Niebawem, nakładem Grabarza Polskiego ukaże się antologia bizarro horroru, pt. „Bizarro dla początkujących”.
Bizarro fiction to nowy gatunek literacki, popularny szczególnie za Oceanem, łączący w sobie elementy absurdu, groteski, satyry i popkulturowych kalek, całymi garściami czerpiący z horroru, fantasy, westernu, s-f, czy literatury eksperymentalnej. Treści utworów bizarro są często wywrotowe i bezkompromisowe, przypominające wręcz majaki szaleńca.
Antologia ta jest pierwszą poważną próbą zaszczepienia gatunku na polskim gruncie. W „Bizarro dla początkujących” znajdziemy opowiadania takich twórców, jak: Rafał Kuleta, Kazek Kyrcz, Bartek Czartoryski, Dawid Kain, Ola Zielińska, Adrian Miśtak, Krzysztof Maciejewski, Krzysztof Dąbrowski.
Dobiega końca drugi etap mega konkursu wakacyjnego Cinema City – Filmowego Pościgu Lata! Przez niespełna dwa tygodnie aż 11 000 osób przyłączyło się już do gry o wspaniałe nagrody – miejski samochód Skoda Roomster, przenośne konsole Play Station Go z pakietem gier oraz całą masę rewelacyjnych gadżetów, między innymi zakładane na rękę mp3, torby na laptopa, a także coś dla aktywnych – skakanki elektroniczne.
Podczas trwającego obecnie etapu uczestnicy konkursu dawali wyraz swoim umiejętnościom związanym z refleksem oraz wykazywali się pogłębioną wiedzą z dziedziny produkcji animowanych. Wiedza i błyskawiczne reakcje pozwoliły graczom zgarnąć 3 000 Coca-coli oraz aż 6 000 popcornów!
15 lipca gra wchodzi w nowy, mrożący krew w żyłach etap – w całości poświęcony horrorom! Znawcy gatunku powalczą o podręczne torby dla miłośników rowerów, pnąc się tym samym na sam szczyt piramidy nagród.
Do gry dołączyć można w każdej chwili, odwiedzając stronę www.kinograj.cinema-city.pl. Równocześnie już od 1 lipca można odkryć w sobie żyłkę kolekcjonera i zbierać bilety Cinema City. Właściciel najbogatszej kolekcji dostanie przepustkę do wielkiego finału i będzie mógł zawalczyć o najcenniejsze nagrody. „Złoty Bilet” zostanie przyznany aż czterem osobom, wykazującym się sprytem i zmysłem kolekcjonerskim. Więcej informacji o „Złotym Bilecie” w kinach Cinema City.
Już 15 lipca (czwartek) o 10:00 rusza trzeci z ośmiu etapów największego wakacyjnego konkursu Cinema City – Filmowego Pościgu Lata! Rozpoczyna się pogoń za następnymi, wspaniałymi nagrodami i najmroczniejszymi postaciami kina!
Tytułowe połączenie, choć absurdalne, może się zdarzyć. Udowadnia to Joe Hill w swoim dziełku pod tytułem “Rogi”.
Ignatius Perrish budzi się pewnego ranka kompletnie skacowany. Kiedy patrzy w lustro okazuje się, że na główce wyrosły mu “piękne” różki. Nasz bohater (oprócz zastanawiania się, czy może to przez za dużą ilość alkoholu) biegnie do lekarza. Ten jednak zaczyna się zachowywać baaaaardzo dziwnie. Podobnie jak inni napotkani ludzie. Kiedy Ig dotyka skóry innego człowieka, poznaje jego myśli, wspomnienia, widzi przeszłość.
Joe Hill z ojca Stephena napisał doskonałe “Upiory XX wieku”. Ciekawe opowiadania, po które do dzisiaj sięgam z przyjemnością. “Rogi” potwierdzają dobry poziom i dziedziczenie genów po tatusiu.
Pomysł z rogami jest nienowy, jednak wykorzystany do końca, ciekawie i konsekwentnie. Początkowo nie wiemy, o co chodzi. Stopniowo jednak poznajemy istotę problemu. Autor umie budować nastrój grozy, więc mocne przeżycia są gwarantowane.
Pomimo niskiego gatunku możemy wraz z bohaterami drążyć przyczyny i skutki otaczającego nas zła. Gdyby nie ludzie, nie powstałby żaden dobry horror. Bo diabelskie różki to gadżet, który zasłania nam prawdziwą istotę problemu.
Nareszcie Prószyński zatrudnił osobę z wizją do okładek takich książek. Bo książka to nie tylko treść, ale również przedmiot estetyczny, który polecam.
Adam Zalewski opowiada o swojej fascynacji USA, najnowszej książce i paru innych – niemniej ważnych sprawach.
„Sześć razy śmierć” jest mocne i jednoznaczne. Skąd taka niewiara w człowieka i brak optymistycznych zakończeń?
Słowo “niewiara” zastąpiłbym słowem “wiedza”. Moje wcześniejsze pozycje jednoznacznie przekazywały wiarę w wartość człowieka jako jednostki. Wspomniany tom opowiadań jest wyjątkiem od tej reguły. Ukazuje dwoistość
naszej natury. Nic nie jest do końca jednoznaczne. Nieskromnie myślę, że udało mi się przedstawić pewne związki przyczynowe, kierujące niektórymi ludźmi.
Nie bój się duchów, żywi są bardziej przerażający – zgadza się Pan z tym?
To chyba istota rzeczy. Kiedy Ted Bundy – jeden z najbardziej znanych amerykańskich morderców seryjnych – pamiętnej nocy wszedł do żeńskiego akademika, miał w ręku zwykły młotek. Nie zamierzał wbijać gwoździ. Zrobił
dokładnie to, po co przyszedł. Tamta krwawa noc jest dla mnie czymś o wiele bardziej upiornym niż wszystkie nieziemskie koszmary.
Areną działań złych sił w najnowszej oraz poprzednich książkach są Stany Zjednoczone. Czy to najlepsza sceneria dla mrocznych opowieści?
Myślę, że nienajgorsza. Element egzotyki potęguje zwykle atmosferę tajemniczości. Stany, to ogromny kraj – ogromny naród. Osadzając akcję w tamtejszych realiach, stworzyłem sobie większy wachlarz możliwości. Co
prawda łączy się to z tytaniczną pracą “zapinania na ostatni guzik” całej masy szczegółów, ale uważam że warto. Samo zdobywanie wiedzy jest także rodzajem przygody.
USA uzależnia? Doczekamy się polskich klimatów w Pana twórczości?
Nie wiem, czy uzależnia Czytelników. Mnie – tak. Mógłbym oczywiście pisać o bójce na Piotrkowskiej czy zabójstwie przy Złotych Tarasach”, ale od czego mamy telewizję. Pomiędzy programami religijnymi i serialami, otrzymujemy solidną dawkę polskich klimatów. Pewna część społeczeństwa jest tym trochę zmęczona. Oferuję tym ludziom alternatywę. Gdybym kiedykolwiek miał pisać o Polsce, byłaby to powieść historyczna. Może kiedyś…
Nie widać Pana w internecie. Brak bloga, mikrobloga czy paru kont w serwisach społecznościowych nie doskwiera?
Nie przepadam za internetem. Może mnie Pan nazwać “człowiekiem starej daty”. Znam kilku pisarzy, kreujących poprzez blogi swój wizerunek. Pewnie poświęcają temu zajęciu sporo czasu. Ja nie mam go w nadmiarze. Pracuję nad szlifowaniem formy, która nadal jest niedoskonała. Chyba także o to chodzi w tym biznesie.
Pracuje już Pan nad kolejnymi zaskakującymi pozycjami?
Tak. Niebawem ukaże się powieść “Grizzly”. Ona również traktuje o mrocznych stronach ludzkiej natury, ale – kto wie – może skończy się dobrze? Obecnie pracuję nad wyjątkową pozycją, ale jeszcze nie pora o tym mówić.
Czego wypada życzyć Panu w najbliższym czasie?
Spokoju. Tego potrzebuję najbardziej. A także sympatii Czytelników, dla których tworzę moje historie.
Adam Zalewski – autor znakomitych thrillerów i powieści grozy Biała wiedźma (debiut pisarski, 2008 rok), Rowerzysta i Cień znad jeziora. Rodowity kwidzynianin, w Kwidzynie spędził większą część swojego życia, choć od kilku lat mieszka z żoną w Karpinach – w „zapomnianej przez Boga i wójta wsi na skraju lasów”. Okoliczna przyroda pobudza jego wyobraźnię twórczą, podobnie jak muzyka. Miłość do książek zaszczepił w nim ojciec. Jego ulubionym poetą jest Bolesław Leśmian. Na miejsce akcji swoich powieści Zalewski wybrał Stany Zjednoczone. Kraj ten od zawsze go fascynował, a pisanie o nim stanowi dla niego rodzaj ucieczki przed lokalną rzeczywistością. W przypadku każdej książki bardzo dużo czasu poświęca na dokumentację i zebranie fachowej wiedzy, a w pracy tej nieocenioną pomocą służy mu syn Marek.
Japoński horror to z jednej strony doskonałe perełki, a z drugiej przyciężkie opowieści o przodkach, którzy nie umieją straszyć.
Już na wstępie warto powiedzieć, że do dzisiaj nikt nie pokusił się o wydanie podobnej antologii. PiW jaki był, taki był ale to dzięki temu wydawnictwu możemy poznawać takie małe arcydzieła. Możemy więc wczuwać się mroczne klimaty twórców z Azji.
Co straszy mieszkańców Japonii? Ludzie zamieniający się w zwierzęta, ludzie bez twarzy, ludzie z obłędem w oczach. Przeraża ich okrucieństwo, krew i łzy. Największy strach to stracić honor, więc gdy czytamy “Balladę o Narayamie” nie dziwmy się, że zbrodnią niewyobrażalną jest nieustąpienie miejsca młodym i brak chęci odejścia z tego świata.
W tym wszystkim mamy wiele baśni i bajek rodem z kraju kwitnącej wiśni. Piękna jest taka kultura, która chwyta za serce nawet najbardziej wybrednego czytelnika (choć gwarancji na chwytanie dać nie można). Ciekawe, że nawet pomimo różnic możemy te opowieści interpretować na naszym – europejskim gruncie.
Ciekawa literatura. Polecam.
“Ballada o Narayamie”
Autor: Antologia
Tłumaczenie:Blanka Yonekawa
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:1986
Wydawnictwo:P.I.W.
Armani, Hugo Boss i parę innych marek może przyprawić nas o zawrót głowy nie tylko ceną. Dlaczego? Wyjaśnia niezrównany duet Kyrcz i Cichowlas w “Koszmarze na miarę”.
Rzecz straszna dzieje się w Starym Browarze w Poznaniu. I nie chodzi o panią Kulczyk ani inne osoby, które występują w rzeczywistości. Ot, w jednym z salonów z markowych garniturów (i nie tylko) zaczyna cieknąć krew. Wróć – krew leje się strumieniami. Pracownicy są przerażeni, szef salonu zachowuje się jakby nic się nie stało. Na dodatek najpierw umiera klient, który pierwszy zwrócił uwagę na nietypowy problem. Potem zaś dance macabre dosięga poszczególnych pracowników. Prawda jest przerażająca…
Kyrcz i Cichowlas “Siedliskiem” zaakcentowali, że mają coś ciekawego do powiedzenia. “Koszmar na miarę” potwierdza tylko ich wysoką formę.
Uszyli koszmar na miarę naszych czasów. Swojskie widoki poznańskiego browaru, “nieistniejący” salon z zachodnimi markami i bogu ducha winni studenci tworzą mieszankę godną słowa: groza. Horror to określenie zbyt wysokie – niemniej jednak jest się czego bać.
Demony, demonologia przewijają się na kartach książki. I znów autorzy, podobnie jak Masterton, doskonale oddają klimat takich zjawisk nadprzyrodzonych. Trzeba także wspomnieć o jednym (ale jakim!) opisie erotycznych uniesień, którego finał należy do najbardziej ohydnych w historii polskiej literatury grozy. Chłopaki, Masterton byłby z Was dumny!
Dobrze napisane cacuszko.
“Koszmar na miarę”
Kyrcz&Cichowlas
Grasshopper
2010
Amerykański mistrz horroru Jonathan Maberry to dwukrotny laureat nagrody Brama Stokera, wykładowca i nauczyciel powieściopisarstwa, to autor powieści, komiksów i kilkunastu książek popularnonaukowych, m.in. Vampire Universe. Jest konsultantem Stowarzyszenia Autorów Horrorów i członkiem wielu amerykańskich stowarzyszeń literackich.
Jego “Wilkołak” robi wrażenie. Szczęśliwe życie Lawrence’a Talbota skończyło się tej nocy, kiedy umarła jego matka. Chłopak opuścił wiktoriański dwór, by szukać zapomnienia w dalekiej Ameryce. Po latach powraca w rodzinne strony – i odkrywa, że okolicą rządzi strach. Krążą pogłoski o krwiożerczej bestii, która znów żądna krwi zabija. Prawda o niej zburzy dotychczasowe życie i przeszłość Lawrenca. Na zawsze…
Książka na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od innych mrocznych opowieści o wilkołakach. Mamy pełnię, krwawe zbrodnie i zarażanie “wilkołactwem”. Jednak Maberry ubiera starą opowieść w parę dodatków, które zmienią zakurzone opowieści w nową jakość.
Powieść jest krótka konkretna. Maberry nie przedłuża opisów ponad miarę, a każde słowo stosuje jakby podczas pisania miał przed sobą karteczkę z napisem złoty środek. Lawrence oraz pozostali bohaterowie “Wilkołaka” są bohaterami z krwi i kości. Angielski klimat tylko dopełnia piękna mrocznej opowieści.
Thrill prześladuje nas przez całą książkę. Tyle wrażeń nie zapewnia nawet wchodzący na ekrany kin filmowy “Wilkołak”.
Parę opowiadań Łukasza Orbitowskiego może się podobać.
5 opowiadań to mało jak na tak płodnego pisarza. Jednak dzięki nim czytelnik przeniesie się do mrocznych zaułków miast, do lasu z czasów II wojny światowej pełnego partyzantów oraz do widmowego szpitala, w którym leczy się nie ciało, lecz duszę.
5 opowiadań przeraża ale i niesie w sobie jakąś dawkę mistycznej przepowiedni. Las z czasów II wojny światowej i bohaterowie tam ukryci przypominają twory Julka Słowackiego z jego natchnionego okresu. Mroczny szpital przypomina “Lśnienie” Kinga. Powiązania i skojarzenia mnożą się. Ciekawy klimat, jaki dzięki temu się wytwarza jest niezapomniany i rzadki.
Orbitowski wie, o co w horrorze chodzi. Narastające napięcie wciska nas w kanapę w każdym z 5 opowiadań.
Co jeszcze wyróżnia te opowiadania? Język, który soczyście opowiada o wymyślonej rzeczywistości. Język, który maksymalnie plastycznie przedstawia nam świat Łukasza Orbitowskiego. Język, który naprawdę tworzy klimat mrocznej opowieści.
Amerykanie mają Stephena Kinga, Polacy mają Łukasza Orbitowskiego. I całe nasze szczęście, bo ile można czytać opowieści grozy made in USA.
Polecam.
“Nadchodzi”
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie
2010
Fragment powieści Kinga, która ukaże się w Polsce 9 marca.
Duke Perkins patrzył na scenę, jaka się rozgrywała za plecami Dużego Jima. Ernie Calvert i Johnny Carver ze stacji benzynowej Mill Gas & Grocery pomagali Jackie wstać. Policjantka była oszołomiona. Z nosa ciekła jej krew, ale poza tym nie widać było obrażeń. Tak czy inaczej sytuacja wyglądała nieciekawie. Oczywiście w pewnym stopniu to normalne, gdy zdarzy się wypadek z ofiarami śmiertelnymi, lecz tym razem najwyraźniej coś potoczyło się gorzej niż zwykle.
Choćby kwestia samolotu. Na pewno wcale nie próbował lądować. Za dużo było wokół jego części, zbyt szeroko rozrzucone. I ci gapie. Też jakoś nie w porządku… Randolph nie zwrócił na to uwagi, ale Duke Perkins – owszem. Ludzie powinni utworzyć jedną grupę. Zawsze tak robili, jakby szukali pocieszenia w obliczu śmierci. Tymczasem tutaj ustawili się w dwóch grupach – po obu stronach miejskiej granicy. A ci, którzy zebrali się na terenie Motton, stali stanowczo zbyt blisko płonącej ciężarówki. W zasadzie w bezpiecznej odległości, jednak… dlaczego nie przechodzili dalej?
Zza zakrętu na południu wyłoniły się pierwsze wozy strażackie. Trzy. Z radością dostrzegł na boku drugiego złoty napis STRAŻ POŻARNA Chester’s Mill WÓZ NR 2. Tłumek zafalował, cofnął się między krzewy, robiąc straży więcej miejsca. Duke skupił się ponownie na Renniem.
– Co tu się stało? Coś wiesz?
Rennie otworzył usta, ale nie zdążył się odezwać, bo uprzedził go Ernie Calvert.
– Na drodze jest jakaś przeszkoda. Nie widać jej, panie władzo, ale jest. W nią uderzyła ciężarówka. I samolot też.
– Właśnie, cholera! – poparł go Dinsmore.
– I Wettington też się z nią zderzyła – dorzucił Johnny Carver. – Całe szczęście, że wolno szła.
Objął ramieniem Jackie, która nadal miała nieprzytomne spojrzenie. Na rękawie kurtki Carvera, naznaczonej hasłem: TANKUJĘ W GAS & GROCERY, widniała plama krwi policjantki. Nie uszło to uwagi Duke’a.
Po stronie Motton zjawił się kolejny wóz strażacki. Pierwsze dwa zablokowały drogę, ustawiając się w literę V. Strażacy już wysypywali się z samochodów, rozwijali węże. Duke usłyszał dobiegający od Castle Rock pulsujący sygnał karetki pogotowia.
A gdzie nasze? Też pojechały na te nieszczęsne ćwiczenia?
Nie podobała mu się ta myśl. Kto przy zdrowych zmysłach wysłałby karetkę do pożaru pustego budynku?
– Wygląda na to, że mamy tu jakąś niewidoczną barierę – zaczął Rennie.
– Tak, to już wiem – stwierdził Duke. – Nie mam pojęcia, co to właściwie ma znaczyć, ale że jest, już zrozumiałem.
Zostawił Renniego samemu sobie i podszedł do krwawiącej policjantki. Nie zauważył, że policzki wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej oblała głęboka czerwień.
– Jackie, przeżyjesz jakoś? – zwrócił się do Wettington.
– Przeżyję. – Dotknęła nosa. Krew ciekła coraz wolniej. – Złamany? – spytała. – Nie czuję, żeby był złamany.
– Nie, jest cały, ale i tak spuchnie. Nie przejmuj się, na zabawie dożynkowej będziesz już wyglądała całkiem dobrze.
Uśmiechnęła się słabo.
– Komendancie – odezwał się Rennie. – Stanowczo powinniśmy zadzwonić do jakichś służb bezpieczeństwa. Jeśli nie do Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, bo to chyba jednak zbyt radykalne posunięcie, to może po policję stanową…
Duke odsunął go na bok. Grzecznie, ale stanowczo. Nieomal odepchnął. Rennie zacisnął pięści, lecz zaraz rozluźnił dłonie. Owszem, przez całe życie raczej sam popychał, niż był popychany, ale zaciskanie pięści tak czy inaczej było dobre dla tępaków, czego doskonały przykład stanowił jego rodzony syn. Tak czy inaczej zniewaga nie pójdzie w niepamięć. I w odpowiednim momencie… Za jakiś czas… A zemsta im dojrzalsza, tym słodsza.
– Peter! – zawołał Duke do Randolpha. – Skontaktuj się ze szpitalem i spytaj, gdzie u licha ciężkiego jest nasza karetka! Ma być tutaj, i to już!
– Morrison się tym zajmie – odparł Randolph. Wziął z auta aparat fotograficzny i zaczął pstrykać zdjęcia.
– Ty się tym zajmiesz, i to natychmiast.
– Szefie, Jackie też może to sprawdzić, a nikt inny…
– Jak będę chciał znać twoje zdanie, to cię o nie zapytam.
Randolph zamierzał obrzucić komendanta spojrzeniem, które by mu wszystko powiedziało, lecz podniósłszy na niego wzrok, tylko odłożył aparat na przednie siedzenie i chwycił telefon komórkowy.
– Jackie, co to było? – odezwał się Duke.
– Nie wiem. Najpierw miałam dziwne wrażenie, jakby mnie przeszedł prąd, trochę tak jak wtedy, kiedy się niechcący dotknie bolców przy wsadzaniu wtyczki do gniazdka. A potem uderzyłam… Kurczę, nie wiem w co.
Od strony gapiów dobiegło chóralne „aaach!”. Strażacy właśnie zaczęli lać wodę na płonącą ciężarówkę. Silne strumienie spadały na ogień, ale za rozbitym samochodem od czegoś się odbijały, rozbryzgiwały na boki i tworzyły w powietrzu tęczowe łuki. Duke w życiu nie widział nic podobnego. Chociaż… trochę to przypominało myjnię samochodową, kiedy człowiek obserwuje strumienie wody pod dużym ciśnieniem na przedniej szybie.
Potem zobaczył tęczę również po stronie Mill. Ta była niewielka.
Jedna z patrzących, Lissa Jamieson, bibliotekarka, ruszyła w ich stronę.
– Lissa, stój! – krzyknął Duke.
Udała, że nie słyszy. Szła jak zahipnotyzowana. Zatrzymała się dosłownie kilka centymetrów od miejsca, gdzie strumień wody pod ogromnym ciśnieniem uderzał w powietrze, rozłożyła ramiona. Komendant widział, jak wilgotnieją jej włosy ściągnięte w koński ogon. Tuż za jej plecami zamigotała kolejna tęcza.
– Tyle wody z tamtej strony, a tutaj prawie nic! – zawołała Lissa entuzjastycznie. – Mgiełka jak z nawilżacza!
Peter Randolph podniósł wysoko rękę z telefonem i pokręcił głową.
– Mam sygnał, ale nie mogę się połączyć. Pewnie dlatego że wszyscy dzwonią. – Zatoczył ręką szeroki łuk. – Ciągle zajęte.
Duke nie wiedział, czy to możliwe, ale rzeczywiście, chyba wszyscy gapie mieli w rękach telefony, jedni gadali, inni robili zdjęcia, tylko Lissa nadal udawała nimfę wodną.
– Idź ją przyprowadź – polecił Randolphowi. – Zabierz ją stamtąd, zanim wyciągnie kryształy albo coś w ten deseń.
Randolph przybrał wyraz twarzy, który mówił wyraźnie, że takie polecenia są stanowczo poniżej jego szarży i godności, ale poszedł.
Duke się roześmiał. Głośno i serdecznie.
– Co w tym śmiesznego, na litość boską? – zirytował się Rennie.
Po stronie Motton zatrzymywało się na drodze coraz więcej wozów policyjnych z powiatu Castle. Jeżeli Perkins nie zapanuje nad sytuacją, kontrolę przejmie Rock. A potem wyciągnie profity.
Duke ucichł, lecz ciągle miał uśmieszek na ustach. Całkiem wyraźny.
– Niezła rozpsiajucha – powiedział. – Tak byś to nazwał, co? A ja się nauczyłem, że czasami jedynym sposobem na poradzenie sobie z rozpsiajuchą jest śmiech.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi! – odparł Rennie zbyt głośno.
Synowie Dinsmore’a odsunęli się od niego, stanęli bliżej ojca.
– Wiem, wiem – powiedział Duke. – Nie szkodzi. Na razie wystarczy, żebyś pamiętał, kto tu dowodzi. Ja. Przynajmniej dopóki nie zjawi się szeryf powiatu. A ty jesteś radnym miejskim. Nie odgrywasz tu żadnej oficjalnej roli, dlatego proszę, żebyś się cofnął.
Pod koniec zdania Duke podniósł głos i wskazał miejsce, gdzie Henry Morrison rozciągał żółtą taśmę, omijając dwa większe szczątki samolotu.
– Proszę państwa, proszę się odsunąć, pozwolić nam pracować. Proszę iść za radnym Renniem. Zaprowadzi państwa za żółtą taśmę.
– Duke, wcale mi się to nie podoba – przestrzegł go Rennie.
– Bóg z tobą. W ogóle mnie to nie obchodzi – oznajmił Duke. – Zejdź z miejsca zdarzenia. I uważaj na taśmę. Nie chciałbym, żeby Henry musiał ją przytwierdzać po raz drugi.
– Komendancie, zapamiętaj sobie, jak się dzisiaj do mnie odnosisz. Bo ja tego nie zapomnę.
Rennie odszedł sztywnym krokiem, za nim ruszyli inni. Większość oglądała się przez ramię, spoglądała na delikatną mgiełkę przesączającą się przez barierę umazaną ropą, formującą na jezdni wilgotną linię. Kilkoro co bystrzejszych, między nimi Ernie Calvert, zdało sobie sprawę, że owa linia pokrywa się dokładnie z granicą między Motton a Mill.
Duży Jim Rennie czuł ogromną pokusę, by po dziecinnemu złośliwie zerwać taśmę starannie rozciągniętą przez Hanka Morrisona, ale się powstrzymał. Jednak nie zamierzał jej obchodzić dookoła i dopuścić do tego, żeby do jego eleganckich spodni, za które zapłacił sześćdziesiąt dolarów, poprzyczepiały się rzepy. Przeszedł pod plastikiem, przytrzymując go jedną ręką. Kosztowało go to nieco trudu, bo wydatny brzuch utrudniał ruchy.
Duke wolnym krokiem zbliżył się do miejsca, gdzie Jackie z czymś się zderzyła. Jedną rękę miał wyciągniętą przed siebie, jak ślepiec szukający drogi w nieznanym pomieszczeniu.
Tutaj upadła… a tutaj…
Poczuł ciarki, tak jak mówiła. Tyle że zamiast minąć, szybko zmieniły się one w palący ból po lewej stronie klatki piersiowej. Czasu starczyło mu tylko na to, by przypomnieć sobie ostatnie słowa Brendy: „Uważaj na rozrusznik”. Zaraz potem urządzenie eksplodowało mu w piersiach z taką siłą, że rozerwało koszulkę z logo drużyny Wildcats, którą włożył na siebie tego dnia, by uczcić popołudniowy mecz. Krew, strzępy bawełny i kawałki ciała uderzyły w barierę.
Z ust patrzących wyrwało się zgodne „aaach!”.
Duke chciał wymówić imię żony. Nie zdołał, ale w myślach wyraźnie ujrzał jej twarz. Uśmiechniętą.
A potem ciemność.
Opowiadania Mastertona powstałe w latach 2000 – 2004, zebrane w jednym tomie.
Masterton przestrzega w nich m.in. przed korzystaniem z fast foodów, ukazuje kobietom koszty odchudzania się za wszelką cenę, przedstawia prawdziwe oblicze Świętego Mikołaja – a wszystko to w typowy dla siebie sposób: zaskakując, strasząc, bawiąc i ucząc.
Szczególną uwagę zwraca opowiadanie o odchudzaniu. Chęć bycia chudą za wszelką cenę kończy się śmiercią i … tłustym żukiem w toalecie. Podobnie jak miłość, którą rozumie się jako całkowitą jedność. Takie uczucia według Mastertona są niszczącą siłą. Nie dziwi więc fakt, że opowiadanie, które właśnie o tym mówi kończy się zjadaniem męża przez żonę.
Upiory, duchy i strzygi również pojawiają się w tych opowiadaniach. Jednak są one uzasadnione naukowo – czy to psychologicznie czy też w inny racjonalny sposób. Dorosły facet ciągle słyszy krzyk dziecka. Dopiero po pewnym czasie dowiaduje się, że te duchy to jego traumatyczne wspomnienie z mrożącego krew w żyłach dzieciństwa.
Doskonały język Mastertona tylko dodaje temu wszystkiemu animuszu. Doskonały humor przeplata się z najwyższej jakości grozą, jaka panuje w każdej opowieści.
Która jest najlepsza? A która najgorsza? Myślę, że wszystkie trzymają poziom, który daje dużo radości. Polecam – choć opowiadania są dostępne tylko na bibliotecznej półce.
Po przeczytaniu “Błyskawicy” badanie świata twórczości Mastertona jest coraz bardziej wciągająca. “Anioł Jessiki” udowadnia, że autor ma dar do tworzenia opowieści różnego rodzaju.
Osierocona przez rodziców Jessika zamieszkuje z dziadkami w starym domu. Tragiczne przejścia powodują, że zaczyna wierzyć w pełen magii świat wróżek, stając się w szkole obiektem drwin i prześladowań. Kiedy potrącona spada ze schodów i traci przytomność, po przebudzeniu zaczyna słyszeć głosy błagające o pomoc. Za tapetą z wyblakłymi śladami krwi odkrywa niezwykły świat. Próbując rozwikłać jego zagadkę, wpada w wir wydarzeń. Strzeże jej kamienny anioł.
Masterton przedstawia nam niesamowicie barwny świat, który przypomina znane nam z dzieciństwa baśnie i ludowe opowieści. Przechodzimy do niego przez tapetę, która sama w sobie stanowi magiczną mozaikę skrywającą tajemnicę domu Jessiki.
Ma autor wyobraźnię – nie ma co. Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że historia Mastertona znanego jako pisarz opowieści grozy nie przeraża. W finale udowadnia, że niektóre uczucia dają nadzieję na lepsze jutro.
Doskonała narracja trzyma w napięciu do samego końca. Długie opisy stworzonej przez Mastertona krainy robią niebywałe wrażenie i wbrew pozorom nie nudzą
Masterton nie zamyka się w jednym gatunku. “Anioł Jessiki” pokazuje, że ma chłop talent, który niestety rozmienia na drobne. To jednak warto przeczytać.
“Anioł Jessiki”
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2008
Mimo, że wielu odpada przy tej książce w połowie, trzeba przyznać, że psychologiczna gra Kinga jest iście imponująca.
Perwersyjna gra erotyczna Geralda zmienia sie w dwudziestoośmiogodzinny horror, a półnaga Jessie zostaje sama z tym, co czai się w mroku – w mroku lasu za oknem, mroku zaćmienia, mroku jej samej. Potwory z najgorszych koszmarów przypuszczają atak na bogu ducha winną kobietę. A śmierć czai się za rogiem…
King w “Grze Geralda” pokazuje, że horror sam w sobie nie jest jedynym gatunkiem, który umie on uprawiać. Psychologiczna gra z czytelnikiem również nie jest mu obca.
Jak to jest być samemu z trupem koło łóżka w posiadłości przy lesie – wie tylko Stephen. Nastrój grozy rośnie w miarę czytania. I choć taki wewnętrzny monolog może wielu zanudzić, to właśnie on jest w całej książce najlepszy. Płacz Jessie molestowanej przez ojca i wykorzystywanej przez Geralda słychać jeszcze długo. A ręce przykute do łóżka będą boleć do końca.
Jedna z bardziej niezdrowych opowieści Kinga. Jednak apetyczna.
Debiutancka powieść Orbitowskiego podoba się tak bardzo, że nic tylko ją chrupać, chrupać, chrupać i jeszcze raz chrupać. I co z tego, że jest książką, a nie wafelkiem
W życie Giełdziarza, krakowskiego pirata, za sprawą przypadkowo znalezionej układanki, wkraczają siły nadprzyrodzone… i rudy kot. Jedno zdanie nie opowiada całej historii, jednak wystarczy, by zacząć chwalić debiutancką powieść Orbitowskiego.
Gatunek – horror realistyczny. Znajdziemy tutaj coś z Kinga, Lovecrafta i paru innych autorów. Jednak najciekawsz jest sam Orbitowski. Bezkompromisowy, ciekawy i umiejący nas przestraszyć.
Bohaterowie “Horror show” są z krwi i kości – prawdziwi, nieudziwnieni. To ludzie, jakich spotykamy codziennie gdzieś obok nas. Miejsca – znane, uniwersalne, sentymentalne. Czegóż chcieć więcej? Oczywiście polski klimat mógłby być ciekawszy, jednak nawet wejście do UE nie poprawi minusów zauważanych przez Orbitowskiego.
Zachęcony recenzją “Przekroju” sięgnąłem po “4 pory mroku” Pawła Palińskiego. Zawiodłem się – ale tylko troszku.
Porównywanie Palińskiego do Kinga jest sporym nadużyciem. O ile zgodzę się z przekrojowym stwierdzeniem, że “zło świata nijak ma się do piekła zakorzenionego w samym człowieku”, o tyle nie jest to powód by szukać w 10 opowiadankach polskiego autora podobieństw do amerykańskiego guru. Nie chce zapewne tego sam Paliński, który odrzuca pisanie wstępu do książki (czego nigdy nie zrobiłby King).
Piękne pierwsze opowiadanie zapowiada ciekawą podróż przez mroki ludzkiego bytu. “Fair play” ma wszystko, czego opowiadaniu z dreszczykiem trzeba. Podobnie jest z “Gniazdem os”. “”Pięć minut przed końcem lata” ma w sobie coś ciekawego, co powinno owocować ekranizacją takich opowieści. Reszta jednak nie jest już taka dobra.
Paliński umiejętnie dobiera słowa nie wystawiając cierpliwości czytelnika na próbę. Mimo że nie wszystkie opowiadania są super warto zapoznać się ze świeżym spojrzeniem na grozę w polskim wydaniu.
What The Kids Are Eating of the Day: Ruled not good enough by America’s largest fast-food chains, the so-called “pink slime” — meat and meat by-products treated with ammonia — is still A-OK by U.S. Department of Agriculture standards.
McDonald’s, Burger King, and Taco Bell were all persuaded to stop using ammonia-treated meat after the practice of rinsing dog-grade meat with ammonia to wash away harmful bacteria was brought to the attention of consumers by celebrity chef Jamie Oliver.
“We’re taking a product that would be sold in its cheaper form for dogs,” said Oliver on his TV show Food Revolution. “After this process, we can give it to humans.”
But a USDA spokesman said there were no plans to stop using pink slime as part of the national school lunch program.
“The U.S. Food and Drug Administration as well as the Food Safety and Inspection Service considers ammonium hydroxide as ‘generally recognized as safe,’” said the spokesman, Aaron Lavallee. “FSIS reviewed the suitability of Beef Products Inc.’s use of ammonium hydroxide in order to assess its effectiveness in performing the intended technical purpose of use, at lowest level necessary, and to ensure that the product is not adulterated or misleading to consumers.”
However, since ammonia beef falls outside the jurisdiction of federal labeling requirements, parents have no way of knowing what exactly is being served to their kids.
ACTA jest bardzo dobre, popieram, i będę głosował za ACTA natychmiast, jak tylko pojawi się w parlamencie. Ci młodzi ludzie nic nie rozumieją. Demonstrują z symbolami Polski Podziemnej. Ludzie ginęli na gestapo, w Oświęcimiu ginęli pod tymi symbolami! Jeśli ktoś w takiej sprawie wynosi symbole Polski Podziemnej to jest idiotą i nie należy z nim w ogóle dyskutować