciu kolegów, przyjaciół, uczniów, tłumaczy, członków rodziny… („El Periodico de Catalunya“)
To rewelacyjna biografia ukazująca w tle wielkie wydarzenia, które wstrząsały naszym światem w minionym wieku. Wzmocniona pasażami z książek Kapuścińskiego jest również przeglądem jego dzieł. („El Cultural“)
[W Polsce książka wywołała] zamieszanie – z rodziną, dziennikarzami, admiratorami; żądano zakazu jej publikacji, biskupi i politycy wołali o pomstę do nieba. Kapuściński non-fiction dotyka miejsc, które mogą boleć, przedstawia jednak portret rzetelny… („El Mundo“)
– Ile razy w trakcie pracy, chodzi przede wszystkim o okres realnego socjalizmu, zadawał pan sobie pytanie, jakby się zachował na miejscu Kapuścińskiego?
– Wobec każdej sytuacji i każdej okoliczności starałem się wejść w jego buty i patrzeć na świat jego oczami. Sądzę, że wszystkie decyzje, jakie podejmował były uprawnione i zrozumiałe w kontekście epoki, w której przyszło u żyć. Bardzo możliwe, że na jego miejscu zachowywałbym się tak samo lub podobnie…
– Kim naprawdę był Ryszard Kapuściński?
– Przede wszystkim – wyjątkowym świadkiem XX wieku i początków XXI. Pisarzem, który dał głos tym, którzy głosu nie mieli.
(Artur Domosławski w rozmowie z dziennikiem „ABC“).
Paweł Szwed, redaktor naczelny wydawnictwa Świat Książki:
„Niezmiernie cieszy mnie takie przyjęcie Kapuścińskiego non-fiction w Hiszpanii, zresztą nie spodziewałem się, że mogłoby być inne. Domosławski napisał książkę z pietyzmem i szacunkiem wobec jej bohatera, nie unikając trudnych pytań i odważnie pokazując pełen – na ile to jest możliwe – portret Kapuścińskiego, który zyskał dzięki temu bardzo ludzki wymiar i mnie osobiście stał się jeszcze bliższy. Jak widać, media hiszpańskie umiały to docenić. Poza tym na szczęście funkcjonuje tam dobry obyczaj dyskutowania o książkach, które się czytało. Przy okazji przypomnę jeszcze, że Kapuściński non-fiction tłumaczony jest na kolejne języki i przekłady ukażą się m.in. w Anglii, USA, Holandii, we Włoszech, Francji, i na Węgrzech”.
“Opisywać Vermeeera słowami to trud marny. Dużo lepszym środkiem wyrazu byłaby tu mzyka na kwartet z dwojgiem skrzypiec, fagotem i ahrfą.” Podobnie jest w przypadku opisywania twórczości Jacka Kaczmarskiego.
Autorzy książki “Zostały jeszcze pieśni…” podjęli się zadania niełatwego. Na warsztat wzięli utwory Jacka Kaczmarskiego i od razu zapragnęli je umieszczać w pojęciach większych niż znane nam dotychczas strajki. Romantyzm, II wojna światowa, biblia – to tylko niektóre hasła pojawiające się w książce. Konteksty na pierwszy rzut oka niemożliwe – po bliższym zbadaniu zdają się być oczywiste.
Zaczynamy od pojęcia barda, którym nazywa się Kaczmarskiego. Tu od razu arcyciekawy tekst Filipa Łobodzińskiego “Moja osobista historia Murów”. Przechodzimy do spraw historycznych, by potem słuchać o wielogłosowej pieśni, jaką stworzył nam ten twórca.
Jaki jest Jacek Kaczmarski w oczach autorów książki? Czy to tekściarz czy bardziej poeta słowa? Wiele tropów wskazuje, że właśnie w piosenkach barda ukryta jest najwyższej jakości poezja.
Piękna rzecz.
Jacek Kaczmarski. Zostały jeszcze pieśni, Wydawnictwo MG, 2010.
What The Kids Are Eating of the Day: Ruled not good enough by America’s largest fast-food chains, the so-called “pink slime” — meat and meat by-products treated with ammonia — is still A-OK by U.S. Department of Agriculture standards.
McDonald’s, Burger King, and Taco Bell were all persuaded to stop using ammonia-treated meat after the practice of rinsing dog-grade meat with ammonia to wash away harmful bacteria was brought to the attention of consumers by celebrity chef Jamie Oliver.
“We’re taking a product that would be sold in its cheaper form for dogs,” said Oliver on his TV show Food Revolution. “After this process, we can give it to humans.”
But a USDA spokesman said there were no plans to stop using pink slime as part of the national school lunch program.
“The U.S. Food and Drug Administration as well as the Food Safety and Inspection Service considers ammonium hydroxide as ‘generally recognized as safe,’” said the spokesman, Aaron Lavallee. “FSIS reviewed the suitability of Beef Products Inc.’s use of ammonium hydroxide in order to assess its effectiveness in performing the intended technical purpose of use, at lowest level necessary, and to ensure that the product is not adulterated or misleading to consumers.”
However, since ammonia beef falls outside the jurisdiction of federal labeling requirements, parents have no way of knowing what exactly is being served to their kids.
ACTA jest bardzo dobre, popieram, i będę głosował za ACTA natychmiast, jak tylko pojawi się w parlamencie. Ci młodzi ludzie nic nie rozumieją. Demonstrują z symbolami Polski Podziemnej. Ludzie ginęli na gestapo, w Oświęcimiu ginęli pod tymi symbolami! Jeśli ktoś w takiej sprawie wynosi symbole Polski Podziemnej to jest idiotą i nie należy z nim w ogóle dyskutować