Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

Muzyka z zaświatów

Posted: May 31st, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , , | No Comments »

Czyli najnowsza książka Mastertona na tapecie.

Gideon Lake, odnoszący sukcesy, sławny kompozytor zakochuje się w mieszkającej po sąsiedzku Kate Soloway. Namiętność i pasja, które łączą tych dwoje nie mogą wyjść na jaw – Kate jest mężatką. Aby utrzymać związek w tajemnicy, zaprasza Gideona do Europy…

I wtedy zaczyna się to, co tygryski lubią u Mastertona najbardziej. Lake zaczyna widzieć rzeczy, które przyprawiają o ciarki na plecach. Do końca nie wiemy, czy wszystkie wizje są prawdziwe czy może też jest to tylko zbitek wyobraźni muzyka. W trakcie podróży po Starym Kontynencie, Lake zaczyna się domyślać, że kobieta, którą pokochał, ukrywa przed nim straszną tajemnicę? Kim jest Kate i dlaczego manipuluje Gideonem? Czy mężczyzna znalazł wreszcie prawdziwą miłość, czy jest tylko pionkiem w jej smukłych dłoniach?

Czy zmarli mogą dochodzić sprawiedliwości w świecie żywych? Po lekturze “Muzyki z zaświatów” można dojść do wniosku, że taka opcja jest możliwa. Nawet charakterystyczny dla pisarza niewierzący w nic główny bohater poddaje w wątpliwość swój dotychczasowy nihilizm.

Doskonale napisana powieść Mastertona to idealna lektura na plażowanie czy też letnie wieczory.

Muzyka z zaświatów
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Cień znad jeziora

Posted: May 24th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , , , , | No Comments »

Cedar Peak nie było spokojnym miasteczkiem już w “Białej wiedźmie” jednak to, co dzieje się w “Cieniu nad jeziorem” przechodzi ludzkie pojęcie.

Znani Czytelnikowi bohaterowie poprzednich powieści autora (kto nie czytał niech żałuje i nadrabia zaległości) ponownie muszą stawić czoła duchom jeziora i własnej przeszłości. Życie niewinnych mieszkańców znów jest zagrożone, a przerażająca siła odradza się znacznie potężniejsza.

Ma Adam Zalewski talent do tworzenia historii strasznych, wciągających i niesamowicie długich (kilkaset stron) co jednak nie wpływa zupełnie na jakość wykonania. Niemniej jedynie uważne zapamiętywanie poszczególnych bohaterów umożliwi nam dotarcie do zaskakującego finału, w którym na szczęście (?) kończy się długi koszmar jednego miasteczka w Stanach.

Trup sieje się gęsto, krew spływa co kilka stronnic litrami, a rubaszne myśli i niewysublimowane słownictwo odbija się nam głośno w uszach. Jeśli kogoś rażą takie przypadki – nie warto zawracać sobie głowy “Cieniem”. Gdy jednak chcemy przeczytać kawał dobrej literatury – nie można obok książki przejść obojętnie.

Krymiał miesza się z horrorem, miłosny dramat z sf. U Zalewskiego nie ma przypadków, jednak w “Cieniu” naprawdę trudno wyprzedzić pisarską myśl i być o krok dalej niż ona. Nie dziwi to, gdy powiemy, że najważniejsze w tym wszystkim są władza, zemsta oraz klątwa. Trzeba by było być człowiekiem głębokiej wiary, by w tym postępującym piekle znaleźć światełko w tunelu. A jednak …

Wszystko to okraszone narracją, jakiej spodziewamy się kupując książki podobne (choć czy coś podobne do prozy Zalewskiego być może?). I jeszcze te stare indiańskie przesądy oraz klimat sennego miasteczka made in USA. Gdybym nie wiedział o korzeniach autora – mógłbym przypuszczać, że mamy talent napływowy rodem ze Stanów, który zechciał zadebiutować na polskiej ziemi.

Majstersztyk – panie Adamie – czekam na więcej

“Cień znad jeziora”
Adam Zalewski
wydawnictwo Grasshopper
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Czerwona maska

Posted: May 23rd, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , | No Comments »

Czyli majstersztyk w łączeniu thrillera oraz dobrej jakości horroru w jednej książce.

W windzie jednego z budynków w Cincinnati dochodzi do krwawego mordu. Młody mężczyzna zostaje zadźgany rzeźnickim nożem, a znajdująca się z nim w windzie kobieta jest poważnie ranna. Na podstawie jej zeznań, Molly, policyjna rysowniczka, sporządza portret pamięciowy mordercy. Czerwona Maska, bo taki pseudonim nadają mordercy policja i media, dopuszcza się kolejnych zbrodni i grozi, że całe miasto spłynie krwią. Sissy Sawyer – teściowa Molly, potrafi przewidywać przyszłość i ma zdolności parapsychiczne. Dzięki jej współpracy możliwe będzie zastawienie pułapki na psychopatę. Zanim jednak do tego dojdzie, wydarzy się wiele złego, a to, co niemożliwe, będzie musiało stać się możliwe…

Masterton stał się moim ulubionym pisarzem już po lekturze “Drapieżców”. Widzę jednak, że z każdą kolejną książką objawiają się jego nowe talenty do tworzenia historii, które już od początku nie są nudnawe i słabo napisane.

Od początku zaczyna się ostro. Magia i ezoteryka mieszają się z tajemniczym amuletem, który ma długą historię (w tym samego Van Gogha) i niesamowitą moc (obrazy ożywają). Czerwona maska sieje zniszczenie a prorocze sny jednej z bohaterek przybierają na sile, by w kulminacyjnym momencie rozwiązać zagadkę. Dochodzi do tego ożywianie zmarłych mężów oraz mocna zagadka kryminalna (której nie powstydził by się sam Krajewski). Finał – jak zwykle u Mastertona spokojny i … zwiastujący kolejną książkę (a może część?) tej opowieści.

Doskonała narracja (dzięku idealnemu tłumaczeniu) sprawia, że potok słów, zdarzeń i dialogów nie zalewa nas falą niezrozumiałą. Wręcz przeciwnie – możemy sobie pozwolić na chwilę oddechu, dzięki któremu ujrzymy cały talent autora – mistrza pomieszanych gatunków.

Nie każdemu udaje się w tak doskonały sposób wychodzić z trudnej sztuki – dwa w jednym. Masterton “Czerwoną maską’ udowadnia, że nie ma z tym najmniejszego problemu. Polecam i zasiadam do kolejnej jego książki – “Aniołowie Chaosu” – z pewnością będzie się działo.

“Czerwona maska”
Graham Masterton
wydawnictwo Rebis
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Pamiętnik nastolatki – nowość Rafaela

Posted: May 22nd, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , | 3 Comments »

Nowość wydawnictwa Rafael, której fragment możecie przeczytać u nas. Książka do kupienia tutaj. Zdecydowanie warto – recenzja całości już wkrótce.

Pamiętnik znajdziecie na blogu natalka.blox.pl

19 września

Od dwóch lat jestem zakochana w Jacku. Po uszy! Właściwie to nie wiem, dlaczego „po uszy” i po czyje uszy – moje, czy jego, bo kocham go od stóp do czubka głowy, każdą częścią mojego ciała i duszy. Oczywiście bez wzajemności. Śmiem nawet twierdzić, że on nie ma o tym zielonego pojęcia. Smutno mi. Chciałabym mieć chłopaka, kogoś bliskiego, na widok kogo mocniej bije mi serce, kogoś, kto sprawia, że chce mi się góry przenosić. Ale nie pragnę mieć chłopca na siłę, po to tylko, by go mieć. Może właśnie dlatego wciąż jestem sama, bo ten, w którym się zakochałam, nie zwraca na mnie uwagi.
Moja mama twierdzi, że w moim wieku powinnam się z chłopcami przyjaźnić, a nie „chodzić”. Nie zgadzam się z nią. Nie chcę być dla Jacka przyjacielem, tylko ukochaną dziewczyną. Potrzebuję rozmawiać z nim o swoich problemach i dzielić się radościami. Pragnę przebywać w jego towarzystwie. Chcę, aby trzymał mnie za rękę, by stawiał kołnierz od mojego płaszcza i naciągał czapkę na moje zmarznięte uszy, by troszczył się o mnie i mną opiekował, aby tęsknił i był zakochany we mnie równie mocno, jak ja w nim.
Dziś po raz kolejny próbowałam zagadać do niego na Tlenie.
Natka:
Siemka!
Jacek:
Hej!
Natka:
Co porabiasz?
Jacek:
Nic 
Natka:
Ja szukam wiadomości na WOS.
Jacek:

Natka:
Ściągam też pliki muzyczne na mp3.
Jacek:

Natka:
No i piszę pamiętnik.
Jacek:

Natka:
Lubisz babkę od polskiego?
Jacek:
Muszę lecieć. Pa! 
Widać nie mam najmniejszych szans. Każda rozmowa z Jackiem, czy to przez Tlen, czy w realu, przebiegała podobnie. A tyle sobie obiecywałam na kolejnym etapie mojego życia. Miało być wyjątkowo!
– Gimnazjum to pewien próg – mówiła Ola. – Przekraczamy go bezpowrotnie. Przestajemy być małymi dziewczynkami. Stajemy się kobietami – mrugała pomalowanymi na czarno, zapewne na znak tej dorosłości, rzęsami.
Z kolei mama patrzyła na te sprawy z innej perspektywy.
– Nie jesteś już dzieckiem – powtarzała często. – Czas zastanowić się nad sobą, nad tym, co chciałabyś w życiu robić. Nawet nie zauważysz, kiedy miną dwa lata i trzeba będzie podjąć ważne życiowe decyzje.
– Nauka w gimnazjum trwa trzy lata – przypomniałam.
– Kochanie! – zirytowała się mama. – W trzeciej klasie to ty już musisz wiedzieć, jakie liceum wybierzesz, jaki profil klasy. Przecież od profilu zależeć będzie twoje przygotowanie do matury…
– W takim razie zacznę się na poważnie zastanawiać, z jakiego drewna chcę mieć trumnę! – wypaliłam. – Sosnową, a może dębową?
Mamę zamurowało. Poczerwieniała na twarzy i gdyby nie tato, pewnie doszłoby do kłótni.
– Co to ma znaczyć? – spytała przez zaciśnięte zęby.
– Jeśli czas tak szybko upływa, to trzeba pomyśleć o wszystkim – powiedziałam powoli, bacznie obserwując wyraz jej twarzy.
– Aniu – do akcji wkroczył tato. – Natalia dopiero rozpoczęła naukę w gimnazjum. Nie tak dawno pisała sprawdzian szóstoklasisty. Dla niej miesiąc to cała wieczność, więc nie wymagaj, aby dziś myślała o tym, co będzie robiła za trzy lata.
Kochany tato. On jeden rozumiał mnie bez słów. Szkoda, że mama taka nie była. Czasem mam wrażenie, że w chwili moich narodzin zaplanowała za mnie całe życie. Nie wiedziała, że liczy się tylko ten dzień, no może kilka następnych, ale już nie kilkudziesiąt. Chcę się cieszyć każdą chwilą, minutą, godziną.
– Może masz rację – westchnęła mama – ale mogłaby się chociaż zastanowić, co ją interesuje, w czym jest dobra – dodała już łagodniej.
– Na pewno odnajdzie jakąś pasję w sobie – rzekł ugodowo tato, czym udobruchał mamę ostatecznie. – Daj jej trochę czasu.
Popatrzyłam na nią. Była spokojna, ale w jej spojrzeniu dostrzegłam troskę. Martwiła się o mnie. Postanowiłam więc wysilić się trochę bardziej niż zazwyczaj i w bliżej nieokreślonej przyszłości przynajmniej spróbować zrealizować trzy główne cele: po pierwsze, przekonać się, czy mam jakieś szanse u Jacka; po drugie, zastanowić się, co chcę w życiu robić; po trzecie, rozwikłać zagadkę o osiem lat starszego brata Bazyla, co do którego mam podejrzenia, że coś przed nami wszystkimi ukrywa.
Ale na dziś już koniec. Zmęczona jestem i jakoś się tak dziwnie złożyło, że pierwsze strony z etapu swojego życia, na który dopiero wkroczyłam, opisałam w czystym brulionie. Ostatnią kartkę starego zapisałam kilkanaście dni temu.

22 września 2008

Całą sobotę i niedzielę przesiedziałam w domu, myśląc o tym, co chciałabym robić w przyszłości. Postanowiłam zapisać się na zajęcia lekkoatletyczne w swojej szkole. Może w sporcie odnajdę pasję lub okaże się, że mam talent? W końcu moja rodzina ma pewne tradycje sportowe. Dziadek jeździł konno, mama i tato grywają w tenisa, Bazyl biegał i wciąż gra w nogę, a moja o rok starsza siostra Zuza trenuje pływanie.
Właściwie przez całe to pływanie to nie odczuwam, że mam siostrę. Zuzy prawie nigdy nie ma w domu. Wstaje o piątej rano, a przecież to środek nocy, wraca po osiemnastej, błyskawicznie pochłania obiad, w tempie huraganu odrabia lekcje, niczym odrzutowiec rzuca się do komputera, aby przeprowadzić burzliwą dyskusję, wskakuje do wanny pewnie z taką samą szybkością jak do basenu, kąpie się z takim impetem, jakby chciała ustanowić kolejną życiówkę na sprinterskim dystansie. Na koniec ląduje w łóżku, dużo szybciej niż samoloty na naszym lotnisku. I tak dzień w dzień! Nie wiem, czy umawia się na randki, ale mam dla niej idealnego kandydata! To Usain Bolt – mistrz olimpijski w biegach oraz rekordzista świata na krótkich i średnich dystansach. Przy nim ze wszystkim zdąży. Tego jestem pewna.
Podziwiam Zuzę, ale nigdy się do tego nie przyznam, dla jej dobra, żeby jej się w głowie nie poprzewracało. Niech sobie myśli, że mało mnie to obchodzi. Nawet nie wie, że gdy wyjeżdża na zawody, potajemnie sprawdzam wyniki w komputerze. Czasem, gdy zdążę się z nią pokłócić, życzę jej dyskwalifikacji albo nieudanego startu. Później wstyd mi z tego powodu, no bo w końcu to moja siostra i ostatecznie życzę jej dobrych wyników. „Dobrych” nie znaczy rewelacyjnych! A jeszcze chwilę później uzmysławiam sobie, że ona tak ciężko haruje, więc zmuszam się, aby życzyć jej spektakularnych osiągnięć, choć nie przychodzi mi to łatwo.
Zaczynałyśmy razem, w drugiej klasie podstawówki. Zuza śpieszyła się na każde zajęcia, ja wolałam poudawać ból brzucha i zostać w domu. Pamiętam, że to było bardzo męczące – zajęcia na basenie, a nie udawany ból brzucha rzecz jasna. Rodzice dzięki swojemu uporowi doprowadzili do tego, że potrafię pływać, ale potem odpuścili. Z Zuzą nie musieli się męczyć, bo ona sama ciągnęła ich na basen.
Z lekkoatletyką będzie jednak inaczej. Zajęcia w szkole odbywają się trzy razy w tygodniu i to po lekcjach. Dam radę! Będą ze mnie dumni, tak samo jak z Zuzy.
Podzieliłam się swoimi przemyśleniami z Bazylem. Rozdziawił szeroko buzię, gdy zaczęłam opowiadać o swoich planach. Nie ma się co dziwić. Jeszcze niedawno tylko się z Bazylem kłóciłam – o wszystko. Wystarczyło, że wypowiedział jedno zdanie, a ja od razu wrzeszczałam, że nie ma racji i odwrotnie: ja coś powiedziałam – wrzeszczał Bazyl.
Od pewnego jednak momentu, gdy zaczęłam coś podejrzewać, staram się być dla niego miła i więcej z nim rozmawiać. Nie tylko Bazyl otwiera usta ze zdziwienia. Rodzice również. Mam nadzieję, że po jakimś czasie wszyscy przyzwyczają się do tej mojej przemiany.
– Powodzenia siostra – powiedział Bazyl, gdy zdołał ochłonąć. Tylko na tyle się zdobył.
Jemu łatwo mówić. Od dziecka kochał matematykę i tą drogą podążał. Nieważne! Naburmuszona opuściłam pokój brata i usiadłam przy komputerze. Miałam wielką ochotę porozmawiać z Jackiem. Zauważyłam, że jest aktywny na Tlenie. No, może nie będzie to rozmowa, tylko monolog, ale w zamian za to Jacek prześle mi kilkadziesiąt uśmiechniętych buziek!

23 września 2008

Nie zapisałam się dziś na zajęcia lekkoatletyczne, a wszystko przez mamę. No, może nie do końca. Wczoraj, gdy Jacek przesyłał mi w odpowiedzi buźki, mamie zebrało się na rozmowę.
– Powinnam cię przeprosić – powiedziała nieoczekiwanie.
– Za co?
– Za to, że się uniosłam – odparła. – Tato ma rację. Masz dopiero czternaście lat, a ja wybiegam z planami wobec ciebie tak daleko w przyszłość – odgarnęła spadający na jej czoło kosmyk włosów.
– Chcesz dla nas jak najlepiej – wiedziałam, że taka odpowiedź ją zadowoli.
– To prawda – westchnęła. – Sama widzisz: Zuzka pływa od małego, Bazyl z matematyki i fizyki miał zawsze najlepsze oceny i będzie studiował fizykę…
– Mamo – przerwałam. – Nie martw się. Postaram się odnaleźć to, w czym jestem dobra, co mogłoby być moją pasją.
– Wiesz, tato twierdzi, że najważniejsze jest to, abyście byli w życiu szczęśliwi, bez względu na to, co będziecie robić – dodała, spoglądając w okno.
– Czyli mogę być bandytą… – wymknęło mi się.
– Nie wiem, czy bandyta może być szczęśliwy – uśmiechnęła się. – Żyje w bezustannym strachu, że ktoś go zdemaskuje, że pójdzie do więzienia i chyba ma wyrzuty sumienia…
– Wyrzuty sumienia wykluczają bycie bandytą – powiedziałam. – A czy ty także uważasz, że najważniejsze jest to, abyśmy byli szczęśliwi? – spytałam.
– Oczywiście! – odparła zdecydowanie. – Tylko czasem wydaje mi się, że bez wykształcenia trudniej być szczęśliwym – dodała.
Zupełnie nie widziałam związku między jednym a drugim i nie potrafiłam zrozumieć toku myślenia mamy. Co ma w końcu piernik do wiatraka? Mnie do szczęścia wystarczyłaby deklaracja Jacka, że jest we mnie zakochany równie mocno jak ja w nim. Bez względu na to wszystko ucieszyłam się jednak, że mama chce, abym była szczęśliwa. Dziwnym zbiegiem okoliczności przypomniałam sobie o tym w drodze do szkoły.
Wczoraj próbowałam znaleźć materiały na WOS, ale nie bardzo mi to wyszło. Facet od WOS-u jest drobiazgowy. Na każdą lekcję każe przygotować trzy wiadomości – z życia społecznego, sportu lub polityki. To jednak najmniejszy problem. Kłopoty pojawiają się w chwili, gdy zaczyna wiercić dziurę w brzuchu, pytając o szczegóły. Gdy Olka odczytała notatki ze świata sportu o Robercie Kubicy, to maglował ją strasznie. Pytał, w jaki sposób zaczynał Robert Kubica, na jakich samochodach wcześniej się ścigał, od którego momentu rozpoczęła się jego kariera sportowa i dlaczego Olki zdaniem odniósł taki sukces. Dobrze, że chociaż numer buta Kubicy go nie interesował. Z polityką jest dużo gorzej. Chłopcy coś tam jeszcze wiedzą, ale dziewczyny w tych tematach gubią się zupełnie.
Dochodziłam właśnie do końca alei Kasprowicza, gdy uświadomiłam sobie, że dużo szczęśliwsza będę w domu niż na lekcji WOS-u. Tak się złożyło, że nikogo z klasy w drodze do szkoły nie spotkałam, więc postanowiłam zawrócić. Potrzebna mi jedynka na początku roku? Nie! Przecież wówczas będę jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Szybko skręciłam w Karpińskiego i doszłam do Konopnickiej. Lepiej wrócić bocznymi uliczkami, aby nie rzucać się w oczy.
Po kilkunastu minutach nie byłam już pewna, czy ucieczka z lekcji sprawi, że będę szczęśliwsza. Ogarnął mnie dziwny niepokój. W podstawówce, jeśli uciekaliśmy, to całą klasą – na przykład w Dzień Wagarowicza. A teraz odważyłam się zrobić to w pojedynkę. No ale to w końcu gimnazjum, choć klasa prawie ta sama. Doszło tylko kilka nowych osób, tak jak Jacek, ale właściwie jacy tam oni nowi. Chodziliśmy do tej samej podstawówki, tylko do różnych klas. Budynek jest inny, nauczyciele również. I ja chyba też inna, choć niby ta sama. W każdym razie zdecydowałam się na coś, czego do tej pory jeszcze nie robiłam. Potem trzęsłam się ze strachu przez kilka godzin, zastanawiając się, co będzie, jeśli to się wyda. A może będę miała nieprzyjemności? A jeżeli wychowawczyni zadzwoni do rodziców? Pytania i wątpliwości kłębiły się w mojej głowie.
Po południu przyznałam się prawie do wszystkiego. Nie czułam się z tym dobrze. Chciało mi się płakać, choć tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego.
– Nie byłam dziś w szkole – powiedziałam, siedząc przy stole i kończąc obiad.
Bazyl spojrzał na mnie z pogardą. Gdyby to on opuścił zajęcia, znalazłby tysiąc sposobów na usprawiedliwienie swojego zachowania. Nie był samokrytyczny, za to bardzo krytyczny w stosunku do innych. Zuzkę to w ogóle nie obchodziło, bo jak zwykle śpieszyła się. Nie wiem nawet, czy ta wiadomość do niej dotarła. Tato nic nie mówił, tylko wpatrywał się w mamę.
– Dlaczego? – spytała.
Mogłam odpowiedzieć, że wydawało mi się, iż poza szkołą będę o wiele szczęśliwsza niż w szkole, ale miałam mętlik w głowie.
– Rozbolał mnie brzuch, więc wróciłam – skłamałam. – Potem miałam jakiegoś doła. Zupełnie nie mogłam się pozbierać.
– Rozumiem, że miałaś kiepski nastrój – rzekła mama.
– Kiepski nastrój to mało powiedziane – wzruszyłam ramionami. – Zupełnie na nic nie miałam ochoty. Najchętniej położyłabym się do łóżka i beczała w poduszkę cały dzień – dodałam, ciesząc się w głębi duszy, że powiedziałam część prawdy. – Totalne przymulenie.
– Czy ty możesz wyrażać się po polsku? – zapytała poirytowana mama. Po wyrazie twarzy widziałam, że nie wierzy w moje tłumaczenia. W tacie miałam sojusznika. Wprawdzie nic nie mówił, ale zawsze starał się mnie rozumieć.
– Jeśli jeszcze kiedykolwiek rozboli cię brzuch, masz zatelefonować do mnie do pracy – powiedziała mama – i to natychmiast. Nie ma nic gorszego niż wagary. To wciąga. Po jakimś czasie człowiek przestaje się bać chodzenia na wagary, a coraz bardziej boi się powrotu do szkoły – mówiła. – To pierwszy krok, aby narobić sobie kłopotów. Zaczynają się piętrzyć zaległości, a strach przed tym, co powiedzą nauczyciele, staje się coraz większy.
– Skąd wiesz? – spytałam zaczepnie. – Chodziłaś na wagary?
– Nie – odparła – ale znam zdolnych ludzi, którzy przez wagary nie skończyli nawet szkoły średniej. Znam też takich, którzy mieli problemy z nauką, ale nie wagarowali i nauczyciele starali się im pomóc. Docenili ich obowiązkowość i poważne podejście do obecności na zajęciach.
– Aniu – wtrącił się tato. – Natalię rozbolał brzuch. To nie wagary, skoro nam o tym powiedziała.
– Wiem, co mówię – mama była stanowcza. – I właśnie dlatego chcę, by Natalia niezwłocznie powiadamiała mnie o takich sytuacjach. Dlaczego nie zadzwoniłaś? – przyglądała się mi badawczo.
– Nie wiem – odparłam.
– Jak to „nie wiesz”?
– Po prostu nie wiem. Nie przyszło mi to do głowy.
– Nie rozumiem. Nie rozumiem, jak mogło ci nie przyjść do głowy, aby do mnie zatelefonować? Dowiedziałaś się chociaż, co było w szkole?
– Tak. Kropka, to znaczy nasza polonistka, zaprowadziła Olkę do pokoju nauczycielskiego i tam zmyła jej makijaż i lakier z paznokci, a Franka wyrzuciła za drzwi za dyskusję. Beacie wstawiła pałę z zachowania, ale czy to Beaty wina, że nie mogła powstrzymać się od śmiechu? Sama byś nie wytrzymała, gdybyś zobaczyła, w jaki sposób Michał unosi brew, gdy próbuje się skupić. O rety! – roześmiałam się.
– Nie o to pytam – mama była coraz bardziej zniecierpliwiona. – Chcę wiedzieć, czy dowiedziałaś się, co było na lekcjach?
– Przecież ci mówię!
– Mam rozumieć, że w szkołach niczego już nie uczą, tylko wyrzucają za drzwi i zmywają makijaż. Mój Boże, do czego do doszło – mama złapała się za głowę. – I nie mówi się, że ktoś unosi brew, tylko brwi – pouczyła.
– Ale Michał unosi brew – zaoponowałam – bo on ma tylko jedną.
– Jak to ma jedną brew? – zdziwiła się. – A co stało się z drugą?
– No właściwie ma dwie, ale połączone, a więc ma jedną – tłumaczyłam.
– A co z tym Frankiem? – wtrącił się tato. – Czy u was w szkole nie wolno dyskutować z nauczycielem?
– Z polonistką nie wolno. Ona twierdzi, że jest mądrzejsza od nas, bo skończyła studia, a my dopiero podstawówkę. Zawsze mówi: „Koniec dyskusji! Ja wiem lepiej i kropka!”.
– Nie podoba mi się to – tato pokręcił głową. – Dyskusje bywają twórcze. Poza tym wszystkiego to ona lepiej nie wie. Studiowała polonistykę. Ciekawe, czy ma pojęcie o układach scalonych albo o procesie epitaksji?
– Wojtku! – mama próbowała przywołać tatę do porządku. – Podważasz autorytet nauczyciela!
– Nie zgadzam się – powiedział spokojnie. – Udowadniam tylko, że pani od języka polskiego myli się, twierdząc, że wszystko wie lepiej…
– Tato ma rację! – zawołałam. – My musimy wkuwać tyle przedmiotów, a Kropka w kółko powtarza to samo. Gdybym ja przez dziesięć lat czytała podręcznik z geografii, to chcąc nie chcąc wszystko bym zapamiętała. Ona ma łatwiej niż my!
– Zwariuję w tym domu! Czy wy jesteście poważni?! – mama była oburzona. – Chcę wiedzieć, czy odrobiłaś na jutro lekcje?
– Przecież nie było mnie w szkole, więc nie wiem, co jest zadane.
– Nie dziwię się waszej polonistce, że nie chce z wami dyskutować. Zatelefonuj do Dominiki i dowiedz się, co było na lekcjach.
– Czemu do Doni, a nie do Olki? – spytałam.
– Do Dominiki! – krzyknęła mama. – Koniec dyskusji! I kropka!

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Księga bez tytułu

Posted: May 18th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , | No Comments »

Autor straszył, że przeczytanie tej książki grozi pewną śmiercią (i problemami po). Jak jednak widać – nadal dycham (choć pewien kłopotów w życiu po życiu pewnym być nie mogę). Niemniej “Księga bez tytułu” jest wylaszczoną propozycją dla każdego – nawet najbardziej wybrednego bibliofila.

“Ci, którzy przeczytają tę książkę, mogą nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego…” – ostrzega autor w szalonej powieści sensacyjno-przygodowej, łączącej thriller, horror, czarną komedię i… bardzo soczysty język. W obskurnym barze w Santa Mondega spotykają się m.in.: dwaj mnisi, kobieta wybudzona ze śpiączki, para zakochanych, morderca przebrany za Presleya i super zabijaka Bourbon Kid. Wszyscy chcą zdobyć “Oko Księżyca” – magiczny kamień, który zniszczy świat, jeśli posiądzie go Władca Ciemności. Ale kto nim jest?!

Początek opowieści nie jest za ciekawy, jednak później następuje totalne nakręcenie akcji, która zaskakuje swoją absurdalnością a jednocześnie uświadamia nam, że halou – to przecież żywy obraz naszej pop kultury (której absurdalności zdajemy się nie zauważać na co dzień).

Samo poszukiwanie cennego kamyka jest tylko przykrywką dla całej zabawy. Chodzi o pokazanie w krzywym zwierciadle wszystkiego, czemu kłanialiśmy się nisko i zjadaliśmy bez słowa krytyki tylko ze względu na autora i polityczną poprawność, że przecież to klasyka.

Są krwawe masakry a’la Tarantino, są żywe i nieżywe trupy Kinga i Mastertona. Dorzucamy do tego jeszcze Elvisa, który jednak kończy jak prawie wszyscy bohaterowie książki (w grobie) oraz Burbona Kida – syna kurwy i opata pewnego klasztoru, który robi w tej powieści za Strażnika Teksasu. Wspomnijmy także o święcie Absurdalne? Może na pierwszy rzut oka – w całości jest to logiczne do szpiku kości.

Motyw księgi (jakby mogło być inaczej) wkracza gdzieś pod koniec właściwego toku narracji, ale to on rzuca trochę światła na gęsto siejącego się trupa. Soczysty język, z jakim opisana jest cała historia stawia tylko kropkę nad “i” w “Księdze bez tytułu”

Chociaż Świat Książki wydawał ostatnio nieciekawe rzeczy, to jednak winy swoje odkupił “Księgą”. Czy będziemy mieli okazję czytać coś lepszego podczas tegorocznych wakacji? Mam nadzieję, że tak i … będzie to kontynuacja książki opisanej powyżej.

Księga bez tytułu
Anonim
wydawnictwo Świat Książki
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Efekt Wal Martu

Posted: May 12th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , , , , | No Comments »

Czyli jak zaczęło tworzyć się pojęcie codziennie niskich cen?

Wszystko zaczęło się od Sama Waltona i jego marzenia o stworzeniu sieci sklepów, które mogły by oferować najtańsze produkty dla amerykańskiego społeczeństwa. Sam nie kierował się zapewne dobrem ludzkości, a chęcią uzyskania zysku i stworzenia największej potęgi handlowej w Stanach (co się udało mimo początkowo silnej konkurencji).

W chwili obecnej “według nieoficjalnej klasyfikacji Wal-Mart uplasowałby się wśród gospodarek narodowych na 33. miejscu, między Ukrainą i Kolumbią”? Dobry wynik? Dla wielu menadżerów taki wynik to marzenie życia. Pytanie tylko – jak został osiągnięty?

Przeczytajmy zatem wstęp do książki:

Wal-Mart otoczył się niedostępnym murem tajemnicy, a firmy, z którymi robi interesy, zobowiązał do milczenia, więc zdumiewająco mało wiemy o tym, jak właściwie działa spółka i jaki ma wpływ na nasze życie. Charles Fishman, uznany dziennikarz, znawca tematyki gospodarczej, przekroczył krąg dyskrecji otaczający Wal-Mart. Dotarł do grupy byłych pracowników korporacji, zajmujących w niej kierownicze stanowiska, a także rozmawiał z dyrektorami wiodących w swoich branżach spółek, będących dostawcami Wal-Martu. Odkrył fascynującą, niespodziewaną i niebywałą historię o efekcie Wal-Martu. Zabiera nas na bezprecedensową wyprawę w głąb zakulisowego świata Wal-Martu i ujawnia opinii publicznej ukrytą naturę i nadzwyczajny zasięg potęgi spółki.

Autor dokonał rzeczy niemożliwej – przepłynął przez fosę, rozbił mur, rozmontował bramy i na czynniki pierwsze rozłożył królestwo zwane Wal Martem. Mimo ze z zewnątrz wszystko wygląda pięknie (znak firmowy – uśmiechnięta buźka wita nas od wejścia) tak pięknie nie jest.

Fishman zdradza nam przede wszystkim sekret codziennie niskich cen, które bezpośrednio wpływają na całą gospodarkę. Niskie ceny narzucane są dostawcom towaru pod karą zerwania współpracy i zainteresowania sprzedażą podobnych produktów innej firmie. Jeśli chcemy dalej sprzedawać produkty w Wal Mart musimy ciąć koszty – stosować gorszej jakości produkty, maksymalnie wykorzystywać pracowników lub (co nie rzadko jest regułą) zwalniać ich i przenosić produkcję do Chin (gdzie na razie mamy najniższe koszty, ale nie jesteśmy pewni, czy Wal Mart nie wymyśli znów czegoś).

Niskie ceny powiązane są z wynikami sprzedaży – ta oczywiście ma być cały czas wyższa i wyższa … (bez względu na koszty ponoszone przede wszystkim przez dostawców). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pracownicy Wal Mart wegetują w biurach urządzonych meblami pokazowymi i starają się pracować jak najmniejszym kosztem (telefony na koszt dostawców, jak najniższe zużycie paliwa, oszczędne wyjazdy służbowe). Niskie ceny dotyczą także kosztów ich pracy, która czasem przekracza normy dopuszczone przez prawo. Dodajmy, że płace (o czym również wspomina Fishman) do najwyższych nie należą. Więc o co chodzi? Sekta, zastraszanie pracowników? Nie – to po prostu kolejna część efektu wal mart.

Niedbanie o środowisko, naciąganie klientów, stosowanie trików marketingowych – to kolejne rzeczy, jakie wytyka Fishman spółce. Jak taka sieć działa na mniejsze sklepy? Fishman jako pierwszy pisze nie tylko o bankructwie małego handlu ale także o innych – niemniej ważnych skutkach wielkiego sklepu w małym mieście. Najpierw obniżanie cen, potem obniżanie płac, potem zwalnianie pracowników. Taki schemat powtarza się w większości przypadków.

Co na książkę Wal Mart? Po jej publikacji zaprosili autora do siedziby spółki, jednak było już po ptakach. Mimo usilnych próśb podczas prac nad książką sieć odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Czy wyszło jej to na dobre? Zdecydowanie nie – jednak prawda o niskich cenach (i nie tylko) mogła się objawić w całej swojej okazałości.

Doskonała pozycja, która daje do myślenia także jeśli chodzi o niektóre niskie ceny i codzienne promocje w naszym kraju.

Efekt Wal-Martu
C. Fishman
Studio Emka
Kwiecień 2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Młody samuraj – droga wojownika

Posted: April 25th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | 2 Comments »

Kiedyś samuraj to było coś – filmy, seriale, książki schodziły na pniu pożerane przez fanów kraju kwitnącej wiśni. Jestem jednak pewien, że ta fala będzie się powoli odradzać dzięki takim książkom, jak propozycja NK “Młody samuraj – droga wojownika”.

Jest sierpień 1611 roku. Statek Jacka Fletchera rozbija się u wybrzeży Japonii – ukochany ojciec chłopca i załoga giną zamordowani przez piratów ninja. Jacka otacza opieką Masamoto Takeshi, legendarny mistrz miecza. Gdy chłopiec trafia do szkoły samurajów, okazuje się, że w oczach wielu uczniów jest barbarzyńcą i wyrzutkiem. Czy zdoła dowieść, że zasłużył na miano wojownika?

Zabawa z książką zaczyna się już od tajemniczego początku, dzięki któremu Jack – biały człowiek będzie mógł opowiedzieć nam o tajnikach kraju kwitnącej wiśni. A jest tego sporo. Począwszy od etykiety, języka, obyczajów na historii oraz kastowości społeczeństwa kończąc. Jack musi przyzwyczaić się do codziennych kąpieli (a w jego czasach nie była to często wykonywana czynność – vide “Historia brudu”)., jedzenia pałeczkami i ukłonów, z których każdy ma inne znaczenie.

Chris Bratford zabiera nas w podróż okraszoną dużą dawką nowej wiedzy, bez której przyswojenia lektura “Młodego samuraja” będzie sprawiać nam duże problemy. Autor w oryginale przytacza wypowiedzi japońskich bohaterów opowieści idealne oddając ich charaktery (wojowniczość, posłuszeństwo, ogromne przywiązanie do sprawy honoru). Stara wyjaśnić się nam filozofię ZEN, na której oparta jest cała japońska kultura. Co najważniejsze jednak (i dla wielu bardzo ciekawe) słownie ilustruje nam sposoby walki, jakie stosują mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni.

Całość okraszona jest wspaniałą narracją, dzięki której płyniemy przez karty książki darząc Japonię coraz większym uczuciem. Zresztą ta fascynacja przeradza się w wypadku chociażby autora w zagorzałego zwolennika i orędownika całej kultury wschodu, o czym więcej przeczytamy na jego doskonałym blogu.

“Młody samuraj” to książka, jaka musiała pojawić się na naszym wydawniczym rynku jeszcze przed wakacjami. Z pewnością trafi zarówno do młodszej jak i starszej generacji czytelników sprawiając im dużo radości i frajdy, czego z całego serca życzę.

“Młody samuraj – droga wojownika”
Chris Bratford
wydawnictwo Nasza Księgarnia
2009

PS.

Zwiastun filmowy książki

Oficjalna strona książki

Fragmenty książki

Forum młodych samurajów

I zapowiedź (autorska) drugiej części opowieści z kraju kwitnącej wiśni

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Ssij mała ssij

Posted: April 25th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Kontynuując cykl o amerykańskim mistrzu nie można pominąć jego przewrotnej powieści – “Ssij mała ssij”.

Kontynuacja bestsellerowych Krwiopijców. Doskonała humorystyczna powieść o seksie w wielkim mieście, życiu po śmierci i problemach z mieszkaniem w San Francisco.Love story dla kobiet z charakterem i samców beta.Nowa powieść Christophera Moore’a , amerykańskiego Monthy Pytona, uważanego przez krytyków za kontynuatora stylu Kurta Vonneguta

Kontynuacje są zazwyczaj nudne i nieciekawe – te słowa nie odnoszą się jednak do Moore’a i jego doskonałej kontynuacji Krwiopijców.

Śmiechu jak zwykle jest co niemiara – a wszystko dzięki rubasznemu i pysznemu językowi, jakim posługuje się autor. Już tytuł (rodem z pisemek porno) daje nam przedsmak tego, co znajdziemy w książce. Tytuł – choć ma mało wspólnego z erotycznymi doznaniami, a bardziej z wysysaniem krwi z kotów (i ludzi także) dużo mówi o orgiach, jakie co rusz odbywają się na kartach książki. I trzeba powiedzieć, że takie podejście do seksu w literaturze robi wrażenie.

Lektura dzięki doskonałej narracji zajmie nam może dwie godziny. Kiedy skończymy (ociekając hektolitrami krwi oraz potu) z pewnością od razu powinniśmy sprawdzić a. czy nie zostały nam na szyi jakieś podejrzane wgłębienia i b. czy księgarnia jeszcze otwarta, bo warto odchamić się przy “religijnym” Baranku.

Polecam.

“Ssij mała ssij”
Christopher Moore
wydawnictwo MAG
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Krwiopijcy

Posted: April 25th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Czas powrócić do klasyki – czyli Krwiopijcy na tapecie raz jeszcze.

Najnowsza powieść bestsellerowego autora Baranka i Najgłupszego Anioła. Jody nigdy nie prosiła, żeby zostać wampirem. Ale kiedy ocknęła się przy pojemniku na śmieci z mocno poparzoną ręką, obolałą szyją, nadludzką siłą i typowym dla Nosferatu pragnieniem, zrozumiała, że decyzję podjęto za nią. Przestawienie się z codziennej harówki na niekończące się nocne polowania wymaga jednak nieco wysiłku, i tutaj przyda się C. Thomas Flood. Tommy (dla przyjaciół), niedoszły Kerouac z Incontinence w stanie Indiana, pracuje na nocną zmianę w supermarkecie w San Francisco. Wszystko się zmienia, gdy w drzwiach pojawia się rudowłosa, nieumarła istota… która wywołuje w jego życiu ? i w jego życiu po życiu ? wstrząs, jakiego nigdy by się nie spodziewał.”

Moore jak zwykle trzyma klasę – jego cięty język i zdolność do tworzenia zabawnych sytuacji, które zabawne nie są (zostać wampirem to nie motyw do kabaretu) tylko zachęcają do zapoznawania się z dalszą twórczością mistrza (jak choćby z najnowszym Błaznem).

Czytam tę książkę już po raz trzeci i dochodzę do wniosku, że nikt tak nie sparodiował tych opowieści o wampirach jak właśnie Moore. To już nie tylko kawał dobrego amerykańskiego humoru ale cięta satyra na te wszystkie nabzdyczone opowieści o rumuńskim królu, który wbijał na pal wrogów i czasem wypijał z nich trochę czerwonego płynu.

Widać, że Moore nie tworzy w próżni – aby napisać “Krwiopijców” (oraz ich kontynuację – “Ssij mała ssij”) musiał zapoznać się dokładnie ze wszystkim, co o wampirach napisano. Oczywiście autor nie byłby sobą, gdyby nie dodał czegoś od siebie (wampirzy seks jest lepszy niż “normalny”) jednak wszystkie kołki, czosnki i inne krzyże na wampira według Moore’a nie działają (nie licząc bardzo skutecznego słońca).

Szkoda, że wydawnictwo tak rzadko wydaje polskie tłumaczenia jego powieści. Nie pozostaje nam nic innego jak odwiedzać amazon i tam kupować książki Moore’a w oryginale. Zapewniam – zabawa jest jeszcze bardziej ciekawa. Polecam – lektura obowiązkowa.

“Krwiopijcy”
Christopher Moore
wydawnictwo MAG
2008

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Drapieżcy

Posted: April 23rd, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Czyli przypadkowo rozpocząłem drogę ku przeczytaniu całej twórczości Mastertona.

Akcja powieści nie jest skomplikowana … do czasu. Posłużmy się opisem z obwoluty książki.

Fortyfoot House – zaniedbany wiktoriański sierociniec na wyspie Wight – kryje w sobie mroczną tajemnicę. Przed ponad stu laty zmarli tam w niewyjaśnionych okolicznościach wszyscy wychowankowie – sześćdziesięcioro dzieci. Okoliczni mieszkańcy nadal unikają rozmów na temat zabytkowego domostwa i omijają go z daleka. Coś podstępnego i przerażającego czai się w jego wnętrzu. David Williams, wychowujący samotnie siedmioletniego syna, podejmuje się dokonać remontu tajemniczego budynku. Wraz z nimi do domu wprowadza się piękna, młoda dziewczyna. W Fortyfoot House ma miejsce seria niezwykłych i zarazem tragicznych wydarzeń. Zbyt późno David odkrywa sekrety sumeryjskich bram czasu i prastarej cywilizacji, która panowała na Ziemi przed nastaniem człowieka i która chce z powrotem zająć jego miejsce…

Mamy w książce wszystko, czego należy wymagać od horroru. Ciągłe napięcie, które stopniowane wybucha w finale opowieści. Stwory, strzygi i upiory również robią wrażenie (choć Jenkins w miarę postępu akcji traci swój przerażający image zamieniając się bardziej złego Quasimodo). Stary dom, który zapewne do dziś straszy i niszczy każdego, kto zechce w nim zamieszkać. Dodajmy do tego młodą i podatną na opętania studentkę biologii – robi się bardzo ciekawie.

Masterton nie wie zapewne co to nuda – podczas lektury nie mamy możliwości się nudzić. Podróże w czasie okraszone dużą dawką adrenaliny, nachodzące na siebie światy równoległe oraz czarownica mająca powić świętą trójcę, która zniszczy świat – to wszystko działa na wyobraźnię. Nigdy już samemu nie zechcecie zostać w domku ze strychem – oj nie…

Na minus tej drapieżnej opowieści – zbyt wiele wątków sf, które na całe szczęście nie są rozwijane w sposób uniemożliwiający delektowanie się najwyższej klasy horrorem.

Odrzucam na razie przewidywalnego Kinga wkraczając w świat Mastertona – terra incognita horroru. Z pewnością nie będzie nudy – czego i wam życzę – nie tylko przy lekturze “Drapieżców”.

“Drapieżcy”
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Historia brudu

Posted: April 20th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , , , , | No Comments »

Dawno, dawno temu, gdy żył jeszcze cesarz a Sokrates wykładał swoje myśli … było czyściej niż obecnie :)

Skąd się wzięło mydło? Co naprawdę działo się w łaźniach rzymskich? Która narodowość czyściła zęby uryną? Jak wyglądała poranna toaleta Ludwika XIV, Króla-Słońce?. Na te i inne pytania odpowiada w swej książce Katherine Ashenburg, tworząc jednocześnie wyjątkowy obraz ewolucji pojęcia higieny od czasów najdawniejszych po wiek XX.

Autorka ma talent do tego typu poszukiwań historycznych. Już wcześniej pisała o obyczajach, jakie towarzyszyły naszym przodkom (a u nas wywołują obrzydzenie). W przypadku lektury tej książki będzie zapewne podobnie.

No bo jak można sobie wyobrazić, by sikać i oddawać inne fekalia w miejscach publicznych – a potem – jak ma to miejsce w przypadku rzeki – brać w niej “uzdrawiające” kąpiele, które mają pomóc nam się uzdrowić. Kolejna rzecz to zatykanie wszystkich porów ciała, byleby tylko woda się tam nie przedostała. Hitem jest francuska higena z dworów Ludwika, gdzie czystość oznaczała zmianę koszuli na bielszą (znany jeden przypadek, kiedy delikwent nosił jedną koszulę 3 lata, a gdy postanowił ją zdjąć to TYLKO z własną skórą i kawałkami mięsa).

Na przestrzeni epok zmieniały się poglądy na “brud” jako taki, co ściśle łączyło się z koncepcjami prywatności, zdrowia i choroby, śmierci, z poglądami na religię i seksualność, z koncepcjami dotyczącymi sensu życia. Instytucje państwowe, kościelne, lekarze, pisarze, autorytety moralne różnie podchodzili do dbania o czystość, raz gloryfikując, raz przeklinając ideę “mycia się”.

Doskonały język doprawia tylko tej świńskiej w kawałkach książki. Ale i tak polecam.

Historia brudu
Katherine Ashenburg
Wydawnictwo Bellona
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts