28 lipca nakładem wydawnictwa Super Nova ukaże się książka Pawła Ciećwierz Nekrofikcje
Mgława to miasto, które gnije od wewnątrz, a Brighella jest handlarzem narkotyków i wskrzesicielem trupów, który w tej zgniliźnie się pławi.
Mgława – miasto tysiąca koszmarów. Tutaj zakpić sobie można z każdego, nawet ze śmierci.
W Mgławie nie ma bohaterów, nie ma szans na godne życie, a jedyny cud, na jaki można liczyć, to zmartwychpowstanie. Oczywiście za pomocą czarnej magii. Ze wszystkimi skutkami wynikającymi z jej użycia. Po wielekroć więc się zastanów, zanim skorzystasz z usług Brighelli!
Ten nekromanta potrafi wyrwać się ze szponów Inkwizycji i oszukać śmierć.
Przedstawienie musi trwać.
W świecie NEKROFIKCJI magia istnieje, tak jak zombie, upiory i nieumarli, ale w sumie niewiele to zmienia. Większość ludzi potrafi znaleźć sobie miejsce w postindustrialnym porządku społeczeństwa rządzonego przez telewizję, Kościół oraz korporacje. Książka opowiada o tych, którzy dostosować się nie potrafią. Jej główny bohater, niejaki Brighella, jest średnio utalentowanym nekromantą do wynajęcia. Jego przyjaciel Skud to były żołnierz o psychopatycznych skłonnościach. Izis przybyła z Afryki uzbrojona w maczetę i specyficzny system wartości. Hania jest czarownicą oraz anarchistką. Vigil dobrze gra w karty. Stary Doktor za dużo wie i za dużo może. Losy bohaterów splatają się ze sobą w różnych, czasem egzotycznych, a czasem budzących zrozumiałe przerażenie miejscach. Prędzej czy później wszystkie drogi i tak zaprowadzą ich do Mgławy, w której przemoc i narkotyki są tanie, miłość zawsze kończy się o świcie, a dobro i zło traktować trzeba z należytym przymrużeniem oka.
Paweł Ciećwierz – urodzony trzydzieści lat temu na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, autor wielu opowiadań z pogranicza fantastyki i horroru oraz artykułów kulturoznawczych. Na wydanie oczekuje jego książka Synowie Kaina, córy Lilith – analiza mitu wampira w kulturze popularnej.
W przeszłości trudnił się dziennikarstwem, handlem, konferansjerką, organizacją widowisk, malowaniem domów, wypożyczaniem płyt, sprzątaniem oraz przez krótką chwilę marketingiem politycznym. Do tego ostatniego przyznaje się ze wstydem. Lubi nowe miejsca, niepowtarzalne sytuacje i tradycyjne sztuki walki. Zarabia na życie mówieniem, tylko na tym – jak twierdzi – się zna. Bezdzietny, bez prawa jazdy oraz planów na przyszłość.
Paweł Ciećwierz, Nekrofikcje, Warszawa 2009, superNOWA, s. 430 , ISBN 978-83-7578-020-8
Dziecko u Kinga zawsze zapowiada historię ciekawą, więc jeśli na pierwszych stronach gubi się 9-letnia dziewczynka dalej musi się dziać coś ciekawego.
“Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce” – napisał Stephen King. Dziewięcioletnia Trisha McFarland odkrywa tę fundamentalną prawdę, kiedy gubi się w lesie, zboczywszy na chwilę ze szlaku, którym szła wraz z matką i bratem. Szła, bo trzeba było jechać na kolejną z serii sobotnich wycieczek edukacyjnych, które mają pomóc matce przekonać do siebie dzieci (i odciągnąć je od ojca – wiadomo rozwód).
Trisha oddala się “tylko” na chwilę i już nie znajduje drogi powrotnej. Musi sama poradzić sobie w mrocznym lesie i czekać na pomoc. Czy jednak ta nadejdzie?
Wbrew pozorom niewiele jest tu realnych upiorów, strachów czających się w zakamarkach ludzkiej wyobraźni. Cała opowieść sterowana jest umysłem 9-latki, który kreuje wizje (majaki?) powodujące ciarki na plecach u dorosłych. Drzewa jako upiory, gniazdo os bogiem zagubionych w lesie etc. etc. Do końca nie wiadomo, jak potoczą się losy małego dziecka.
No właśnie – czy 9-latka skazana jest na zagładę w niebezpiecznym lesie potęgującym straszne wizje? Okazuje się, że nie. Przy pomocy Toma Gordona (gracza baseballa) Trisha rozgrywa mecz życia, który wygrywa w cuglach. Dzięki radom bohatera ostatnich sekund meczu w drużynie Red Sox (obecnie New York) finał zapiera dech w piersiach i mała dziewczynka wykazuje więcej odwagi niż szwadron wojska.
Doskonale napisana, mała i niezwykle wciągająca powieść Kinga powinna obowiązkowo znaleźć się na półce każdego miłośnika dobrej powieści grozy.
Pokochała Toma Gordona
Stephen King
wyd. Prószyński i s-ka
2008
Groteskowo, niestandardowo i niesamowicie niepoważnie – lecz w ogólnym rozrachunku celnie i przekonująco pisze Hołownia o religii w swoich “Tabletkach z krzyżykiem”.
Jeśli Bóg jest Ojcem, kto jest Matką? Czy ryby też utonęły w potopie? A gdyby Piłat nie skazał Jezusa? Kiedy będzie koniec świata? A jeśli Obcy to nie katolicy? Czym różni się dusza od karty SIM? Ile waży dusza i czy w ogóle taki zwierz istnieje? To tylko niektóre z pytań, na które odpowiedź znajdziemy w książce Hołowni.
Pytania na pierwszy rzut oka wydają się niepoważne (i kojarząc Hołownię ze słabym “Mam talent” każą przypuszczać, że odpowiedzi będą jeszcze gorsze) jednak łykając tabletkę po tabletce można przekonać się, że religia to nie nudnawe encykliki czy nieciekawe kazania, a kawał doskonałej literatury, który mógłby (gdyby zastosować zabiegi Hołowni) przekonać wielu do zwierza nazywanego chrześcijaństwem.
Odpowiedzi poparte są masą literatury fachowej i okraszone dawką humoru, co sprawia, że chce się sięgać do źródeł ( UWAGA – jednak te tak wesołe już nie są). Niemniej luźne pisanie poparte mocną bibliografią jest bardziej zjadliwe niż teologiczny traktat o piekle, które widziano naocznie w jednej z mistycznych wizji.
- Nigdy nie przekroczę jednak granicy, za którą krytykowanie Kościoła będzie obrazoburcze, bo ja Kościół po prostu kocham – pisze Hołownia. Jednak wielu uznaje książkę za obrazoburczą, bo rozprawia się z Bozią i paciorkami oraz brzydkimi wyrazami w ustach 50-latki. Wiara musi w człowieku dojrzewać, pogłębiać się. Zatrzymanie się na etapie pierwszej komunii nie jest sposobem na idealnego chrześcijanina. Podobnie jak bycie przy ołtarzu nie jest dobrym sposobem na bycie księdzem (ten winien stać przed świątynią i wszystkich do niej zapraszać). Czy wszyscy osiągną taki poziom? Pewnie nie, jednak wielu zacznie się poważnie zastanawiać nad sensem i jakością swojej wiary.
Właśnie – zastanawianie się, refleksja a może i dyskusja – to wynik czytania Hołowni. Książki nie da pieprznąć się na półkę do zakurzenia. To trzeba obgadać. Szkoda, że mało jest takich, więc jeśli znajdziecie ją w księgarni warto w nią zainwestować.
Szymon Hołownia
Tabletki z krzyżykiem
wydawnictwo Znak
2007
Czy daleko pada jabłko od jabłoni? Czy syn nosi w sobie piętno ojcowskich, złych zachowań, które tylko czyha, by się ujawnić? O tym jest ta fascynująca powieść. I o uroku dawnych lat. O ludziach i Polsce z lat 60-tych XX wieku.
Grzegorz Gortat umie oddawać klimat tamtych czasów. Sprzęty, zachowania, zwyczaje i obyczaje, konflikty pokoleń oraz … pogoda tworzą opowieść o Łodzi, jaka zapewne nie jest znana szerszej publiczności. Autor przypomina gomułkowszczyznę, która w narracji miesza się z opowieścią o obozie w Oświęcimiu i słynną marcową premierą “Dziadów”. Ten pozorny misz masz co chwila eksploduje dając nam niesamowitą okazję do prawie namacalnego kontaktu z tym, co odeszło.
Oczywiście opowieść historyczna to nie wszystko. Gortat ukazuje nam życie swojego bohatera, który już pewnie do końca będzie musiał mierzyć się z próbą porównywania go do ojca i sloganami o złej krwi powodującej pójście w ślady swojego rodziciela.
Zważywszy, że czas potrafi zniekształcić odciśnięte w pamięci wydarzenia, a obiektywizm pisarza na przekór jego intencjom nader chętnie ulega podszeptom wyobraźni, uznałem za stosowne nadać bohaterom, narratora nie wyłączając, fikcyjne imiona i nazwiska.
Zdanie autora potwierdza przekonanie, że mały wycinek osobistej historii zdarzył się naprawdę. Tu plus dla Gortata, że nie zaryzykował całkowitego zaufania swojej pamięci i uniknął posądzenia o przekręcanie życia któregoś z bohaterów żyjących naprawdę w Łodzi z lat 60…
Serdecznie polecam tę książkę wszystkim, którzy mają w sobie choć trochę wrażliwości i ciekawości świata oraz tym, którzy chcą sprawdzić co się dzieje kiedy próbuje się wymieszać wielką historię ze wspomnieniami kraju lat dziecinnych. Polecam!
Marek Edelman dzieli się z nami wspomnieniami, które stanowią ostatnie urywki pamięci o wydarzeniach w getcie. Wzruszające, czasem niewiarygodne łączą się w jedno znanie – “To wszystko, co mi zostało, takie strzępki pamięci. Ludzie, którym to opowiadałem, pytali, czy to wszystko jest prawda. Tak, prawda. Toczka w toczkę. Koniec, kropka. Więcej już nic.”
Więcej już pewnie nic nie będzie, bo wszystkie opowieści, jakie znał i pamiętał Marek Edelman zostały przelane na papier, utrwalone na taśmach. Więcej już pewnie nic nie będzie, bo Marek Edelman coraz trudniej dochodzi do nowych faktów, których jeszcze o powstaniu nie powiedział. Więcej już pewnie nic nie będzie, bo po co pisać to samo po raz wtóry? Na całe szczęście ta “ostatnia” książka przynosi nam zapewne więcej niż wszystkie poprzednie tytuły razem wzięte.
Była miłość w getcie? Oczywiście. Jaka była? Nie wiem, czy słowa, które ją opisują są adekwatne do tego, co się tam działo. Kobieta, która ratuje dzieci przerzucając je na stronę aryjską sama zostaje … by móc pozostać na zawsze z ukochanym. “To jest najpiękniejszy rok mojego życia” – mówi.
Łączniczka, która przez przypadek spotyka starego Żyda. Namiętny seks, gdy w pokoju śpią jej koleżanki odmienia ich życie. Miłość uderza im do głowy. Zaczynają spacerować trzymając się za ręce (bardzo niebezpieczne), wbrew wszystkiemu chcą być razem. Potem on umiera, ona się ratuje. Ma dwójkę dzieci, chociaż już nigdy nie wyszła za mąż. “A była bardzo piękna.”
Te i kilkanaście innych miłosnych story łączy jedno – miłość, jaką mamy okazję przeżywać jest jedyna w swoim rodzaju. Naznaczona wojną, ciągłym lękiem pozwala spojrzeć przez chwile – dłuższe lub zupełnie krótkie na świat (spalony i zalany krwią) z uśmiechem. Miłość w getcie pozwalała stworzyć namiastkę wolności bez codziennych trosk, bez uciekania, bez obawy przed przyszłością.
Opowieści snute przez Edelmana na szczęście udowadniają, że w getcie nie było tylko rzeczy negatywnych. Wszak wiele już książek o tragedii napisano pomijając te szczęśliwe jednostki. Dobrze, że ze strzępków pamięci wygrzebał je i opowiedział autor.
Przerażające i wspaniałe choć nie do końca wiem, czy określenie wspaniałe w przypadku tej relacji jest na miejscu.
Marek Edelman
I była Miłość w Getcie
wydawnictwo Świat Książki
2009
“Wielka ucieczka” to przetłumaczone na kilkanaście języków dzieło Jürgena Thorwalda. Pierwsza książka dokumentująca dramat wypędzeń pod koniec II wojny światowej. Premiera już 16 lipca.
Wybitny pisarz i historyk, słuchając relacji świadków, stworzył przejmujący dokument o niemieckiej ludności cywilnej, która w 1945 roku pod naporem Armii Czerwonej uciekała z Prus Wschodnich, Pomorza i Śląska na zachód. To jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów w historii Niemiec. Setki wypędzonych przeszło gehennę, wiele osób straciło życie. Thorwald jak na mistrza dokumentu przystało udowadnia, że wojna to zawsze tragedia pojedynczych ludzi, nieważne, po której stronie konfliktu się znajdują.
Opis ostatnich chwil Hitlera w bunkrze Kancelarii Rzeszy do dziś uważany jest za niezrównany. Wiele pozostałych scen ukształtowało wyobrażenie Niemców o końcu II wojny światowej.
Jürgen Thorwald (1915 -2006) – niemiecki pisarz, dziennikarz i historyk, szczególnie znany z książek opisujących historię medycyny sądowej oraz drugiej wojny światowej. Wielka ucieczka, wydana po raz pierwszy kilka lat po wojnie, do dziś nie zniknęła z niemieckich księgarń, przetłumaczono ją na kilkanaście języków na całym świecie.
Rentowność spółki Empik z grupy EM&F będzie w drugim kwartale i pierwszej połowie 2009 roku wyższa niż przed rokiem, wynika z oświadczenia zarządów Empiku oraz EM&F. W oświadczeniu stwierdzono, że Empik nie ma problemów płatniczych, a dostawcy spółki „podejmują próby manipulowania opinią publiczną poprzez media”.
„Całkowita sprzedaż Empik w drugim kwartale 2009 roku wzrosła o 16 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2008 roku. Sprzedaż w porównywalnej bazie sklepów – tzw. LTL – wzrosła w drugim kwartale 2009 roku o ponad 3 proc.” – podano w oświadczeniu, które stanowi reakcję na artykuł opublikowany w poniedziałkowym (13 lipca) wydaniu „Pulsu Biznesu”.
Według władz spółki także rentowność EBITDA w pierwszym półroczu i drugim kwartale będzie wyższa niż w roku ubiegłym. Ponadto podkreślono również, że w omawianym okresie otworzyła dziesięć nowych salonów oraz przebudowała dwa kolejne sklepy.
„W pierwszym półroczu w przeciętnym salonie Empik ilość tytułów wzrosła o 15 proc., a ilość nowości wzrosła średnio o 30 proc., w stosunku do roku ubiegłego” – czytamy dalej w oświadczeniu Empiku i jego właściciela.
Ponadto w latach 2007/2008 Empik zainwestował ponad 20 mln zł w systemy IT i logistyczne, co miało poskutkować obniżeniem poziomu zapasów o prawie 80 mln zł.
„() obniżenie poziomu zapasów o prawie 80 mln złotych spowodowało zmniejszenie zakupów od dostawców o porównywalną kwotę w pierwszym półroczu 2009 roku. Jak pokazują rosnące wyniki sprzedaży i dane analityczne spółki, fakt ten nie miał wpływu na jakość oferty Empik” – zaznaczono w komunikacie. Dalej czytamy, że „obniżenie poziomu zapasów zostało źle przyjęte przez dostawców Empiku (utrata niemalże dwumiesięcznej sprzedaży), co skutkuje podejmowanymi przez nich próbami manipulowania opinią publiczną poprzez media”. Po raz kolejny zapewniono i podkreślono również, że Empik nie ma kłopotów płatniczych.
Hugh Laurie udowadnia, że napisanie scenariuszy (w liczbie 5) do pierwszej serii Dr House’a nie było przypadkiem – to tylko kontynuacja i rozwinięcie stylu, jaki zapoczątkował w “Sprzedawcy broni”.
Thomas Lang, były żołnierz, obecnie ochroniarz do wynajęcia, dostaje nietypową propozycję – zlecenie zabójstwa. Odmawia. W dodatku usiłuje ostrzec potencjalną ofiarę i niestety przy okazji wplątuje się w aferę rządową na miarę przygód Jamesa Bonda.
Komizm – zarówno sytuacyjny jak i językowy jest najmocniejszą stroną powieści. Laurie w swoim debiucie idealnie dozuje nam dawki humoru, jakie mogą być zawarte w powieści szpiegowskiej. Oczywiście nazywamy to “powieścią szpiegowską” w cudzysłowie. Więcej jest tu naśmiewania się ze znanych motywów Jamesa Bonda niż sztywnego ocalenia świata przed kolejnym szaleńcem. Jednak takie groteskowe podejście bardzo się podoba i nie dziwi fakt osiągnięcia szczytu listy najlepiej sprzedających się książek w Wielkiej Brytanii.
Laurie (podobnie jak w serialu) doskonale krytykuje społeczeństwa zachodnie (nie tylko amerykańskie jak raczył zauważyć polski wydawca). Jego krytyka śmieszy i … zapewne boli twórców idiotyzmów i dziwnych praw, o których poczytamy sobie w “Sprzedawcy broni”. Ale pewnie taki prywatnie jest Dr House.
Hugh Laurie idealnie dobrał składniki na świetny thriller. Stworzył powieść o międzynarodowej siatce przestępczej godną samego Forsytha.
Warto to zauważyć, bo nie samym komizmem żyje książka. Doskonałe obeznanie w realiach bez lania wody i tkanie tej przestępczej siatki, której macki zachodzą daleko sprawia, że Forsyth mógłby się od Lauriego uczyć. Trzeba by jednak iść za ciosem – czy doczekamy się kolejnej równie dobrej powieści Dr House’a? Nie wątpię.
Doskonała książka, która po zmianie okładki przez obecnego wydawcę (ze wzmianką o serialu) powinna iść jak woda. Polecam.
Hugh Laurie
Sprzedawca Broni
wydawnictwo W.A.B
2009
Czyli Mankell mniej znany stara się wytłumaczyć dzieciom i dorosłym o co tak naprawdę w życiu chodzi.
W książce znów spotykamy Joela znanego z książki “Pies, który biegł ku gwieździe” (kto czytał ten zna – kto nie czytał – niech przeczyta). Chłopak ma 12 lat i potwornie się nudzi. Jednak następuje coś, co zmienia na chwilę jego życie. CUD, który uchronił go przed śmiercią pod kołami autobusu zmienia jego życie.
Joel postanawia odwdzięczyć się za to, co go spotkało. Swata Gertrud bez nosa z palaczem nadzorującym kotłownię w mieście. Jak na swoje 12 lat robi to z pasją godną Romea jednak nie do końca misternie utkany plan wypala. Siarczyste policzki i bolesne kopniaki przenoszą go w świat dorosłych, który nie jest taki łatwy, jak mu się początkowo wydawało.
Mankell nie jest pisarzem tylko kryminałów z Wallanderem w roli głównej. Jego opowieści o Joelu są równie (jeżeli nie bardziej) mistrzowskie literacko. Poruszamy się w świecie realizmu magicznego, w którym oczyma 12-latka obserwujemy świat takim, jakim … chcielibyśmy go widzieć. Niestety wszystkie “cudowne’ działania spalają na panewce i znów musimy wracać do szarej rzeczywistości.
Mankell nawiązuje do nalepszych wzorów skandynawskiej literatury dla dzieci (i młodzieży?). Bez owijania w bawełnę, mistrzowsko porusza problemy tego świata, które od lat dręczą ludzkość. Mimo, że rozwiązań tu nie znajdziemy to jednak odpowiedzi zadowalają w 100 procentach.
Nie sposób także powiedzieć o doskonałym rysie historycznym. Mankell jak mało kto umie przedstawiać swój kraj takim, jaki był, jaki jest i jak będzie. Doskonała lektura dla wszystkich – zarówno znawców oraz laików szwedzkich klimatów.
To trzeba przeczytać.
Henning Mankell
Cienie rosną o zmierzchu
wydawnictwo W.A.B
2009
Późną wiosną 1975 roku Miron Białoszewski przeprowadził się z warszawskiego Śródmieścia na Saską Kępę, do świeżo wybudowanego bloku przy ulicy Lizbońskiej. Niewydane dotąd w całości “Chamowo” dokumentuje rok życia pisarza w nowym miejscu.
świtkiem 20 czerwca
W końcu nocy powyglądałem oknem ze schodów. Jedno okno gdzieś trzaskało. Zaszedłem na filmowy korytarz na jedenaste piętro. Sprawdzić latające okno i czy tam kto mieszka, bo na wąskim boku domu są balkony, co dziwniejsze, jest balkon i na jedenastym piętrze. Sunąłem wzdłuż korytarza do końca, rezygnując z nocnej galerii widoków, bo mnie zaniepokoiły drzwi na drugim końcu, do tego właśnie tajemniczego pomieszczenia z oknem i balkonem. Zarysowała mi się w połowie iścia klamka, zawiasy, drzwi.
– Jak ja to przegapiłem? I oni?
Im bliżej, tym wyraźniej. I nagle klamka i zawiasy odskakują, to są liczniki na bocznej ścianie. Drzwi nikną, okazują się majakiem perspektywy. Ściany i schody. Nie wiadomo skąd się tam wchodzi. Wracając, sprawdziłem zapieczętowane jedyne drzwi. Nie mają numeru. Ale mają dzwonek i judasz. Z kolei one mnie zaniepokoiły. Czy to będzie dyżurka? Będę musiał wtedy dzielić z kimś jedenaste piętro. Kiedy schodziłem, lunął na mnie przeciąg. Podleciałem w bok – a to trzaska i wieje okno zawindowe. Chcę zamknąć, a ono się nie daje. Jeden zawiasik zagięty. Zmartwiłem się, że na moim piętrze takie niedociągnięcie. Będzie zimno, nim zreperują. Ta klatka? Ta, bo widzę drzwi 65.
– Tylko dlaczego wózek zabrali? Na noc?
Może się popili, siłowali z oknem. Wracam do siebie, a to mieszkanie 65, a przecież ja mam nie 65, a 62. Nie moje piętro.
Zebrałem się do wyjścia. Okazało się, że jest ciemno, ciepło. I pusto. Szedłem dość prędko spod mostku pod górę, cały czas wąskim lewym chodniczkiem Trasy przy barierze. W pewnej chwili ukazał się za barierą grodzącą jezdnię, za dwiema jezdniami, przy barierze przeciwnej chłopak. Szedł w stronę przeciwną. Poczułem do niego sympatię, choćby dlatego, że szedł na piechotę przez most. Przy Wiśle natrafiłem na podest, z którego trzeba zejść do połowy, a potem z niego wejść znów na most, ale już między grubą barierą od wpadnięcia pod samochód a normalną barierą do opierania łokci, od Wisły. Na podeście w cieniu stał chłop w gaciach. Podciągnął spodnie i zapiął, wziął teczkę i ruszył podestem naprzeciw. Starszy. Minąłem go. Zeszedł na sam dół, pod most, ale między filarami wrócił, poszedł na dalszą część Wału Miedzeszyńskiego. Wyglądało na to, że szukał dojścia do samej wody, a dojść tam nie ma. Z mostu granatowe otchłanie Wisły. Z drzewami. Po lewej. Nad środkiem konstelacja świateł. A to Trasa w skrócie, w górę, z wlotem pod Aleje Ujazdowskie, nad światłami latarni, tuneli wielopalącosięokienny dwudziestopiętrowiec. „Riwiera”. Za Wisłą, a przed odnogą w dole piasek. Patrzę, idzie po nim robot. Wyłonił się spod filarów. Niesie antenę. Głowa sztuczna. A to hełm. Chude, wysokie ubranie. Kroki dziwne, trudne. Idę, a mój cień padający z mostu na piasek zbliża się do jego cienia na piasku. Pomyślałem, że się o mnie dowie. Mijamy się cieniami, patrzy w górę. Zobaczył człowieka. Idzie dalej. Trudno, bo piasek. Do drzew, może coś mierzyć. Bo na moście czeka samochód roboczy. Za powrotem skręciłem spod filarów i Paryskiej w boczne przejścia, długie, łamane i gęste. Między parkanami. Domki, zapachy. Wplątałem się tak, że straciłem orientację. Przejście jak korytarzem, a tu odchodzi nagle uliczka Grecka. Plączę się dalej: Rumuńska. Myślę sobie
– Gdzie ja wyjdę?
Ukazują mi się wielkie drzewa, bariera, podniesienie jakiejś jezdni.
– Nic innego, tylko Wisła. Ale dom. Wielki, długi, szary.
Po paru krokach orientacji okazało się, że to mój dom z najkrótszej strony i moje topole. I jezdnia mostku.
Pieprznie, ze wzwodami (oraz bez) a na dodatek z nutką młodzieńczej fantazji rodem z “American Pie”. Autor “Ćpuna” i tym razem szokuje, jednak jest to mały wstrząs niż wielkie atmosferyczne wyładowanie.
Dino marzy o tym, by pójść do łóżka ze swoją dziewczyną, ale ona robi uniki. W efekcie przeżywa inicjację seksualną z przypadkową dziewczyną poznaną na prywatce. Drugi bohater książki, Ben, ma romans z dwudziestoczteroletnią nauczycielką, która wprowadza go w świat seksu. Początkowo chłopiec jest zachwycony, potem stopniowo zdaje sobie sprawę, że stał się emocjonalnym zakładnikiem Ali. Zaczyna dusić się w tym związku. Trzeci z bohaterów, Jonathan, wzbrania się przed seksem, który wydaje mu się czymś nieprzyzwoitym. Ma też kompleks własnego członka.
Tyle o treści. Seks, pieprzenie, rżnięcie, wkładanie paluszka/ów i języków zajmuje pokaźną część książki. Na całe szczęście (i o dziwo) tak wielkie nagromadzenie prymitywnej nastoletniej wolnej miłości wciąga jak cholera. Dlaczego?
Wiadomo – seks jest tematem chodliwym i dobrze się sprzedającym – najlepiej, żeby był ostry i mega nieprzyzwoity. Autor nam to zapewnia, a że według statystyk nie jesteśmy skłonni do urozmaicania swoich łóżkowych zabaw to wolimy poczytać/obejrzeć niż wcielić coś nowego w życie. Ta książka nadaje się do tego – szczególną uwagę warto poświęcić seksualnym igraszkom – uczeń – nauczyciel – reszta w miarę chociaż Masterton podaje więcej opisując seks oralny w jednym akapicie niż Burgess w całej 200 książce.
W miarę dobre tłumaczenie (chociaż w ustach nastolatków zwroty “to mamy klops”, “o żesz w mordkę” nie brzmią prawdziwie) oraz płynna narracja pozwalają przeczytać tę książkę w godzinę. Sami bohaterowie nie są ważni – najważniejszy jest seks i pierwsze (oraz kolejne razy).
Chociaż wydana w 2005 do dzisiaj można ją nabyć w Auchan więc jakiś plus z odwiedzania ich działu książki jest.
Pierwszy seks
Malvin Burgess
Wydawnictwo Albatros/Kuryłowicz
2005