Skandynawski kryminał ma się dobrze. Trzyma poziom i zaskakuje nowymi pomysłami, lub też reanimacją znanych już chwytów rodem z tej zimnej krainy. Nie inaczej jest w “Uzasadnionej wątpliwości”.
Tym razem rzecz jest o prawniku. Mikael Brenne zajmuje się reprezentowaniem w sądzie drobnych złodziejaszków. Gdy w biurze zjawiają się ubrani w drogie garnitury Serbowie, nadarza się szansa wydostania firmy z finansowych tarapatów. Prawnik skwapliwie wykorzystuje okazję.
Interes życia szybko okazuje się pułapką. Mikael jest coraz bardziej uwikłany w ciemne sprawki swoich klientów. Przerażony pragnie zakończyć współpracę, jednak okazuje się, że na to już za późno. Jak daleko może posunąć się prawnik, aby odzyskać wolność? Dalej, niż ktokolwiek potrafiłby sobie wyobrazić…
Akcja toczy się szybko – tak jak seks, który główny bohater uprawia namiętnie, aczkolwiek bez wyraźnego delektowania się. Tygiel kulturowy, który początkowo dogadywał się – zaczyna wrzeć i do końca nie wiemy, kiedy wybuchnie. Widzimy jednak, jak wielkie szkody dzieją się, gdy to następuje.
Świat palestry oszołamia swoją wielkością, powiązaniami i zwyczajami. Lepiej niż zapijaczeni detektywi orientują się w wielu sprawach, jednak inne ich grzeszki i grzechy powodują, że tracimy do nich sympatię. Niemniej jednak ciekawie czyta się o sprawach kryminalnych z punktu widzenia prawnika. Coś nowego w gąszczu detektywów i policjantów.
Chris Tvedt stara się – podobnie zresztą jak Mankell – powiedzieć, że niektóre zmiany następujące w jego kraju nie są dobre. Czy jednak ktoś usłyszy jego wołanie ponad ciekawą historią? Wątpię.
Prokuratorzy wojskowi, w związku z możliwym odnalezieniem szczątków Tu-154M, przesłuchali czterech samorządowców ze stołecznego Ursynowa, którzy byli z wizytą w Smoleńsku. Mężczyzna posiadający szczątki samolotu mówił, iż odkupił je od zbieraczy złomu, którzy je “ocalili”.
Nie on jeden pokazał, że ma w sobie manię zbieractwa, kolekcjonowania rzeczy, które z pozoru wartości nie mają. W tym wypadku chodzi zapewne o symbol – dla wielu ważniejszy niż słynny krzyż. Pewnie w Polsce takich zbieraczy – kolekcjonerów jest więcej. Dlaczego to robią? Jak to się zaczyna? To tylko dwa pytania, na które odpowiedzi udziela Krzysztof Pomian w swojej książce “Zbieracze i osobliwości”.
Wędrujemy drogą, która posiada wiele wąskich uliczek. Niektóre z nich są tak długie, że Pomian tematu nie wyczerpuje, inne zaś mają ślepy zaułek, z którego trudno się wydostać. Obserwujemy proces powstawania muzeów – wszak na kartach książki pojawiają się co chwila. To one są symbolem zbieractwa, które do dzisiaj uprawiają ludzie na całym świecie.
Choć autor przedstawia przykłady z Włoch i Francji już widzę, że droga, którą kroczy jest schematem pozwalającym śledzić historie na terenie innych krajów. Ciekawie Pomian pokazuje granice pomiędzy kolekcjonowaniem prywatnym a państwowym.
Co zbiera się u Pomiana? Rzeczy, o których nie moglibyśmy pomyśleć, że nadają się do kolekcjonowania. I w tym miejscu pojawia się pytanie, czy to aby nie choroba? Czy to nie rak, który trawi zbieracza ginącego powoli w swojej kolekcji? Ważniejszej niż on sam, rodzina i otoczenie?
Pomian oprócz trafnych odpowiedzi stawia pytania, z którymi pozostajemy po lekturze. Odwiedzenie muzeum nigdy już nie będzie takie samo.
Lektura obowiązkowa.
Krzysztof Pomian, “Zbieracze i osobliwości”, Słowo Obraz Terytoria, 2012.
Media Rodzina po dobrym tłumaczeniu “Pinokia” serwuje wiernym czytelnikom kolejny diament. Chodzi mianowicie o baśnie rosyjskie pod tajemniczym tytułem “Czarna kura”.
Klimat naszego wschodniego sąsiada zachowany został już w edytorskim układzie książki. Litery przypominające cyrylicę, obrazy wielkie i potężne jak cerkiewne ikony czy twarze czerwone od mrozu i nie tylko – to szczegóły, dzięki którym przenosimy się do Rosji czasów carów i … niezwykłych zdarzeń. Przy nich “Mistrz i Małgorzata” to pikuś.
“Czarna kura” to zbiór pięciu znanych baśni rosyjskich autorstwa najznakomitszych pisarzy: Czechowa, Puszkina, Gogola i Pogorielskiego powstałych na przełomie XVIII i XIX wieku. Znajdziemy tu takie utwory, jak: “Kasztanka”, Antoniego Czechowa, “Nos”, Mikołaja Gogola, “Jarmark w Soroczyńcach”, Mikołaja Gogola, “Bajka o carze Sałtanie, o jego synu…”, Aleksandra Puszkina.
Nie są to opowieści całkowicie wesołe. Dużo jest łez, cierpienia i strachu, który dotyka przede wszystkim słabych i najmłodszych bohaterów. Mróz, wychowanie bez rodziców w wrogim środowisku to tylko niektóre z przykładów wywołujących konsternację u młodego odbiorcy.W ilustracjach Giennadija Spirina, z pochodzenia Rosjanina widać realistyczne detale z odległej epoki. To jednak nie zmniejsza – a tylko powiększa wielkość krzywd opisanych w baśniach.
Mistrzowie pióra XIX wieku nadal poruszają problemy aktualne nawet dla współczesnego odbiorcy. Kłamstwo nie popłaca, każdy kij ma dwa końce czy prawie wszystko kończy się dobrze – to niektóre z haseł, jakie są wnioskiem płynącym z lektury.
Rosja to ciekawy kraj. Z “Czarną kurą” wydaje się być jeszcze ciekawszy.
“Czarna kura. Baśnie rosyjskie”, Media Rodzina, 2012.
Małgorzata Strękowska – Zaręba to autorka, która uczyła już dzieci liczyć, czytać. Razem z nią poznawaliśmy przygody Emilka oraz rozwiązywaliśmy trudne detektywistyczne zagadki. Teraz nadszedł czas na bohatera, który nie należy do najgrzeczniejszyc. Okropny Maciuś wkracza do akcji.
Maciuś – podobnie do opisywanego wcześniej Emila ze Smalandii, ma niebieskie oczy, kręcone włosy i zadarty nos. Wygląda jak aniołek, ale jest naprawdę okropny… Tymczasem w domu Okropnego Maciusia pojawia się Namolna Niania, trucicielka moli, która twierdzi, że nazbyt żywego chłopca trzeba utemperować. Jak jednak głosi jego ksywka – Okropny Maciś nie da się manipulować.
Wypowiada wojnę, w której jest piratem (dobrym oczywiście) i walczy z podstępnym kapitanem i dowódcą bandery, która wiele traci na jego rządach. Przewraca nianię, straszy ją i wymyśla pułapki, których nie powstydziłby się kapitan Jack Sparrow. Wszystko po to, by niania poszła sobie i już nikogo nie temperowała. Ok – temperować może, nie Maciusia jednak.
W książce znajdziemy charaktery, które często możemy zobaczyć na polskim podwórku. Przywódcy, szare myszki, ważniaki czy osiłki rodzą się już na starcie. Z wiekiem utrwalają w sobie cechy negatywne, które obserwować można w wieku dorosłym.
Autorka nie pozostawia recepty na walkę z nimi. Jedynie sugeruje – i to też nie wprost, co można zrobić, by było lepiej. Przede wszystkim bowiem “Okropny Maciuś” to książka, która bawi. Dzieci lubią słuchać o kimś, kto jest gorszy od nich samych. A przy tym cały czas uśmiechnięty.
Niepozorna książeczka sprawi wiele radości swoim nabywcom. Warto.
Małgorzata Strękowska-Zaremba, “Okropny Maciuś i namolna niania”, Nasza Księgarnia, 2012.
Krótka aczkolwiek niezwykła opowieść o pewnej krowie, której marzeniem było…
Codziennie rano już przy dojeniu Matylda niecierpliwie wyglądała na podwórze. Było bowiem coś, co krowa Matylda kochała nad życie. Był to … listonosz, który codziennie odwiedzał jej gospodarstwo, chociaż nigdy nie miał dla niej paczki czy nawet małego listu.
“Krowa Matylda na czatach” to ciekawa książka o zawadiackiej krowie, przeganianym listonoszu i gospodyni, która chciałaby dostawać niezniszczone paczki mieści się na kilkunastu stronach książki. To jednak duży atut opowieści, którą można czytać już z małym – rocznym – dzieckiem. Sugestywnie narysowane obrazki z dobrze dobranym tekstem powodują, że radość z lektury i oglądania jest podwójna.
Krowa dobrym bohaterem literackim? Okazuje się, że poczciwa krasula w kolorze zebry da się lubić, a jej imię zapada w pamięć. To już nie tylko zwierzę dające mleko a inteligentna i dążąca do celu bestyjka. I jeszcze sprawnie rozdaje listy oraz paczki.
“Krowa Matylda na czatach”, Alexander Steffensmeier, Media Rodzina, 2012.
Hanna Szymanderska zmierzyła się (z pozytywnym skutkiem) z tematem, który nurtuje wielu. Mianowicie – co jadali wielcy tego świata? Czy miało to wpływ na ich nietuzikowe kariery?
“Dania z anegdotą” to książka, w której przepisy połączone są z opowieściami dotyczącymi danej potrawy. Zaczynamy więc od sosów, poprzez sałaty, drób, ryby, przekąski, na deserach kończąc. Czytamy więc o naleśnikach a la Gundel nadziewanych masą orzechowo-migdałową, polane czekoladą i koniakiem. Ślinka cieknie nam na myśl o Stroganowie, który nazwę wziął od rodowego nazwiska rosyjskich bojarów. Mamy też dania, w których głównym składnikiem … jest przyprawa. Więc nie dziwmy się, gdy czytamy o curry z bakłażanem czy baraniną.
Miało być jednak o wielkich, sławnych i bogatych. Czytam więc ze smakiem o Chateaubrandzie, który był wielbicielem jedzenia wykwintnego i drogiego. Jego przepis na ziemniaki już sam w sobie jest daniem głównym i deserem – w naszych warunkach możemy dodać do niego jakiegoś smażonego mięsiwa.
Dobry musi być karp a la Pomian, którego nazwa pochodzi od autora – Edwarda Pożerskiego, który był uznanym autorytetem jeśli chodzi o kuchnię we Francji. Jest i zupa hrabiego Rumforda zaskakująca znakomitymi połączeniami i smakiem, który czuć z kart książki. Wszystko to opisane i wplecione w plotki z wielkiego świata, którego już nie ma.
Każdy przepis – choć niektóre mają już trochę lat da wykonać się we współczesnej kuchni. To doskonała odskocznia od tradycyjnych schabowych. Wielu twierdzi wręcz, że potrawy te są zdrowsze niż nasze współczesne. Cóż – jeść coś, co mógł wcinać Napoleon – bezcenne… Polecam na majówkę – niekoniecznie z grilla.
Hanna Szymanderska, “Dania z anegdotą”, Świat Książki, 2012.
Kiedyś, kiedy jeszcze nie było Internetu, albumy bogato ilustrowane zdjęciami pozwalały nam poznawać życie w Afryce, Brazylii czy Australii.
Zapach kredowego papieru, po którym krążył palec pokazujący mieszkańców Nowej Zelandii, zwierzęta z afrykańskiego buszu czy lasów równikowych pamięta zapewne wielu. Potem przyszedł czas szybkiej informatyzacji życia, która wszystko wrzuciła do sieci. Wspomnienia jednak pozostały.
Budzi je do życia Świat Książki, który niedawno wypuścił na rynek serię albumów zawierających niesamowite zdjęcia z “Sawanny”, “Lasów równikowych” oraz “Mórz i oceanów”. Wzajemnie uzupełniając się książki te dają nam obraz świata, który przez zmiany klimatyczne kurczy się i sprawia, że wiele gatunków możemy podziwiać już tylko na fotografii.
Oglądamy więc sawanny wschodniej Afryki, na których spacerują sobie nosorożce spiczasto i tęponose. Widzimy sprawne koziołki skalne, które jako nieliczne ze zwierząt partnera/partnerkę wybierają sobie raz na całe życie.Są i psy dingo prześladowane przez hodowców owiec, a uwielbiane przez dzikie plemiona.
W lasach równikowych poznajemy drzewołaza karłowatego, który skrzek składa na liściach. Widzimy indrysy – hałaśliwe duchy drzew, które przypominają bohaterów współczesnych filmów animowanych dla dzieci. Są i też dzikie koty, bez których trudno wyobrazić sobie te tereny.
Na koniec zostawiamy “Morza i Oceany”, które zajmują największą powierzchnię ziemi. Ile bogactwa kryją w sobie zobaczymy zapewne w małej części, ponieważ trudno zmieścić wszystko na ograniczonej liczbie stron. Są więc rafy koralowe, matronicowe, omułki czy morza Arktyki.
Co łączy te trzy albumy? Przede wszystkim dobrze dobrane zdjęcia i tekst, który stanowi dobry wstęp do dalszego poszerzania naszej wiedzy z zakresu tych zróżnicowanych biotopów. Wszystkie zwierzęta pokazano w ich naturalnym środowisku – przeglądając więc te książki z dwuletnim prawie synem – wiem, że większość gatunków na żywo zobaczy w ZOO albo … tylko na zdjęciach.
Co ciekawsze pojęcia czy informacje z historii wzięte zostały w osobne ramki, co czyni te trzy książki także użytecznymi podręcznikami do szkoły. Żegnaj wikipedio, żegnaj Internecie! Nareszcie coś z jajem.
“Morza i oceany”; “Sawanny”; “Lasy równikowe”, Świat Książki, 2012.
Według Encyklopedii zapiekanka w podstawowym znaczeniu jest to rodzaj jednogarnkowej potrawy – mieszaniny różnych produktów (makaronów, mięsa, jarzyn, serów) zapiekanych razem w piekarniku, często z dodatkiem sosów.
Książka wydana nakładem Świata Książki pokazuje, że sposobów na jej przyrządzenie może być tyle, ilu gości zdołamy usadzić przy jednym stole. Na dodatek wszyscy najedzą się i mile będą wspominać wieczór spod znaku zapiekanki właśnie.
Moim faworytem jest zapiekanka z owocami morza. Szybka, zdrowa i niesamowicie prosta w przygotowaniu nadaje się na wtorkową kolację i niedzielny obiad pod krawatem. Podobnie zresztą jak ogórkowa zapiekanka z krewetkami, które po przyrządzeniu rozpływają się w ustach nawet największych wrogów śliskich i ohydnych morza owoców.
Dlaczego kupować książkę tylko o zapiekankach? Ano dlatego, że w przeciwieństwie do innych przepisów nauczą się je robić zarówno żeńskie jak i męskie pierwiastki każdego domu. Dzięki temu na wielu polskich stołach zagoszczą dania z owocami morza, ryżem, serem czy składnikami, które przyjdą nam do głowy. Żegnaj kotlecie mielony! Zapiekanki nadchodzą!
Ręka Flauberta to książka o mężczyźnie, który urodził się w Normandii w roku 1821 i po pewnym czasie, w tajemniczych okolicznościach, zajął się rzemiosłem skrajnie niebezpiecznym i trudnym: został pisarzem.
Nic dziwnego, że autorka – Renata Lis, chwalona jest za tę książkę jak ostatnio żaden pisarz w Polsce. Widać wyraźnie, że jej praca – polegająca głównie na badaniu niewydanych w Polsce pism autora oraz szczegółów jego życia nie poszła na marne.
Zaczynamy więc o ręki, która do końca życia szpeciła bohatera książki. Jeden wypadek zaważył na tym, że znający francuskiego pisarza kojarzą go właśnie z tym szczegółem z paszportu, w którym widniał taki oto zapis: „znak szczególny: oparzenie na prawej ręce”.
Widzimy słynną wypchaną papugę, która do dzisiaj znajduje się w Muzeum Medycyny w Rouen. Tam też oglądać można jedną izbę, która w całości poświęcona jest autorowi “Salambo”. Należy jednak wcześniej zorientować się, czy opiekunowie tego miejsca mają zamiar je otworzyć. Przebywając w tym mieście dwa razy natrafiałem na zamknięte drzwi i jakikolwiek brak informacji o przyczynie.
Wróćmy jednak do Flauberta Renaty Lis. Bowiem jak w każdej próbie odtworzenia życia pisarza mamy do czynienia do pokazywania go wedle swoich teorii, opinii i przemyśleń. Jest więc autor “Pani Bovary” pracoholikiem, który namiętnie kocha kobiety i widzi upadek cywilizacji. Przeciwnik całkowitego oddania się we władanie maszynom daje do myślenia – czy postęp, nawet obecny, może być prowadzony po trupach?
Kolejne rozdziały książki to uzupełniające się eseje pokazujące nam pisarza, jakiego nie znamy. I choć on tylko do dzisiaj jest równie popularny co kiedyś, to w Polsce wiedza o nim dawkowana jest stopniowo. Dlatego warto przeczytać pierwszą tak pełną książkę Renaty Lis.
Kądziel to w przemyśle włókienniczym pęk włókien (lnianych, konopnych lub wełnianych) do przędzenia, umocowany na krążku przęślicy lub kołowrotka. Podobnie jest w powieści napisanej przez Marię Rodziewiczówną – powieści pod tym samym tytułem.
Wielu badaczy nie podchodzi do tej ani do innych książek pisarki z odpowiednią powagą. Nie pomylę się pisząc, że dla wielu Rodziewiczówna to taka pozytywistyczna Szczuka połączona z Coehlo. Dużo rad ubranych w słowa jednak bez szans na zastosowanie w życiu codziennym. I jeszcze to wielbienie Polaków i Polskości – jak napisał jeden z internautów – coś na wzór Radia Maryja i Naszego Dziennika. O zgrozo…
Mało jednak kto chce pamiętać, że Rodziewiczówna zgodnie z hasłami pozytywizmu sama potrafiła o siebie zadbać. Zarządzała niemałym majątkiem, pisała i pomagała wszystkim, którzy tej pomocy potrzebowali. Jej książki ówcześnie były bestsellerami, a ich jakość pozostawała zgodna z duchem epoki i poetyką.
Tak samo jest w przypadku “Kądzieli”. Taida Skarszewska – pewnie porte parole pisarki – musi utrzymać ogromne gospodarstwo. Jednak dla kobiety to same problemy. Trudno jej obrobić pole, siać i zbierać. Ma jednak kobieta silny charakter – potrafi walczyć o swoje – to jednak nic nie daje w czasach, gdzie liczy się pierwiastek męski.
Zaczyna więc bohaterka kombinować i w sieci powiązań i wzajemnej kobiecej pomocy widzi swoją siłę. Tylko razem mogą sobie poradzić bohaterki tej i innych powieści Rodziewiczówny. Czy sobie radzą? Przeczytać można w “Kądzieli”, jak i w “Pożarach i zgliszczach” czy “Klejnocie”.
Dobra i pełna pozytywistycznego optymizmu powieść, która uzupełnia wydawnicze braki na księgarskich półkach. Cieszę się, że wydawnictwa wracają do autorów, którzy powinni być ocaleni od zapomnienia.
Wydawnictwo Bosz minimalistycznie ale i skutecznie prezentuje naszą skromną ojczyznę w wydanym przez siebie przewodniku “Euro – miasta i areny w Polsce”.
Warszawa, Poznań, Kraków, Gdańsk i Wrocław będą gościć piłkarzy i kibiców. Czy są na to przygotowani? Bosz proponuje nam krótki acz konkretny przewodnik po tych stolicach europejskiej piłki w 2012 roku.
Mamy więc krótkie charakterystyki miast, ważne adresy i telefony oraz areny, na których rozgrywane będą mecze. Wszystko to ozdobione jest dobrymi jakościowo zdjęciami pomagającemu zlokalizować się zagranicznemu turyście. To ważne, bo Euro swoją drogą a Polska swoją i nie do końca wierzę, że wszystko będzie zapięte na ostatni guzik.
Tekst opisujący jest esencją tego, co każdy o danym mieście – jego historii i zabytkach wiedzieć powinien. To dobra książeczka dla wolontariuszy, którzy chcą budować chwałę polskiego imienia za darmo. Gdy turysta zapyta się ich o dobrą restaurację, autobus czy toaletę – ta ściąga może im pomóc.
Edytorski majstersztyk jest też ciekawym prezentem dla każdego kibica. Wiadomo wszak, że Euro nie zdarza się w Polsce często, tyle stadionów i dróg również nie buduje się co roku. Pod ręką warto więc mieć takie wydawnictwo w kolorze najlepszej murawy.
Użyteczne, tanie i skuteczne. Książka, która choć na chwilę powoduje wzrost narodowej dumy.
“Euro miasta i areny w Polsce – przewodnik”, wydawnictwo BOSZ, 2012.
Bear Grylls – nieustraszony podróżnik znany z kultowego programu Discovery Szkoła przetrwania, człowiek, który potrafi przeżyć w najbardziej niegościnnych regionach ziemi, zdobywca Mount Everestu i autor poradników survivalowych.
W najnowszej książce dzieli się swoim doświadczeniem. Radzi, jak realizować swoje pasje. Opisuje ekscytujące zabawy i sporty outdoorowe.
Dowiedz się więcej o: latawcach, surfingu, speleologii, nurkowaniu, kitesurfingu, pieszych wędrówkach,
sztuce obozowania, raftingu, budowaniu domów na drzewie, wspinaczce wysokogórskiej i orientacji w terenie.
Najwyższy czas odkryć, jak to robić! Ta książka jest dla osób, które nie lubią siedzieć w domu.
“Euro. Miasta i areny w Polsce” to pierwsze wydawnictwo pozwalające poznać wszystkie rodzime stadiony mistrzostw Europy w piłce nożnej, a zarazem niesztampowy przewodnik po innych atrakcjach miast-gospodarzy. Książkę uzupełniają efektowne fotografie aren. Jednym z jej autorów jest Tomasz Ławecki, twórca biografii legendarnego trenera Kazimierza Górskiego.
W “Euro” każdy znajdzie coś dla siebie: miłośnik piłki nożnej poszukujący dokładnych informacji na temat mistrzostw, turysta, który chciałby skorzystać z atrakcji okolicy i miło spędzić czas, a także przeciętny mieszkaniec jednego z czterech miast organizatorskich, pragnący zdobyć najważniejsze informacje o stadionach. Areny przedstawione zostały w sposób przekrojowy, z uwzględnieniem danych technicznych i praktycznych. Zawarte są tu opisy dotyczące procesu powstawania stadionów, ich projektów i historii, a także liczby miejsc dla niepełnosprawnych czy dostępnych miejsc parkingowych.
Kibice znajdą w książce dokładne informacje na temat dat i godzin rozpoczęcia meczy mistrzostw Europy w piłce nożnej, przejrzyste tabele spotkań grupowych, uporządkowane informacje na temat stref kibica oraz czytelne mapki dojazdowe do stadionów i plany, łącznie z informacjami o numerach autobusów dojeżdżających z dworca.
Z kolei dla turystów pragnących zobaczyć coś więcej niż mecze, przewodnik zawiera niezbędne informacje o zabytkach i atrakcjach okolicy.
Porady gdzie się udać, znajdą tu dla siebie zarówno amatorzy aktywnego spędzania wolnego czasu, którzy preferują sport, jak i ci zainteresowani kulturalnym obliczem miast.
Książka dostępna będzie w kilku wersjach językowych: polskiej, angielskiej, francuskiej, niemieckiej i greckiej.
Iran to kraj, w którym jest jeszcze wiele tajemnic, o których nie dowie się świat. Jasmin Darznik urodzona w tym kraju przez jedno zdjęcie doszła do opowieści, która każe się zastanowić nad tym, czy z dziećmi warto postępować uczciwie cały czas – a nie dopiero po latach.
Życie kobiety w Iranie jest warte połowę tego, co życie mężczyzny. To powiedzenie, które krąży w sieci jest aktualne nawet teraz – kiedy kończę czytać “Irańską córkę”. Mąż, który przyłapie swą żonę na uprawianiu miłości z innym mężczyzną, może ich zabić. W przypadku udowodnienia zdrady małżeńskiej, kobieta może być wydana na śmierć przez ukamienowanie. To tylko jedno z wielu praw, dzięki którym kobieta przestała już dawno być przedstawicielką płci pięknej.
Jasmin Darznik nie doświadczyła tego, co jej matka, babka i reszta kobiecego pokolenia. Umie jednak pokazać to z całą stanowczością i siłą. Nie może odpowiedzieć na pytanie: dlaczego jest tak ogromna różnica pomiędzy krajami? dlaczego tam panuje średniowiecze?
Być może to przez to, że w kraju tym jest 700 ajatollahów i “fatwy” dyktowane przez nich stanowią wyższe prawo, niż przepisy kodeksu. Może dlatego, że edukacja nie jest na najwyższym poziomie. A może spowodowane jest to inną niż nasza – kulturą.
Dobrze przetłumaczona wciąga czytelnika w wydarzenia, które następują po sobie dość szybko. Widzimy wszak ogrom zła, jakie nie jest przez nikogo powstrzymywane.
To kolejna już książka, z której słychać wołanie o pomoc. Niestety, nikt jeszcze skutecznie nie rozwiązał teog problemu. Na szczęście “Iracka córka” przypomina władnym, że niektórzy pamiętają i chcą zmian. Uda się?
Jasmin Darznik, “Irańska córka. Sekretne życie mojej matki”, WNK, 2012.
Adam to imię pierwszego człowieka, którego, jak powiada Biblia, Bóg powołał do życia w szóstym dniu stwarzania świata. Dawni Żydzi, twórcy Biblii, rozumieli to imię po prostu jako człowiek. Jak rozumie je Fuentes w powieści, która właśnie trafiła na księgarskie półki?
“Adam w Edenie” to, podobnie do innych książek mistrza, opowieść, która ma miejsce w Meksyku. Kraj ten poraża wszystkich swoją różnorodnością, kolorem i obyczajami, które podobać się mogą postronnemu obserwatorowi.
Głównym bohaterem jest jednak Adam Gorozpe – człowiek majętny z racji małżeństwa. Niestety jego żona zostaje odbita przez Adama Góngora, który oprócz straszliwej fizjonomii przeraża jeszcze tym, że chce piastować najwyższe urzędy w meksykańskiej polityce. Jak zachowają się obaj panowie – to temat fabuły, która wciąga tak mocno, że tylko jednorazowa lektura książki może dać nam prawdziwą satysfakcję.
Fuentes umiejętnie pokazuje nam jak polityka zmienia ludzi. Poza tym widać wyraźnie, że posiadanie biblijnego imienia tylko pozornie daje nam możliwość bycia traktowanym lepiej. Obaj występujący w książce Adamowie nie są godni noszenia tego imienia, bo każdy zapominał, co znaczy człowieczeństwo i życie z drugim człowiekiem.
Autor idzie dalej. Pieniądz ma siłę tylko niszczącą, prawdziwa miłość może istnieć a liczyć można tylko na siebie. I jeszcze jakby tego było mało – kłamstwo i gierki – zarówno autora jak i bohaterów przerażają bo człowiek oniemiały patrzy do czego zdolny jest bliźni.
Akcja nie zwalnia ani na chwilę. W dobrym tłumaczeniu i wyczuwalnym gorącym piaskiem Meksyku nawet śnieżna wiosna w Polsce niestraszna.
Carlos Fuentes, Adam w Edenie, Świat Książki, 2012.