Czyta się w coraz większych głębiach tak, że czytanie każdego arcydzieła jest...

Czysta krew – mamy kolejną polską edycję

Posted: November 12th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , | No Comments »

Seria o Sookie Stackhouse Charlaine Harris to powieść, która stała się podstawą do kultowego serialu Czysta Krew emitowanego w Polsce od lutego 2009 na kanale HBO. Prawa autorskie do serii książek Charlaine Harris o Sookie Stackhouse sprzedano do ponad 20 krajów.. W Polsce wyłączne prawa do wydania serii Charlaine Harris SOOKIE STACKHOUSE posiada Wydawnictwo Mag.

U MARTWYCH W DALLAS to. następny tom z serii, który ukazał się dzisiaj, 12 listopada.

empik

Dzięki wynalezionej w japońskim laboratorium syntetycznej krwi oraz napojowi z jej ekstraktem o nazwie Tru: Blood, w ciągu zaledwie jednej nocy wampiry z legendarnych potworów przeistoczyły się w przykładnych obywateli. I chociaż ludzie nie figurują już w ich jadłospisie, społeczeństwo niepokoi się, co się stanie, gdy wampiry opuszczą mroczne kryjówki.

Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemniczą postać z mitów greckich. Na szczęście, przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ją o przysługę, Sookie, wdzięczna za uratowanie życia, nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności, aby znaleźć wskazówkę dotyczącą do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Brudnopis Siergiej Łukjanienko. Opowiada Kamil Śmiałkowski

Posted: October 7th, 2009 | Author: | Filed under: TV Książki | Tags: , , , | No Comments »

Tych, którzy spodziewali się, że pochłonięty pracą nad kolejnym filmem pisarz obniży loty i nowa, wydana po dłuższej przerwie książka okaże się delikatnie mówiąc nie tak dobra jak poprzednie, czekało przyjemne rozczarowanie Brudnopis nie odbiega poziomem od innych utworów tego pisarza mówiąc po prostu, jest równie świetny. Najwyraźniej skazany na sukces Łukjanienko nie umie pisać nudnych książek.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Mike Carey w Polsce

Posted: August 18th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , , , , , , , | No Comments »

27 sierpnia na zaproszenie Wydawnictwa Egmont i Wydawnictwa Mag przyjeżdża do Polski Mike Carey. Wizyta Mike’a Careya towarzyszy promocji jego najnowszej powieści Przebierańcy z cyklu o egzorcyście Feliksie Castorze, która ukaże się 26 sierpnia 2009 nakładem Wydawnictwa Mag oraz nowego komiksu, który ukaże się nakładem wydawnictwa Egmont.

mike carey

Mike Carey spotka się z czytelnikami wirtualnie na Czacie Wirtualnej Polski 27 sierpnia (czwartek) godz. 15.00-16.00

Mike Carey jest gościem zagranicznym tegorocznego XXIV OGÓLNOPOLSKIEGO KONWENTU MIŁOŚNIKÓW FANTASTYKI POLCON 2009 w Łodzi gdzie spotka się z czytelnikami 29 sierpnia (sobota) o godzinie 11.00 oraz o godz. 18.00. Podczas spotkania podpisuje swoje książki: „Mój własny diabeł”, „Błędny krąg”, najnowszą „Przebierańcy” oraz komiksy.

Powieści o Castorze dzieją się w świecie, w którym duchy i nadnaturalne istoty z ledwie zauważalnych postaci pochodzących z mitów i baśni stały się częścią akceptowanej rzeczywistości, stały lecz nieunikniony wzrost zainteresowania człowieka światem pozagrobowym i zjawiskami nadprzyrodzonymi wydobył ich z cienia i sprawił że ich obecność w naszym świecie, jest oczywista. Duchy stały się powszechne, lecz nie wszyscy je widzą.

Felix Castor to prywatny egzorcysta; jego podwórkiem jest Londyn. Praca pogromcy duchów ma swoje zalety – płacą dobrze, człowiek nigdy się nie nudzi, – ale istnieje też ryzyko: wcześniej czy później jakiś duch okazuje się silniejszy.

Próbując wycofać się z zawodu, Castor przyjmuje pozornie łatwe zlecenie pozbycia się ducha nawiedzającego jedno z londyńskich archiwów – w końcu musi z czegoś żyć. Lecz teoretycznie proste egzorcyzmy wkrótce zmieniają się w rozgrywki pod tytułem „Kto Pierwszy Załatwi Castora”, w których o główną nagrodę walczą duchy i demony.

Podczas, gdy pierwsza powieść dotyczy pojedynczej tajemnicy, następne książki poszerzają swoje spektrum i zaczynają przedstawiać szerzej Świat Castora.

Castor przestawia się z egzorcyzmów pojedynczego ducha na eksploracje demonicznych wycieczek do naszego, ludzkiego świata. Poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego duchy zmarłych powstały akurat w tym punkcie naszej historii i dlaczego Piekło tak nagle wypowiedziało wojnę ludzkości – dwa pytania, na które jest tylko jedna odpowiedź. W miarę kontynuowania serii, Castor na nowo określa swoje relacje z umarłymi. Początkowo Castor uważa siebie za egzorcystę. Wydarzenia pierwszych dwóch książek z serii zmieniają jego wyobrażenia o sobie i Castor powoli akceptuje siebie takiego, jakiego opisał Jeden z bohaterów pierwszej książki Mój własny diabeł: Jest wielu ludzi próbujących ochronić żywych przed zmarłymi. Ktoś musi chronić umarłych przed żywymi. Ktoś musi utrzymywać równowagę Castor nie uważa już, że duchy są jak niechciane pliki w komputerze. W kolejnych książkach z serii, Castor próbuje dowiedzieć się, czego chcą i jakie niedokończone sprawy trzymają ich po naszej stronie.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Martwy aż do zmroku

Posted: July 25th, 2009 | Author: | Filed under: Różności | Tags: , , , , , , , , , | No Comments »

Czyli kolejna książka, która pewno stanie się bestsellerem ze względu na tematykę w sprzedaży od 29 lipca. Poczytać fragmenty można tutaj, a poniżej krótkie acz ciekawe wystąpienie samej autorki.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Gdzie Władca Pierścieni spotyka Dzień Szakala

Posted: July 15th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , | No Comments »

GROMOWŁADNY to egzotyczna powieść w stylu Borgesa, która nawet na chwilę nie traci tempa i nie rozczarowuje.

gromowładny

Miasto, prawdziwe bądź wymyślone, pojawia się w wielu gatunkach powieści fantastycznych, zwłaszcza w literaturze urban fantasy. Jednak niewiele fikcyjnych powieści w prawdziwie ekstrawagancki sposób czci, odkrywa i bada miasta; rzadko kiedy miasto przestaje być jedynie dekoracją, a staje się pełnoprawnym bohaterem. Na myśl przychodzą Bellona Delany’ego, New Crobuzon Miélville’a, Viriconium Harrisona, Ambergris VanderMeera, Gormenghast Peake’a, Lankhmar Leibera czy niezliczone wizje Londynu autorstwa Moorcocka. Do tej ekskluzywnej listy możemy dodać Ararat, metropolię dotkniętą plagą bogów, gdzie toczy się akcja imponującej debiutanckiej powieści Feliksa Gilmana pt. GROMOWŁADNY… To mistrzowska powieść, oszałamiająca i nieoczekiwana jak grom z jasnego nieba…

GROMOWŁADNY robi wrażenie polotem, śmiałością wizji i pomysłowością. Miasto Ararat jest stworzone z takim przepychem i wyczuciem, że od pierwszej strony nie wątpimy w jego realność. Nazewnictwo olśniewa bogactwem przydomków i neologizmów. Kwestie ekonomiczne i społeczno-polityczne zostały przedstawione w solidny i wiarygodny sposób. Poszczególne warstwy miasta są traktowane z należytą uwagą. Bogowie odgrywają subtelną i odpowiednio dziwaczną rolę. Uwagę przykuwają także wzmianki o wielowymiarowości przedstawionego świata. Ararat jest równie nastrojowym miejscem jak Ambergis czy New Crobuzon, a także inne miasta „nie z tego świata”, jednak zachowuje oryginalność.

Książka do nabycia tutaj

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Martwy aż do zmroku

Posted: July 6th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , , , , | 2 Comments »

Powieść która stała się podstawą do głośnego serialu “Mroczna Krew” emitowanego od lutego 2009 na kanale HBO. Pięć miesięcy po amerykańskiej premierze nowy serial HBO “Czysta krew” (True Blood) zadebiutuje w Polsce. Twórcą serialu jest laureat Oscara Alan Ball, pomysłodawca kultowej produkcji “Sześć stóp pod ziemią”.

okładka z 2004 roku - nowa okładka jeszcze nie gotowa

Serial zgromadził największą widownię spośród dotychczasowych produkcji HBO i otrzymał dwie nominacje do Złotych Globów. W rolach głównych występują laureatka Oscara, Anna Paquin i Stephen Moyer. Premierę pierwszego odcinka będzie można obejrzeć w sobotę, 7 lutego o godz. 22:00 w HBO.

Dzięki wynalezionej w japońskim laboratorium syntetycznej krwi oraz napojowi z jej ekstraktem o nazwie Tru: Blood, w ciągu zaledwie jednej nocy wampiry z legendarnych potworów przeistoczyły się w przykładnych obywateli. I chociaż ludzie nie figurują już w ich jadłospisie, społeczeństwo niepokoi się, co stanie się, gdy wampiry opuszczą mroczne kryjówki. Przywódcy religijni i polityczni na całym świecie wyrazili już na ten temat swoje zdanie i jedynie mieszkańcy Bon Temps, małego miasteczka w Luizjanie, nie mogą się zdecydować, co o tym naprawdę myśleć.

Miejscowa kelnerka, Sookie Stackhouse (Anna Paquin) dobrze wie, jak wygląda życie na marginesie społeczeństwa. Jako osoba posiadająca wątpliwy dar słyszenia myśli innych ludzi, przychylnie patrzy na integrację społeczną wampirów, a w szczególności na pewnego przystojnego 173-latka, Billa Comptona (Stephen Moyer). Niestety, seria tajemniczych wydarzeń, które towarzyszą pojawieniu się Billa w Bon Temp,s wystawi otwartość Sookie na ciężką próbę.

Martwy aż do zmroku to intrygująca i przyprawiająca o dreszcz emocji powieść Charlaine Harris, a serial reżyseruje Alan Ball, zdobywca nagrody Emmy, Oscara za “American Beauty” i twórcy “Sześciu stóp pod ziemią”. Sam Ball określa swoją nową produkcję jako popcorn dla inteligentnych ludzi z udziałem barwnych i nieszablonowych bohaterów. “Martwy aż do zmroku” to połączenie elementów kryminału, filmu fantasy i komedii z nieokiełznaną wyobraźnią. To powieść i serial, które utwierdzają nas w przekonaniu, że istnieje pełne doznań życie po śmierci […] – napisano na łamach USA Today

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


“Triumf Endymiona” Dana Simmonsa

Posted: June 17th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , | No Comments »

Dylogie Hyperion i Endymion Dana Simmonsa to jedna z najsłynniejszych serii fantastyki naukowej, popularnością dorównująca Diunie. Upadek Endymiona to kontynuacja dylogii Endymion, w skład której wchodzi Hyperion i Upadek Hyperiona. Endymion rozgrywa się 200 lat po upadku Hyperiona.

Triumf Endymiona ukazuje się 17 czerwca w ekskluzywnym wydaniu twarda oprawa, obwoluta, duży format – nakładem wydawnictwa Mag.

Od upadku Hegemonii większością planet rządzi Kościół katolicki wraz z tajemną organizacją Pax. Okazuje się, jednak, że nowej władzy zagraża Enea, która ma się stać nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą galaktyką przez tajemniczą siłę.

Nagrodzony Hugo za najlepszą powieść 1990 roku Hyperion wkrótce trafi na ekrany kin. Jego producentem jest Graham King, który podpisał 3 kwietnia 2008 roku umowę z Warner Brothers na ekranizację serii. King wyprodukuje film pod swoją marką GK Films.

Dystrybutorem książek Wydawnictwa Mag jest Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. www.olesiejuk.pl

Przeczytaj fragment powieści

rozdział 1
– Papież umarł! Niech żyje papież!
Krzyk odbił się echem od ścian dziedzińca San Damaso w Watykanie, gdzie w apartamentach papieskich znaleziono właśnie ciało zmarłego we śnie Juliusza XIV. W kilka minut wieść o jego śmierci rozeszła się po zespole przypadkowo dobranych budynków, nadal określanych mianem Pałacu Watykańskiego, po czym z prędkością ognia rozprzestrzeniającego się w czystym tlenie zaczęła szerzyć się po całym Watykanie: w mgnieniu oka dotarła do kompleksu biurowego, przemknęła przez zatłoczoną Bramę Świętej Anny do Pałacu Apostolskiego i trafiła do przylegającego doń budynku rządowego; znalazła chętnych słuchaczy w bazylice świętego Piotra, co nawet zwróciło uwagę celebrującego mszę arcybiskupa, który z marsem na czole odwrócił się, by zerknąć na nieoczekiwanie rozszeptanych i posykujących wiernych. Wierni ci, opuszczając bazylikę, ponieśli pogłoskę o odejściu Ojca Świętego dalej, do zgromadzonych na Placu Świętego Piotra tłumów – reakcja około osiemdziesięciu, może nawet stu tysięcy turystów i urzędników, składających wizytę dostojnikom Paksu, przypominała wybuch ładunku plutonu, który nagle osiągnął masę krytyczną.
Pokonawszy główną bramę – Łuk Dzwonów, przez który do Watykanu kierowano ruch kołowy – nowina rozpędziła się do prędkości swobodnych elektronów, następnie osiągnęła prędkość światła, by wreszcie wymknąć się poza Pacem na pokładach statków z napędem Hawkinga, poruszających się tysiąckroć szybciej niż światło. Tymczasem nieco bliżej, tuż poza starożytnymi watykańskimi murami, w kamiennym, posępnym Zamku Świętego Anioła, gdzie w miejscu pierwotnego mauzoleum Hadriana znajdowała się teraz siedziba Świętej Inkwizycji, rozdzwoniły się telefony i komlogi. Przez cały ranek Watykan rozbrzmiewał grzechotem różańców i szelestem wykrochmalonych sutann, gdy funkcjonariusze Stolicy Apostolskiej spieszyli gromadnie do swoich biur, by śledzić zaszyfrowane doniesienia z sieci i oczekiwać poleceń od przełożonych. Komunikatory osobiste podzwaniały, piszczały i wibrowały w kieszeniach i implantach tysięcy administratorów Paksu, dowódców sił zbrojnych i oficjeli Mercantilusa. Pół godziny od znalezienia zwłok papieża poinformowano o tym fakcie agencje informacyjne na Pacem; ich pracownicy przygotowali zrobotyzowane holokamy, uruchomili zastępy przekaźników satelitarnych, wysłali swoich najlepszych pracowników do watykańskiego biura prasowego – i czekali. W międzygwiezdnym społeczeństwie, w którym Kościół sprawował niemal absolutną władzę, oczekiwano nie tyle niezależnego potwierdzenia informacji, ile raczej oficjalnego pozwolenia na jej zaistnienie.
Dwie godziny i dziesięć minut po odkryciu, że Juliusz XIV nie żyje, Kościół potwierdził jego zgon w oświadczeniu wydanym przez biuro watykańskiego sekretarza stanu, kardynała Lourdusamy. W kilka ­sekund nagranie z oświadczeniem dotarło do wszystkich odbiorników radiowych i holowizyjnych na kipiącej życiem Pacem. Półtora miliarda mieszkańców planety – ponownie narodzonych chrześcijan z krzyżokształtami, w większości pracowników olbrzymiej machiny biurokratycznej watykańskiej armii, służb cywilnych i handlowych – z zaciekawieniem wysłuchało wiadomości. Jeszcze przed wydaniem oficjalnego komunikatu kilkanaście nowych okrętów klasy „archanioł” opuściło bazy na orbicie i udało się w podróż do wybranych obszarów w niewielkiej opanowanej przez człowieka części galaktyki. Ich załogi poniosły śmierć na miejscu wskutek działania superszybkiego napędu, ale informacja o śmierci Ojca Świętego, zapisana w komputerach i transponderach kodujących, dotarła bezpiecznie do ponad sześćdziesięciu najważniejszych światów archidiecezjalnych. Te same statki kurierskie miały zabrać na Pacem nielicznych kardynałów, którzy osobiście wezmą udział w rychłych wyborach nowego papieża. Większość wyborców będzie jednak wolała zostać w domu i nie przechodzić przez rytuał śmierci – nawet w obliczu pewnego zmartwychwstania. Prześlą tylko zaszyfrowane, interaktywne dyski holograficzne ze swoim eligo na następnego papieża.
Dalsze osiemdziesiąt pięć statków Paksu, głównie szybkich niszczycieli wyposażonych w napęd Hawkinga, przygotowywało się do skoku; ich podróż potrwa od kilku dni do kilku miesięcy, a względny dług czasowy wyniesie od paru tygodni do paru lat. Na razie jednak musiały jeszcze poczekać dwa lub trzy tygodnie standardowe na wybór nowego papieża, a dopiero później ponieść nowinę do ponad stu trzydziestu mniej znaczących kontrolowanych przez Pax układów planetarnych, których arcybiskupi mieli pod opieką dalsze miliardy wiernych. Archidiecezje miały się zająć we własnym zakresie zawiadomieniem pomniejszych układów i tysięcy kolonii na Pograniczu o śmierci, wskrzeszeniu i ponownym wyborze Ojca Świętego. Z górą dwieście bezzałogowych statków kurierskich z napędem Hawkinga, stacjonujących na co dzień w olbrzymiej bazie wojskowej Paksu na jednej z asteroid krążących wokół Pacem, czekało w pogotowiu na zaprogramowanie oficjalnej informacji o zmartwychwstaniu i reelekcji papieża Juliusza. Ich zadaniem było zanieść nowinę do jednostek floty bojowej zaangażowanych w wojnę z Intruzami w rejonie tak zwanego Wielkiego Muru – gigantycznej strefy obronnej, rozciągającej się daleko poza granicami wpływów Paksu.
Papież Juliusz umierał dotąd ośmiokrotnie. Miał słabe serce, a nie zgadzał się, by cokolwiek w nim naprawiano, czy to w drodze zabiegów chirurgicznych, czy też nanoplastycznych. Uważał, że Ojciec Święty powinien naturalnie dożyć końca swych dni, by po jego śmierci można było wybrać następcę; fakt, że już ośmiokrotnie wybierano tę samą osobę, w żaden sposób nie wpłynął na zmianę jego opinii. Teraz zaś, gdy jego ciało przygotowywano do oficjalnego wieczornego wystawienia, przed przeniesieniem do prywatnej kaplicy zmartwychwstańczej na tyłach bazyliki, kardynałowie i ich zastępcy szykowali się do wyborów.
Kaplicę Sykstyńską zamknięto dla turystów i zaczęto przygotowywać do głosowania, do którego powinno dojść w ciągu najbliższych trzech tygodni. Wstawiono zabytkowe, zadaszone stalle dla osiemdziesięciu trzech kardynałów, którzy mieli osobiście stawić się na tę uroczystość; sprowadzono projektory holograficzne i zainstalowano interaktywne łącza do infopłaszczyzny, mając na uwadze tych dostojników, którzy woleli głosować z macierzystych planet. Przed ołtarzem ustawiono stół dla skrutatorów, na którym znalazły się małe kartki papieru, igły, nici, taca, kawałki płótna i inne drobiazgi. Stół rewizorów stanął nieco z boku. Główne wrota kaplicy zamknięto i opieczętowano. Na straży stanęli żołnierze z Gwardii Szwajcarskiej w bojowych pancerzach, uzbrojeni w najnowszą broń energetyczną; podobnych wartowników wystawiono przy opancerzonych drzwiach papieskiej kaplicy zmartwychwstańczej.
Zgodnie z pradawnym protokołem wybory miały się odbyć nie wcześniej niż po piętnastu dniach od śmierci papieża, zarazem jednak nie później niż po dwudziestu. Kardynałowie mieszkający na Pacem oraz na planetach leżących w zasięgu trzytygodniowego długu czasowego odwołali wszystkie spotkania i zaczęli przygotowywać się do konklawe.
***
Niektórzy otyli ludzie noszą ciężar własnego ciała jak stygmat folgowania swoim żądzom, symbol lenistwa i słabości; są jednak i tacy, którzy obnoszą się z nim prawdziwie po królewsku, traktując swoją cielesną wielkość jak oznakę władzy. Simon Augustino kardynał Lourdusamy należał do tej drugiej kategorii: olbrzymi niczym okryta biskupim szkarłatem góra, wyglądał na niespełna sześćdziesiąt lat standardowych i od ponad dwóch wieków pozostawał aktywnym dostojnikiem Kościoła, przechodząc kolejne udane zmartwychwstania. Łysy, obdarzony masywną szczęką i potężnym, basowym głosem, przetaczającym się jak grzmot (bez pomocy systemu nagłaśniającego) przez bazylikę świętego Piotra, Lourdusamy stanowił najpełniejsze ucieleśnienie zdrowia i witalności w całym Watykanie. Wielu wysoko postawionych członków kościelnej hierarchii przypisywało mu, wówczas jeszcze młodemu urzędnikowi w watykańskiej machinie dyplomatycznej, poprowadzenie zbolałego, cierpiącego ojca Lenara Hoyta, jednego z hyperiońskich pielgrzymów, do odkrycia sekretu krzyżokształtu i uczynienia zeń instrumentu wskrzeszenia. W ich oczach Lourdusamy na równi z niedawno zmarłym papieżem przyczynił się do odrodzenia zamierającego Kościoła.
Bez względu na to, czy legenda ta zawierała ziarno prawdy, dziewiątego dnia po śmierci Ojca Świętego, a na pięć dni przed jego wskrzeszeniem, Lourdusamy był w znakomitej formie. Jako sekretarz stanu, prezes komitetu nadzorującego działanie dwunastu Świętych Kongregacji i prefekt najbardziej tajemniczej i darzonej największym lękiem Kongregacji Doktryny Wiary – po z górą tysiącletnim bezkrólewiu ponownie znanego pod nazwą Świętego Oficjum Wszechświatowej Inkwizycji – Lourdusamy bez wątpienia nie miał sobie równych pod względem sprawowanej w kurii władzy. Ba, teraz, gdy Jego Świątobliwość papież Juliusz XIV spoczywał w bazylice oczekując ponownego zmartwychwstania, Simon Augustino kardynał Lourdusamy prawdopodobnie nie miał sobie równych w całym wszechświecie.
I doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Czy już przybyli, Lucas? – zwrócił się do monsignora Lucasa Oddiego, mężczyzny, który od dwóch pracowitych stuleci był jego asystentem i zausznikiem.
Chudy, niemłody i nerwowy w ruchach podsekretarz stanu stanowił idealne przeciwieństwo potężnego, nie starzejącego się i powściągliwego kardynała. Pełny przysługujący mu tytuł Zastępcy i Sekretarza Cyfry skracano zwykle do „Zastępcy”, choć dla wysokiego, kościstego benedyktyna lepsze byłoby jakieś bardziej tajemnicze przezwisko, skoro przez dwadzieścia dwa dziesięciolecia wiernej służby nie dał nikomu – nawet samemu Lourdusamy’emu – poznać swoich prawdziwych uczuć i opinii. Stał się prawą ręką kardynała tak dawno i służył mu tak skutecznie, że ten dawno już przestał go uważać za coś więcej niż po prostu przedłużenie własnej woli i umysłu.
– Właśnie zajęli miejsca w wewnętrznej poczekalni – odparł Oddi.
Lourdusamy skinął głową. Watykański zwyczaj organizowania ważnych spotkań w poczekalniach zamiast w prywatnych gabinetach najwyższych urzędników liczył grubo ponad tysiąc lat – wywodził się z czasów przed hegirą, przed ucieczką ludzi z umierającej Ziemi i kolonizacją gwiazd. Wewnętrzna poczekalnia w biurze sekretarza stanu była niewielka – najwyżej pięć na pięć metrów – i prawie pozbawiona sprzętów; stał tu tylko okrągły marmurowy stół bez wbudowanych komunikatorów. Jedyne okno wychodziło na ozdobiony przepięknymi freskami balkon, ale szyby zawsze były tak spolaryzowane, by nie przepuszczać światła. Na ścianach zawieszono dwa obrazy trzydziestowiecznego mistrza Karo-tana: jeden z nich przedstawiał mękę Chrystusa w ogrójcu, drugi zaś olbrzymiego, bezpłciowego anioła, ofiarowującego papieżowi Juliuszowi (a właściwie jego prepapieskiej inkarnacji, ojcu Lenarowi Hoytowi) krzyżokształt; scenie tej bezradnie przyglądał się Szatan (pod postacią Chyżwara).
Czworo zebranych w pokoju ludzi – trzech mężczyzn i kobieta – reprezentowało Radę Nadzorczą Pankapitalistycznej Ligi Niezależnych Katolickich Międzygwiezdnych Organizacji Handlowych, lepiej znanej jako Pax Mercantilus. Dwóch mężczyzn mogło z powodzeniem uchodzić za ojca i syna: M. Helvig Aron i M. Kennet Hay-Modhino byli podobni jak dwie krople wody. Nosili takie same, kosztowne stroje i drogie, tradycyjne fryzury, mieli podobnie subtelne twarze, bioformowane na podobieństwo północnych Europejczyków ze Starej Ziemi, i dyskretne czerwone spinki, zdradzające przynależność do Niezawisłego Zakonu Rycerskiego Świętego Jana z Jeruzalem, Rodos i Malty – starożytnego stowarzyszenia szerzej znanego pod nazwą „Kawalerów Maltańskich”. Trzeci z mężczyzn miał azjatyckie rysy i nosił prostą, bawełnianą szatę. Nazywał się Kenzo Isozaki i tego dnia był drugim pod względem sprawowanej władzy człowiekiem w Paksie – po kardynale Lourdusamy. Ostatnia przedstawicielka Mercantilusa wyglądała na nieco ponad pięćdziesiąt lat standardowych, miała ciemne, niedbale przycięte włosy i ściągniętą twarz. Przybyła na spotkanie w tanim stroju roboczym z plastowłókniny. Nazywała się M. Anna Pelli Cognani i uchodziła za pewną kandydatkę do odziedziczenia fortuny Isozakiego. Od lat krążyły plotki, że jest kochanką kobiety wyświęconej na arcybiskupa Renesansu.
Wszyscy wstali i skłonili się lekko w chwili, gdy kardynał Lourdusamy wszedł i zajął miejsce przy stole. Lucasowi Oddiemu przypadła w udziale rola jedynego obserwatora rozmów; stanął z boku i splótł dłonie przed sobą. Oczy umęczonego Chrystusa Karo-tana zerkały na zgromadzonych sponad czarno odzianych ramion monsignora.
Aron i Hay-Modhino podeszli do kardynała, uklękli na jedno kolano i ucałowali zdobiony szafirem pierścień, ale zanim Isozaki i ­Cognani zdążyli uczynić to samo, Lourdusamy dał znak ręką, że nie życzy sobie tak ścisłego przestrzegania protokołu. Kiedy wszyscy znów zajęli miejsca przy stole, powiedział:
– Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Wiecie, że reprezentuję Stolicę Apostolską w okresie tymczasowej nieobecności Ojca Świętego i że treść naszej rozmowy nie wyjdzie poza próg tej komnaty. – Uśmiechnął się. – A ta komnata, moi drodzy, jest najbezpieczniejszym i najbardziej dyskretnym pokojem w całym Paksie.
Aron i Hay-Modhino odpowiedzieli uśmiechami; wyraz twarzy Isozakiego nie uległ zmianie, pogłębił się natomiast mars na czole Anny Pelli Cognani.
– Wasza Ekscelencjo… – wtrąciła. – Czy mogę mówić otwarcie?
Kardynał podniósł rękę. Nie ufał ludziom, którzy chcieli być „otwarci”, zarzekali się, że będą mówić „bez ogródek” i „całkowicie szczerze”.
– Naturalnie, moja droga – odparł. – Żałuję tylko, że wskutek niesprzyjających okoliczności i niecierpiących zwłoki obowiązków nie mamy zbyt wiele czasu.
Pelli Cognani skinęła głową; zrozumiała, że ma mówić krótko i zwięźle.
– Poprosiliśmy o zwołanie tej narady nie tylko po to, by pokazać się jako lojalni członkowie Ligi Pankapitalistycznej Jego Świątobliwości, lecz także jako przyjaciele Stolicy Apostolskiej i pańscy, Eminencjo.
Lourdusamy skinął uprzejmie głową. Jego wąskie wargi układały się w łagodny uśmiech.
– Rozumiem.
M. Helvig Aron odchrząknął.
– Wasza Eminencjo, Mercantilus żywo interesuje się zbliżającymi się wyborami papieża.
Kardynał postanowił mu nie przerywać, ale dalej mówił już M. Hay‑Modhino:
– Chcielibyśmy zapewnić Waszą Eminencję, zarówno jako sekretarza stanu, jak i potencjalnego kandydata do godności papieskiej, że po wyborze nowego Ojca Świętego Liga będzie nadal z absolutną lojalnością realizować założenia polityki Watykanu.
Lourdusamy niemal niedostrzegalnie skinął głową. Doskonale rozumiał, o co chodzi: w jakiś sposób Pax Mercantilus – sieć wywiadowcza Isozakiego – wyniuchał możliwość przewrotu w watykańskiej hierarchii. Udało im się podsłuchać najcichsze szepty, odkryć sekrety najlepiej zabezpieczonych pomieszczeń, takich jak to, w którym odbywała się ta rozmowa. Isozaki słyszał plotki o planowanym zastąpieniu papieża Juliusza kimś nowym – i że tym kimś miałby być właśnie on, Simon Augustino kardynał Lourdusamy.
– W smutnym okresie pustki na Piotrowym Tronie – ciągnęła M. Cognani – uznaliśmy za swój obowiązek zapewnić oficjalnie i prywatnie o niezłomnej wierności Ligi wobec Stolicy Apostolskiej i Kościoła Świętego, wierności budowanej na z górą dwustuletnich podstawach.
Kardynał znów pokiwał głową i czekał, ale przywódcy Mercantilusa umilkli. Przez chwilę zastanawiał się, co sprawiło, że Isozaki stawił się na spotkanie osobiście.
Chciał na własne oczy zobaczyć moją reakcję, zamiast jak zwykle polegać na raportach podwładnych. Starzy ludzie nade wszystko wierzą własnym zmysłom i przeczuciom. To dobry pomysł.
Lourdusamy się uśmiechnął. Pozwolił, żeby cisza przeciągnęła się jeszcze o minutę, nim zabrał głos:
– Przyjaciele! Nawet nie wiecie, jak ciepło robi mi się na sercu na myśl o tym, że czworo tak ważnych i zapracowanych ludzi postanowiło odwiedzić biednego kapłana w ten ciężki, smutny dla nas wszystkich czas.
Isozaki i Cognani pozostali nieporuszeni, za to w oczach pozostałej dwójki kardynał dostrzegł błysk źle maskowanej nadziei. Jeżeli w tym momencie dałby znak, nawet najbardziej subtelny, że cieszy się z ich poparcia, Mercantilus znalazłby się na równym poziomie z konspiratorami z Watykanu; stałby się de facto równorzędnym partnerem następnego papieża.
Lourdusamy pochylił się nad stołem; jego uwagi nie umknął fakt, że M. Isozaki podczas całej wymiany zdań nawet nie mrugnął.
– Moi drodzy – mówił dalej. – Jako dobrzy, ponownie narodzeni chrześcijanie, jako szpitalnicy… – skinął głową w stronę M. Hay-Modhino i M. Arona – bez wątpienia znacie procedurę wyboru nowego papieża. Pozwólcie jednak, że wam ją przypomnę. Kiedy kardynałowie lub ich interaktywne, holograficzne odpowiedniki znajdą się w Kaplicy Sykstyńskiej, a drzwi do niej zostaną zamknięte i opieczętowane, możemy dokonać wyboru na trzy sposoby: przez aklamację, przez delegację bądź w tajnym głosowaniu. W pierwszym wypadku Duch Święty oświeca kardynałów, którzy jednomyślnie ogłaszają kto zostanie nowym Ojcem Świętym; każdy z nas wypowiada słowo eligo – czyli „wybieram” – i imię wspólnego kandydata. Przy wyborze przez delegację wybieramy kilku lub kilkunastu kardynałów, którzy następnie podejmują decyzję w imieniu nas wszystkich. W głosowaniu tajnym wypełnia się kartki i liczy głosy tak długo, aż jeden z kandydatów otrzyma dwie trzecie głosów plus jeden. Wtedy dopiero wybór uznaje się za dokonany, a oczekujące miliardy wiernych mogą ujrzeć sfumata, czyli kłęby białego dymu, oznaczające, że rodzina Kościoła znów ma Ojca.
Przedstawiciele Mercantilusa siedzieli w milczeniu. Każde z nich doskonale zdawało sobie sprawę z tajników procedury wyboru papieża – nie tylko znali starodawne mechanizmy, ale byli też świadomi gier politycznych, presji, paktów, blefów i najzwyklejszego szantażu, które na przestrzeni wieków nierozerwalnie łączyły się z konklawe. Powoli zaczynali rozumieć, dlaczego Lourdusamy z takim naciskiem wykłada im rzeczy oczywiste.
Sekretarz stanu grzmiał dalej:
– Ostatnie dziewięć razy papieża wybrano przez aklamację, czyli pod bezpośrednim wpływem Ducha Świętego.
Zawiesił głos i zapanowała długa, ciężka cisza. Monsignor Oddi spoglądał na zebranych zza pleców kardynała, równie nieruchomy jak Chrystus na obrazie i z równie niewzruszonym spojrzeniem jak Kenzo Isozaki.
– Nie mam powodów, by przypuszczać, że tym razem będzie inaczej – zakończył Lourdusamy.
Przez chwilę nikt się nie poruszył, aż wreszcie M. Isozaki leciutko skinął głową: komunikat został wysłuchany i zrozumiany. Nie będzie przewrotu w Watykanie, a gdyby nawet rzeczywiście do niego doszło, Lourdusamy kontroluje sytuację i nie potrzebuje wsparcia ze strony Mercantilusa. Jeżeli nic się nie wydarzy, znaczy to, że czas kardynała jeszcze nie nadszedł, a papież Juliusz znów zostanie zwierzchnikiem Kościoła i Paksu. Grupa Isozakiego podjęła ogromne ryzyko, kierując się obietnicą niewyobrażalnej władzy, gdyby udało im się sprzymierzyć z przyszłym Ojcem Świętym; teraz pozostało im tylko przyjąć na siebie konsekwencje ryzykownej decyzji. Sto lat wcześniej papież Juliusz ekskomunikował za drobne uchybienia jednego z przodków Isozakiego: cofnięto mu przywilej sakramentu krzyżokształtu i skazano na życie w separacji od katolickiej społeczności – czyli wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci na Pacem i większości podległych Paksowi planet – zakończone prawdziwą śmiercią.
– Przykro mi, ale obowiązki nie pozwalają mi dłużej przebywać w waszym szacownym towarzystwie – zagrzmiał ponownie bas kardynała.
Zanim jednak Lourdusamy zdążył wstać i wbrew protokołowi obowiązującemu w obecności księcia Kościoła, M. Isozaki postąpił szybko dwa kroki naprzód, ukląkł na jedno kolano i ucałował jego pierścień.
– Eminencjo… – zabrzmiał cichy głos starego miliardera, stojącego na czele Pax Mercantilus.
Tym razem przed wyjściem z komnaty Lourdusamy pozwolił, by każdy z członków Rady Nadzorczej oddał mu należny hołd.
***
Następnego dnia po śmierci papieża jednostka klasy „archanioł” weszła w przestrzeń okołoplanetarną Bożej Kniei. Był to jedyny statek tego typu nie wysłany w kosmos z misją kurierską, w dodatku mniejszy od nowych okrętów. Nazywał się Rafael.
Kilka minut po zajęciu pozycji na orbicie od kadłuba oddzielił się lądownik, który po chwili z rykiem zanurzył się w atmosferze popielatej planety. Jego załoga składała się z dwóch mężczyzn i kobiety, wyglądających na rodzeństwo: mieli identycznie szczupłe ciała, bladą cerę, ciemne, krótkie, falujące włosy, wąskie usta i czujne spojrzenia. Mieli na sobie całkiem zwyczajne skafandry w kolorach czerwonym i czarnym, ich nadgarstki zdobiły skomplikowane komlogi. Obecność załogi w lądowniku była o tyle niezwykła, że pasażerowie archaniołów ginęli natychmiast, gdy statek wchodził w przestrzeń Plancka, a wskrzeszenie człowieka w pokładowej komorze zmartwychwstańczej wymagało zwykle trzech dni.
Ci troje nie byli ludźmi.
Lądownik wysunął skrzydła i wygładził powierzchnię kadłuba, by nadać jej jak najbardziej aerodynamiczny kształt. Z prędkością trzech machów przeciął linię terminatora. Wleciał w strefę dnia nad Bożą Knieją, dawną planetą templariuszy, teraz poznaczoną masą wypalonych blizn, pól popiołu i dolin po cofających się lodowcach i rzadko porośniętą rachitycznymi sekwojami, walczącymi o odrodzenie się w zmasakrowanym krajobrazie. Zwolniwszy do szybkości poddźwiękowej, przemknął nad wąską strefą łagodnego klimatu i jako tako rozwiniętej roślinności w pobliżu równika, po czym ruszył wzdłuż rzeki w stronę pniaka, który pozostał po Światodrzewie – wciąż wysoki na ponad kilometr i mierzący osiemdziesiąt trzy kilometry średnicy trzon majaczył nad południowym horyzontem niczym rozległy, czarny płaskowyż. Lądownik wyminął go i lecąc nad rzeką skręcił na zachód, opadając coraz niżej i niżej, aż wreszcie wylądował na głazie, za którym woda wpadała w wąską gardziel. Kobieta i mężczyźni zeszli po wysuniętych ze statku schodach i rozejrzeli się po okolicy. W tej części planety dzień dopiero niedawno wstał. Woda burzyła się i grzmiała wpadając w bystrza, ptaki świergotały, a w dole rzeki jakieś niewidoczne nadrzewne zwierzęta wtórowały im swoim piskiem. W powietrzu unosiła się woń sosnowego igliwia, wilgotnej ziemi, popiołu i mieszanina obcych, nieznanych zapachów. Przed ponad dwustu pięćdziesięciu laty Boża Knieja została zaatakowana i zniszczona z orbity. Te spośród mierzących dwieście metrów wysokości drzew, z którymi templariusze nie uciekli w kosmos, spłonęły w pożarze, szalejącym na planecie przez blisko sto lat. Ugasiło go dopiero nadejście atomowej zimy.
– Ostrożnie – powiedział jeden z mężczyzn, gdy we troje zaczęli schodzić nad rzekę. – Monowłókna, które zainstalowała, powinny wciąż tu być.
Kobieta skinęła głową i z pianogumowego plecaka wyjęła laser. Przestawiwszy go na maksymalne rozproszenie wiązki, omiotła promieniem najbliższy fragment nurtu. Niewidzialne z początku włókna zalśniły niczym pajęczyna pokryta kroplami rosy, na których skrzy się poranne słońce. Kilkakrotnie przecinały wzburzoną wodę, a ich końcówki owijały się wokół kamieni.
– Ale nie w miejscu, gdzie mamy pracować.
Kobieta wyłączyła laser. Pokonali wąski pas przybrzeżnej plaży i wspięli się na skaliste zbocze, którego granit został podczas wypalania Bożej Kniei stopiony i popłynął jak lawa. Na jednym z kamiennych tarasów widniały ślady jeszcze świeższych zniszczeń: pod szczytem głazu, wystającego dobre dziesięć metrów ponad koryto rzeki, widniał wytopiony w skale krater. Był idealnie okrągły, miał pięć metrów średnicy i pół metra głębokości. Od strony południowo-wschodniej, gdzie lawa niczym wodospad spłynęła do rzeki, rozbryzgując się i tryskając w zetknięciu z wodą, na szczyt kamiennego bloku prowadziły naturalne, czarne stopnie. Skała wypełniająca okrągłe zagłębienie miała ciemniejszy odcień i była gładsza niż pozostała część głazu, jak oszlifowany onyks wstawiony w granitowy tygiel.
Jeden z mężczyzn zszedł do krateru, położył się i przytknął ucho do skały. Po sekundzie wstał i skinął głową do towarzyszy.
– Odsuńcie się – poleciła kobieta, kładąc dłoń na komlogu.
Zrobili pięć kroków w tył, gdy z nieba strzelił promień czystej energii. Ptaki i zwierzęta czmychnęły w panice w gąszcz. Natychmiastowa jonizacja i przegrzanie powietrza wywołały rozchodzącą się promieniście falę uderzeniową; w promieniu pięćdziesięciu metrów gałęzie i liście drzew buchnęły płomieniem. Średnica stożkowatej wiązki światła dokładnie odpowiadała średnicy zagłębienia w kamieniu, które zmieniło się w kałużę płynnego ognia.
Mężczyźni i kobieta obserwowali to wszystko bez mrugnięcia okiem. Skafandry, wystawione na działanie temperatur godnych pieca hutniczego, zaczęły się na nich tlić, ale specjalnie dobrany materiał nie płonął.
– Wystarczy – stwierdziła kobieta, przekrzykując grzmot rozszerzającego się pożaru.
Złocisty promień zniknął. Nagrzane powietrze z hukiem wypełniło pozostałą po nim pustkę. Zagłębienie w skale stało się kolistym zbiornikiem bulgoczącej lawy.
Jeden z mężczyzn przyklęknął na skraju krateru i pochylił się ku jego powierzchni, jak gdyby nasłuchiwał. Znów skinął głową i dokonał przeskoku fazowego: w jednej chwili miał normalne ciało, kości, krew, skórę i włosy, w następnej zaś upodobnił się do chromowanego posągu. W jego przypominającej rtęć srebrzystej skórze idealnie odbijało się blade niebo, płonący las i ognista kałuża. Zanurzył w lawie dłoń, schylił się niżej, zagłębił całe ramię, po czym wyszarpnął je z powrotem. Kiedy jego ręka wynurzyła się nad powierzchnię, można było odnieść wrażenie, że wtopiła się w powierzchnię drugiej, podobnej ręki, tym razem należącej do kobiety. Srebrzysty mężczyzna wydobył identycznie srebrzystą partnerkę z kipiącego kotła i przeniósł ją w odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce, gdzie trawa nie płonęła, a skały były dostatecznie twarde, by utrzymać ciężar obojga. Drugi mężczyzna i kobieta z plecakiem dołączyli do nich.
Rtęciowy mężczyzna wrócił do swej normalnej postaci. Chwilę później kobieta, którą przeniósł na rękach, zrobiła to samo. Wyglądała na siostrę bliźniaczkę krótkowłosej dziewczyny w kombinezonie.
Kiedyś nazywała się Rhadamanth Nemes.
– Gdzie jest to przeklęte dziecko? – zapytała.
– Wymknęło się nam – odparł mężczyzna, który wyciągnął ją ze skały. – Dotarli do ostatniego transmitera.
Rhadamanth Nemes skrzywiła się nieznacznie. Zaczęła wyłamywać palce i przeciągać się, jakby dokuczały jej skurcze.
– Przynajmniej zabiłam tego cholernego androida – stwierdziła.
– Nie – zaprzeczyła druga kobieta, która nie miała imienia. – Uciekli lądownikiem. Android stracił rękę, ale autochirurg utrzymał go przy życiu.
Nemes kiwnęła głową i odwróciła się w stronę skał, wśród których wciąż przelewała się lawa. Dostrzegła połyskujące w blasku ognia monowłókna przeciągnięte nad rzeką. Za jej plecami płonął las.
– Nie było to… przyjemne… Nie mogłam się ruszyć z miejsca, kiedy statek skierował na mnie pełną moc lancy, a kiedy otoczyła mnie skała, nie mogłam zrobić przeskoku. Musiałabym się bardzo skoncentrować, żeby obniżyć poziom zasilania, a przy tym utrzymać aktywny interfejs przejścia fazowego. Jak długo byłam tam pogrzebana?
– Cztery ziemskie lata – odpowiedział mężczyzna, który do tej pory zachowywał milczenie.
Rhadamanth Nemes uniosła wąskie brwi, bardziej z niedowierzania niż z zaskoczenia.
– A jednak Centrum wiedziało, gdzie jestem…
– Wiedziało – przytaknęła druga z kobiet. Jej twarz i mimika niczym nie różniły się od oblicza Nemes. – Wiedziało również, że je zawiodłaś.
Nemes uśmiechnęła się leciutko.
– Czyli te cztery lata to była kara.
– Napomnienie – poprawił ją mężczyzna, który wyciągnął ją z lawy.
Nemes zrobiła dwa kroki, jakby sprawdzając, czy umie zachować równowagę.
– Dlaczego w takim razie po mnie przylecieliście? – spytała wypranym z emocji głosem.
– Chodzi o dziewczynkę – wyjaśniła kobieta. – Wraca. Mamy podjąć twoją misję.
Nemes kiwnęła głową.
Jej wybawiciel położył rękę na jej ramieniu.
– Chciałbym zwrócić ci uwagę, że cztery lata uwięzienia w żarze i kamieniu są niczym w porównaniu z tym, czego możesz się spodziewać, jeżeli znów zawiedziesz pokładane w tobie nadzieje.
Nemes spojrzała na niego przeciągle, ale się nie odezwała. Jak na dany sygnał cała czwórka jednocześnie, precyzyjnym, oszczędnym ruchem odwróciła się plecami do płynącej lawy i szalejącego pożaru i idealnie równym krokiem ruszyła do lądownika.
***
Na pustynnej planecie MadredeDios, na wysokim płaskowyżu Llano Estacado, który zawdzięczał swoją nazwę pylonom stacji uzdatniania atmosfery znaczącym jego powierzchnię w równych, dziesięciokilometrowych odstępach, ojciec Federico de Soya przygotowywał się do porannej mszy.
Mała mieścina Nuevo Atlan liczyła niespełna trzystu mieszkańców, głównie górników Paksu, wydobywających nieopodal boksyty i czekających na śmierć przed powrotem do domu. Oprócz nich w Nuevo Atlan mieszkała garstka nawróconych maryjników, pędzących nędzny żywot pasterzy korgorów na skażonych pustkowiach. De Soya dokładnie wiedział, ilu wiernych należy się spodziewać na rannej mszy – czworga: wiekowej M. Sanchez, wdowy, która ponoć zamordowała męża podczas burzy przed sześćdziesięciu dwoma laty, bliźniaków Perell, którzy z niewiadomych przyczyn woleli stary, popadający w ruinę kościół od idealnie schludnej i klimatyzowanej kaplicy firmowej na terenie kopalni, oraz tajemniczego starca z twarzą pokrytą bliznami od poparzeń radiacyjnych, który klęczał w ostatniej ławce i nigdy nie przyjmował komunii świętej.
Na dworze szalała burza piaskowa – jak zawsze – i de Soya musiał przebiec ostatnie trzydzieści metrów, dzielące zbudowaną z suszonych na słońcu cegieł plebanię od zakrystii. Głowę i ramiona skrył pod przezroczystym plastowłókninowym kapturem, chroniąc w ten sposób sutannę i biret, a brewiarz wetknął głęboko do kieszeni, nie chcąc, żeby się zapiaszczył. Na próżno jednak: co wieczór, gdy zdejmował sutannę i wieszał biret na kołku, piasek sypał się czerwoną kaskadą na podłogę, niczym wyschnięta na proszek krew z rozbitej klepsydry. Każdego ranka otwierając brewiarz czuł zgrzytające między stronicami ziarenka i brudził sobie nimi palce.
– Dzień dobry, ojcze – powiedział Pablo, kiedy ksiądz wpadł do zakrystii i wcisnął sparciałe uszczelki w szpary wokół drzwi.
– Dzień dobry, Pablo, mój najwierniejszy ministrancie – odpowiedział de Soya.
Mój jedyny ministrancie, poprawił się natychmiast w myślach. Pablo, prosty chłopak – prosty w pradawnym tego słowa znaczeniu: nie tylko niezbyt bystry, ale i uczciwy, szczery, lojalny i przyjacielski – służył de Soyi do mszy w każdy dzień powszedni o szóstej trzydzieści rano, a w każdą niedzielę dwukrotnie. Zresztą w niedzielny ranek i tak przychodziły zawsze te same cztery osoby, a na późniejszą mszę dosłownie kilku górników więcej.
Chłopiec skinął głową i wyszczerzył zęby. Tylko na moment, gdy wciągał przez głowę czystą, wykrochmaloną komżę, jego uśmiech zniknął z oczu księdza.
Ojciec de Soya przeszedł obok Pabla, mierzwiąc mu ciemną czuprynę, i otworzył wysoką skrzynię z ubraniami. Kiedy tumany piasku zakryły wschodzące słońce, dzień upodobnił się do nocy. Jedyne oświetlenie zimnej, pustej zakrystii stanowiła pojedyncza, migocząca lampa. De Soya przykląkł na jedno kolano, zmówił krótki, żarliwy pacierz i zaczął wkładać księże szaty.
Przez dwadzieścia lat Francisco de Soya, ojciec kapitan we flocie Paksu, dowódca takich okrętów jak Baltazar, nosił mundur, w którym tylko krzyż i koloratka zdradzały jego przynależność do stanu kapłańskiego. Nieraz przywdziewał plastokevlarowy pancerz, skafander próżniowy, komunikatory taktyczne, gogle do obserwacji infopłaszczyzny, boże rękawice – wszystkie atrybuty kapitana niszczyciela – ale żaden z tych rekwizytów nie poruszał go do głębi tak jak prosty ubiór proboszcza. Na przestrzeni ostatnich czterech lat, odkąd go zdegradowano i usunięto ze służby, ojciec kapitan de Soya na nowo odkrył swoje pierwotne powołanie.
Najpierw włożył biały humerał, a następnie podobnie bieluteńką albę, miękko spływającą aż do kostek i nieskalaną mimo nieustających burz piaskowych. Przewiązał się pasem, szepcząc pod nosem modlitwę. Zdjął ze skrzyni białą stułę, przez moment trzymał ją ze czcią w dłoniach, a potem założył na kark, krzyżując z przodu jedwabne końce. Za jego plecami Pablo krzątał się po maleńkim pokoiku, zrzucając brudne trzewiki i wdziewając w pośpiechu tanie buty z plastowłókniny, które matka przykazała mu trzymać w zakrystii specjalnie do mszy.
Ojciec de Soya włożył jeszcze ornat z wyszywanym krzyżem w kształcie litery T, biały z fioletową lamówką. Zamierzał odprawić mszę, a przy okazji udzielić rozgrzeszenia wdowie i domniemanej morderczyni z pierwszej ławki oraz poparzonemu nieznajomemu z tylnego rzędu.
Pablo wpadł na niego i omal go nie przewrócił; dyszał ciężko i uśmiechał się od ucha do ucha. Ojciec de Soya położył mu rękę na głowie, usiłując przygładzić rozwiane kędziory i uspokoić chłopca. Podniósł liturgiczny kielich, zdjął dłoń z włosów Pabla i przeniósł ją nad przykryte naczynie.
– W porządku – powiedział cicho.
Uśmiech zniknął z twarzy chłopca, gdy ten zrozumiał powagę chwili i poprowadził dwuosobową procesję z zakrystii do ołtarza.
De Soya od razu zauważył, że w świątyni znajduje się pięć osób, nie cztery. Wszyscy oczekiwani wierni byli na swoich miejscach i w odpowiednich momentach klękali, wstawali i znów klękali, ale w najgłębszym cieniu, gdzie do nawy prowadziło wąskie boczne przejście, stał jeszcze jeden, wysoki i milczący człowiek.
Podczas mszy świadomość jego obecności nie dawała spokoju de Soyi, ale ksiądz ze wszystkich sił starał się skoncentrować tylko na najświętszej tajemnicy przemienienia, której część stanowił.
– Dominus vobiscum – powiedział głośno.
Od ponad trzech tysięcy lat Pan rzeczywiście jest z nami… z nami wszystkimi, pomyślał.
– Et cum spiritu tuo – dokończył, a kiedy Pablo powtarzał jego słowa, de Soya zerknął, czy jakiś zbłąkany promień światła nie padł na kryjącą się w cieniu smukłą sylwetkę. Nic z tego.
Podczas pierwszej modlitwy eucharystycznej zapomniał o tajemniczej postaci i skupił się na trzymanej w zgrubiałych dłoniach hostii.
– Hoc est enim corpus meum – powiedział wyraźnie, czując moc słów i modląc się po raz dziesięciotysięczny, by krew i miłosierdzie Zbawiciela zmyły grzechy, które popełnił jako kapitan floty.
Do komunii przystąpili tylko Perellowie. Jak zawsze. De Soya wypowiedział odpowiednie słowa i podał im hostię. Powstrzymał się od spojrzenia w cień, na intruza.
Msza dobiegła końca w niemal całkowitej ciemności. Zawodzenie wichru zagłuszyło ostatnie modlitwy. W kościółku nigdy nie zainstalowano elektryczności, a chyboczące się świece w ściennym świeczniku nie rozpraszały mroku. Ojciec de Soya pobłogosławił wiernych i odniósł kielich do równie mrocznej zakrystii. Odłożył go na znajdujący się tu mały ołtarzyk. Tuż za nim do pokoju wpadł Pablo, który prędko zrzucił komżę i wciągnął burzową kurtkę.
– Do jutra, ojcze!
– Tak, dziękuję ci, Pablo. Nie zapomnij…
Za późno: chłopiec wybiegł już i popędził do młyna, w którym pracował z ojcem i wujami. Czerwony pył wirował w powietrzu wokół nieszczelnych drzwi.
Każdego innego dnia de Soya zacząłby się rozbierać z szat i składać je starannie w skrzyni, by później zabrać je na plebanię i wyprać. Tym razem jednak nie zdjął tuniki, stuły, komży ani pasa. Nie wiedzieć czemu miał wrażenie, że będą mu potrzebne, tak samo jak podczas akcji abordażowych w Worku Węglowym nie mógł się obejść bez plastokevlarowej zbroi.
Wysoki nieznajomy stanął w drzwiach zakrystii z twarzą wciąż ukrytą w cieniu. Ojciec de Soya czekał i przyglądał mu się, walcząc z chęcią przeżegnania się albo zasłonięcia ostatnim opłatkiem hostii, jakby obcy miał się okazać diabłem albo wampirem. Wycie wichru przeszło w ogłuszający, żałobny lament.
Przybysz zrobił krok naprzód i stanął w kręgu rubinowego blasku, rozsiewanego przez jedyną lampę. De Soya rozpoznał kapitan Marget Wu, osobistą adiutantkę i oficera łącznikowego admirała Marusyna, dowódcy floty Paksu. Drugi raz tego ranka musiał poprawić się w myślach: admirał Marget Wu, na co wskazywały dystynkcje na kołnierzu munduru, ledwie widoczne w słabym świetle.
– Ojciec kapitan de Soya? – zapytała admirał Wu.
Jezuita powoli pokręcił głową. Była dopiero siódma trzydzieści rano, dzień na MadredeDios trwał dwadzieścia trzy godziny, a on już czuł się zmęczony.
– Po prostu ksiądz de Soya – odparł.
– Ojcze kapitanie de Soya – powiedziała Marget Wu, tym razem bez cienia wahania w głosie. – Niniejszym zostaje pan przywrócony do służby ze skutkiem natychmiastowym. Ma pan dziesięć minut na zebranie rzeczy osobistych. Uda się pan ze mną.
Federico de Soya westchnął i zamknął oczy. Chciało mu się płakać.
Panie, oszczędź mi tego kielicha goryczy.
Kiedy otworzył oczy, ujrzał stojący na ołtarzu kielich i czekającą admirał Wu.
– Tak jest – odpowiedział cicho i zaczął powoli, ostrożnie zdejmować liturgiczny strój.
***
Trzy dni po śmierci papieża Juliusza XIV i złożeniu jego zwłok w kaplicy komora zmartwychwstańcza ożyła: wąskie przewody i delikatne sondy cofnęły się i zniknęły bez śladu. Spoczywające na kamiennej płycie ciało jeszcze przez chwilę leżało bez ruchu, jeśli nie liczyć unoszącej się i opadającej w oddechu piersi, po czym wyraźnie drgnęło. Z ust dobył się jęk, po kilku długich minutach wskrzeszony mężczyzna oparł się na łokciu, aż wreszcie usiadł. Był nagi poza owiniętym wokół talii, bogato wyszywanym, jedwabnym całunem.
Upływały kolejne minuty, a on siedział na skraju marmurowego bloku, z twarzą ukrytą w dłoniach. Podniósł wzrok dopiero wówczas, gdy z ledwie słyszalnym sykiem fragment ściany odsunął się na bok i odsłonił wejście do sekretnego korytarza. W słabym świetle zamajaczyła postać kardynała w ceremonialnych szatach, poruszającego się z szelestem jedwabi i grzechotem różańca. Towarzyszył mu wysoki, przystojny mężczyzna o siwych włosach i szarych oczach, odziany w prosty, choć elegancki popielaty garnitur. Trzy kroki za nimi do kaplicy wkroczyli dwaj żołnierze z Gwardii Szwajcarskiej w pochodzących jeszcze ze średniowiecza, pomarańczowo-czarnych mundurach. Nie mieli broni.
Nagi człowiek zamrugał, jakby jego oczy raziło nawet stłumione światło w kaplicy. W końcu skupił wzrok na przybyszu.
– Lourdusamy – powiedział.
– Ojciec Duré – odparł kardynał.
Stanął tuż obok, trzymając w dłoniach olbrzymi srebrny kielich.
Mężczyzna poruszył językiem i przełknął ślinę, jakby obudził się z niesmakiem w ustach. Nie był młody; miał pociągłą, ascetyczną twarz i smutne oczy, a jego odrodzone ciało znaczyły stare blizny. Na jego piersi czerwieniły się dwa nabrzmiałe krzyżokształty.
– Który mamy rok? – zapytał wreszcie.
– Rok Pański trzy tysiące sto trzydziesty pierwszy – odpowiedział Lourdusamy.
Paul Duré zamknął oczy.
– Pięćdziesiąt siedem lat od mojego ostatniego wskrzeszenia – stwierdził. – Dwieście siedemdziesiąt jeden lat od czasu, gdy przestały działać transmitery. – Otworzył oczy i spojrzał na kardynała. – Dwieście siedemdziesiąt lat odkąd mnie otrułeś; odkąd zabiłeś papieża Teliharda Pierwszego.
W komnacie zadudnił basowy śmiech Lourdusamy’ego.
– Szybko dochodzisz do siebie po zmartwychwstaniu, skoro rachunki tak świetnie ci idą.
Ojciec Duré przeniósł spojrzenie na mężczyznę w szarym stroju.
– Albedo. Przyszedłeś popatrzeć? Czy raczej dodać odwagi swojemu oswojonemu Judaszowi?
Wysoki mężczyzna nie odpowiedział. Wąskie usta kardynała zacisnęły się w jeszcze węższą kreskę, która prawie zniknęła na poczerwieniałej twarzy.
– Czy masz jeszcze coś do powiedzenia, zanim wrócisz do piekła, antypapieżu?
– Tobie nie – mruknął ojciec Duré. Zamknął oczy i zaczął się modlić.
Nie stawiał oporu, gdy Szwajcarzy złapali go pod ręce. Jeden z żołnierzy położył mu dłoń na czole i odchylił głowę do tyłu. Szczupła szyja jezuity wygięła się w łuk.
Kardynał postąpił pół kroku do przodu. W jego ręce błysnął wydobyty z obszernego jedwabnego rękawa nóż z kościaną rękojeścią. Żołnierze przytrzymywali nieruchomego Duré, którego jabłko Adama wyraźnie się odznaczało na obnażonym gardle. Lourdusamy poruszył ręką w niedbałym, płynnym geście i z przeciętej tętnicy jezuity trysnęła fontanna krwi.
Kardynał odsunął się, by szkarłat nie pobrudził jego biskupich szat, schował ostrze do rękawa i podniósł do rany szeroki, srebrny kielich, który szybko zaczął się wypełniać krwią. Kiedy naczynie napełniło się niemal po brzegi, a krwotok ustał, Lourdusamy skinieniem głowy dał znak żołnierzowi, który natychmiast puścił głowę ojca Duré.
Zmartwychwstały człowiek na powrót stał się trupem: głowa opadła mu bezwładnie, oczy wciąż miał zamknięte, a poderżnięte gardło przywodziło na myśl wymalowany na szyi makabryczny, postrzępiony uśmiech. Szwajcarzy ułożyli ciało na marmurowej płycie i zdjęli spowijającą je przepaskę. Nagi, martwy mężczyzna wyglądał słabo i bezbronnie – rozszarpana krtań, pobliźniona klatka piersiowa, długie, białe palce, blady brzuch, sflaczałe genitalia, wychudzone nogi. Nawet w epoce powszechnych wskrzeszeń śmierć potrafiła pozbawić wszelkiej godności także tych, którzy wiedli przykładny, spokojny żywot.
Gwardziści przytrzymali całun, podczas gdy Lourdusamy wylał zawartość ciężkiego kielicha najpierw na oczy zabitego, później w jego otwarte usta i ziejącą ranę od noża; obmył krwią jego pierś, brzuch i krocze. Intensywnością barwy przewyższała nawet uroczysty strój kardynała.
– Sie aber seid nicht felischlich, sondern geistlich – powiedział Lourdusamy. – Nie z ciała stworzon jesteś, lecz z ducha.
– To z Bacha, prawda? – Wysoki mężczyzna uniósł brwi.
– Oczywiście. – Kardynał odstawił pusty kielich na płytę obok zwłok i skinął na Szwajcarów, którzy okryli ciało podwójnym całunem. Krew natychmiast przesiąkła przez cudny materiał. – Jesu, meine Freunde.
– Tak też mi się wydawało – stwierdził mężczyzna w garniturze i posłał kardynałowi pytające spojrzenie.
– Tak. – Lourdusamy kiwnął głową. – Teraz.
Jego towarzysz obszedł katafalk dookoła i stanął za plecami żołnierzy, zajętych jeszcze układaniem zakrwawionego całunu. Kiedy wyprostowali się i odsunęli od marmurowego bloku, mężczyzna w szarym stroju uniósł ręce na wysokość ich głów i położył im dłonie na ­karkach. Gwardziści zdążyli tylko otworzyć w zdumieniu usta i wytrzeszczyć oczy, ale nie mieli czasu krzyknąć: w tej samej chwili z ich oczu i ust trysnęły snopy białego ognia, a spod nagle przezroczystej skóry wyjrzały trawiące ciało pomarańczowe płomienie. Mężczyźni spłonęli i wyparowali w ułamku sekundy, zamieniając się w garść pyłu.
Mężczyzna w garniturze zatarł dłonie, żeby pozbyć się z nich warstewki mikropopiołu.
– Co za szkoda, radco Albedo – mruknął basowo Lourdusamy.
Jego towarzysz spojrzał na unoszący się w powietrzu pył, po czym wrócił wzrokiem do kardynała. Ponownie uniósł pytająco brwi.
– Nie, nie, nie o to mi chodzi. Miałem na myśli całun. Plamy nie chcą schodzić, więc po każdym wskrzeszeniu musimy tkać nowy. – Lourdusamy odwrócił się i skierował do ukrytego przejścia w ścianie. – Chodźmy, Albedo. Musimy porozmawiać, a ja mam jeszcze odprawić przed południem dziękczynną mszę.
Kiedy za oboma gośćmi zasunęły się drzwi w ścianie, w komorze zmartwychwstańczej zapanowała cisza. Tylko owinięte całunem ciało i wirujące w powietrzu drobinki popielatego pyłu, podobne raczej do rzednącej mgły, przywodziły na myśl dusze niedawno zmarłych ludzi.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


“Nigdziebądź” – fragment powieści

Posted: June 17th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , | No Comments »

Polecamy

Rozdział 1

Uciekała już od czterech dni, rozpaczliwie umykając w głąb chaotycznych korytarzy i tuneli. Była głodna i wyczerpana. Z coraz większym trudem otwierała każde kolejne drzwi.
Teraz znalazła sobie kryjówkę: małą kamienną norę pod światem. Była tu bezpieczna; taką przynajmniej miała nadzieję. W końcu zasnęła.
***
Pan Croup wynajął Rossa na ostatnim Ruchomym Targu, który urządzono w opactwie Westminster.
– Myśl o nim jak o kanarku – rzekł do pana Vandemara.
– Śpiewa? – spytał pan Vandemar.
– Wątpię. Naprawdę szczerze wątpię. Nie, mój miły przyjacielu, mówiłem w przenośni. Chodziło mi o ptaki, które zabiera się do kopalni.
Vandemar skinął głową.
Pan Ross zupełnie nie przypominał kanarka: był rosły – niemal tak rosły jak pan Vandemar – i brudny. Mało mówił, choć nie omieszkał wspomnieć, że lubi zabijać i że jest w tym dobry. Słowa te bardzo rozbawiły pana Croupa i pana Vandemara, tak jak Dżyngis-chana mogłyby rozbawić popisy młodego Mongoła, który niedawno splądrował swą pierwszą wieś albo spalił jurtę. Ross był kanarkiem, nawet o tym nie wiedząc. Toteż szedł pierwszy w poplamionej koszulce i sztywnych od brudu dżinsach, a Croup i Vandemar maszerowali za nim, ubrani w eleganckie czarne garnitury.
Szmer w ciemności. W dłoni pana Vandemara błysnął nóż. A potem nie tkwił już w jego ręce, lecz kołysał się lekko dziesięć metrów dalej.
Pan Vandemar podszedł i podniósł nóż. Na ostrzu tkwił szczur; zamykał i otwierał bezradnie pyszczek, gdy umykało z niego życie. Pan Vandemar dwoma palcami zmiażdżył mu czaszkę.
– Oto gryzoń, który nikogo już nie ugryzie – rzekł pan Croup. Zaśmiał się z własnego dowcipu.
Pan Vandemar milczał.
– Szczur. Gryzoń. Rozumiesz?
Pan Vandemar zsunął truchło z ostrza i zaczął z namysłem ruszać szczękami.
Pan Croup wytrącił mu martwego szczura z ręki.
– Przestań – rzekł.
Jego towarzysz z nadąsaną miną schował nóż.
– Uśmiechnij się – syknął zachęcająco pan Croup. – Będzie jeszcze wiele szczurów. A teraz ruszajmy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.
***
Trzy lata w Londynie nie odmieniły Richarda, choć zmieniły sposób, w jaki postrzegał to miasto.
Gdy przybył tu po raz pierwszy, uznał, że Londyn jest dziwny, olbrzymi, całkowicie niezrozumiały. Tylko mapa metra nadawała mu choćby pozór porządku.
Stopniowo zaczął pojmować, że mapa ta stanowi jedynie podręczną fikcję, która ułatwia życie, lecz w żaden sposób nie odpowiada rzeczywistości; zupełnie jak członkostwo w partii politycznej, pomyślał kiedyś z dumą. Potem jednak, gdy spróbował wyjaśnić podobieństwo łączące mapę metra i partię grupie oszołomionych nieznajomych na przyjęciu, zdecydował, że w przyszłości będzie się trzymał z dala od polityki.
Z czasem odkrył, że coraz bardziej przyjmuje Londyn za coś oczywistego. Wkrótce zaczął się szczycić tym, że nie odwiedził żadnej atrakcji turystycznej (poza londyńską Tower; jego ciotka Maude przyjechała do miasta na weekend i Richard niechętnie towarzyszył jej w zwiedzaniu).
Jessica zmieniła to wszystko. Nagle, miast rozsądnie spędzać weekendy, zaczął bywać z nią w miejscach takich jak Galeria Narodowa i Tate, gdzie przekonał się na własnej skórze, że od zbyt długich wędrówek po galeriach okropnie bolą nogi, po jakimś czasie wielkie dzieła sztuki całego świata zlewają się w jedno, a żaden normalny człowiek nie zdoła uwierzyć, ile bezczelne kafejki muzealne potrafią policzyć sobie za ciastko i filiżankę herbaty.
– Oto twoja herbata i eklerka – rzekł. – Taniej byłoby kupić jednego Tintoretto.
– Nie przesadzaj – odparła radośnie Jessica. – A zresztą, w Tate nie ma żadnych Tintorettów.
– Trzeba było zjeść jeszcze ciasto z wiśniami – mruknął Richard. – Wtedy mogliby sobie pozwolić na kolejnego van Gogha.
– Nie – poprawiła go Jessica. – Nie mogliby.
Richard spotkał Jessicę dwa lata wcześniej we Francji podczas weekendowego wypadu do Paryża. Natknął się na nią w Luwrze, gdy próbował odszukać grupkę przyjaciół, którzy zorganizowali wycieczkę. Cofając się, wpadł na Jessicę, podziwiającą właśnie niezwykle wielki i historyczny brylant. Próbował przepraszać ją po francusku, poddał się, przeszedł na angielski, a potem usiłował przeprosić po francusku za to, że przeprasza po angielsku, wówczas jednak zorientował się, że Jessica jest tak angielska, jak tylko być można. W ramach rekompensaty kupił jej kosztowną francuską kanapkę i strasznie drogi musujący sok jabłkowy. I tak się to zaczęło.
Potem już nigdy nie zdołał przekonać Jessiki, że nie jest typem człowieka, który odwiedza galerie.
Richard czuł nabożny podziw wobec Jessiki, która była piękna, często nawet dowcipna i z pewnością czekała ją wielka przyszłość. Jessica natomiast dostrzegła w nim ogromny potencjał, który, właściwie pokierowany przez odpowiednią kobietę, uczyni z niego idealnego kandydata na męża.
Gdyby tylko nieco bardziej skoncentrował się na ważnych sprawach, mruczała do siebie i kupowała mu książki, takie jak: „Ubiór znaczy sukces” oraz „125 nawyków, które wiodą na szczyt”, książki uczące, jak kierować biznesem niczym kampanią wojskową. Richard zawsze jej dziękował i zawsze zamierzał kiedyś je przeczytać. Kupowała mu też ubrania, które uważała za odpowiednie – i nosił je posłusznie. A kiedyś, gdy uznała, że nadszedł czas, oznajmiła, iż powinni kupić pierścionek zaręczynowy.
– Czemu się z nią spotykasz? – spytał osiemnaście miesięcy później Garry z działu projektów. – Jest przerażająca.
Richard potrząsnął głową.
– Kiedy ją bliżej poznać, okazuje się urocza.
Garry odstawił na miejsce jednego z trolli z biurka Richarda.
– Dziwię się, że pozwala ci się nimi bawić.
– Nigdy nie poruszała tego tematu.
W istocie poruszała go, i to nieraz. Jednakże zdołała przekonać samą siebie, że zbiór trolli Richarda to oznaka pewnej uroczej ekscentryczności, porównywalna do kolekcji aniołów pana Stocktona. Właśnie organizowała wystawę aniołów pana Stocktona i doszła do wniosku, że wielcy ludzie zawsze coś zbierają. Tak naprawdę Richard nie kolekcjonował trolli. Zamiast tego, usiłując na próżno nadać nieco osobisty ton swemu miejscu pracy, rozmieścił w strategicznych miejscach plastikowe figurki. Ustawił też na biurku zdjęcie Jessiki. Dziś tkwiła na nim przylepiona żółta kartka.
Było to piątkowe popołudnie. Richard zauważył kiedyś, że wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz.
Weźmy choćby ten szczególny piątek.
Był to, jak podkreśliła Jessica co najmniej dziesięć razy w ciągu ostatniego miesiąca, najważniejszy dzień jego życia. Oczywiście, nie najważniejszy dzień jej życia. Ten nadejdzie dopiero w przyszłości, gdy – Richard nie wątpił w to ani przez chwilę – ludzie obwołają ją premierem, królową czy nawet Bogiem. Lecz bez wątpienia w jego życiu był to dzień najważniejszy. Szkoda zatem, że mimo karteczki, którą Richard przy­kleił sobie na lodówce, i drugiej, zostawionej na zdjęciu Jessiki w biurze, zapomniał o nim całkowicie i na śmierć.
Był jeszcze raport Wandswortha, spóźniony i zaprzątający go prawie bez reszty. Richard sprawdził kolejny rząd liczb. Nagle zauważył, że strona siedemnasta zniknęła, i przygotował się do kolejnego wydruku. Po następnej stronie wiedział już, że gdyby tylko dano mu spokój… gdyby jakimś cudem telefon nie zadzwonił…
Zadzwonił. Richard pstryknięciem włączył głośnik.
– Halo? Richard? Dyrektor chce wiedzieć, kiedy dostanie raport.
Richard zerknął na zegarek.
– Za pięć minut, Sylvio. Jest już prawie gotowy. Muszę tylko dołączyć prognozę zysków i strat.
– Dzięki, Dick. Zaraz po niego przyjdę.
Sylvia, jak sama lubiła mówić, była osobistą asystentką dyrektora. Otaczała ją aura bezlitosnej sprawności.
Richard wyłączył głośnik. Telefon natychmiast zadzwonił ponownie.
– Richardzie – przemówił głosem Jessiki. – Tu Jessica. Nie zapomniałeś, prawda?
– Zapomniałem? – Próbował przypomnieć sobie, o czym mógł zapomnieć. Spojrzał na zdjęcie Jessiki w poszukiwaniu natchnienia i znalazł je w aż nadto wyraźnej postaci małej żółtej karteczki przylepionej do jej czoła.
– Richardzie, podnieś słuchawkę.
Posłuchał, jednocześnie czytając notatkę.
– Przepraszam, Jess. Nie zapomniałem. Siódma wieczór w Ma Maison Italiano. Spotkamy się na miejscu?
– Jessica, Richard, nie Jess. – Na moment urwała. – Po ostatnim razie, raczej nie. Potrafiłbyś zabłądzić nawet we własnym ogródku.
Richard miał właśnie zauważyć, że każdemu mogłaby pomylić się Galeria Narodowa z Narodową Galerią Portretu, i że to nie ona spędziła cały dzień stojąc na deszczu (co zresztą w jego opinii było równie zabawne jak nieskończone wędrówki po obu galeriach), zmienił jednak zdanie.
– Przyjdę do ciebie – oznajmiła Jessica. – Pójdziemy tam razem.
– Dobrze, Jess… przepraszam, Jessico.
– Potwierdziłeś naszą rezerwację, prawda, Richardzie?
– Tak – skłamał nader przekonująco. Drugi telefon na jego biurku rozdzwonił się przeraźliwie. – Jessico, posłuchaj, muszę…
– To dobrze – odparła Jessica i przerwała połączenie.
Największą sumę pieniędzy, jaką Richard wydał w życiu, przeznaczył na pierścionek zaręczynowy dla Jessiki osiemnaście miesięcy wcześniej.
Odebrał drugi telefon.
– Cześć, Dick – rzekł Garry. – To ja, Garry.
Garry siedział kilka biurek dalej. Pomachał do Richarda znad lśniącego, wolnego od trolli blatu.
– Wciąż jesteśmy umówieni na drinka? Mówiłeś, że obgadamy projekt Mersthama.
– Rozłącz się, do cholery. Jasne, że jesteśmy.
Richard odłożył słuchawkę. Na dole karteczki dostrzegł numer telefonu. Napisał ją sam kilka tygodni wcześniej. I zrobił tę rezerwację. Był tego niemal pewien. Ale jej nie potwierdził. Zamierzał, lecz ciągle miał coś na głowie, a wiedział, że zostało mnóstwo czasu. Wydarzenia atakują stadnie…
Sylvia stała obok niego.
– Dick? Raport Wandswortha?
– Już prawie gotów, Sylvio. Zaczekaj momencik, dobrze?
Skończył wystukiwać numer. Westchnął z ulgą, gdy ktoś odpowiedział.
– Ma Maison. Czym mogę służyć?
– Tylko jednym – odparł Richard. – Stolikiem dla trzech osób na dziś wieczór. Chyba go zamówiłem. Jeśli tak, potwierdzam rezerwację. Jeśli nie, chciałbym go zamówić. Proszę.
Nie. Nie mieli ani śladu rezerwacji na nazwisko Mayhew. Ani Stockton. Ani Bartram – nazwisko Jessiki. A co do zamówienia stolika…
Najgorsze nie były same słowa, lecz ton, jakim przekazano mu informację. Stolik na dziś wieczór powinien był zostać zarezerwowany wiele lat wcześniej, może nawet przez rodziców Richarda. Stolik na dziś wieczór był po prostu niemożliwy. Gdyby nagle w drzwiach zjawił się papież, premier albo prezydent Francji i nie miał potwierdzonej rezerwacji, wylądowałby na ulicy.
– Ale tu chodzi o szefa mojej narzeczonej. Wiem, że powinienem był zadzwonić wcześniej. Jest nas tylko troje, czy nie można by…
Jego rozmówca odwiesił słuchawkę.
– Richard – wtrąciła Sylvia. – Dyrektor czeka.
– Jak sądzisz – spytał Richard – czy daliby mi stolik, gdybym zadzwonił i zaproponował im dodatkowe pieniądze?
***
W jej śnie byli wszyscy razem, w domu. Jej rodzice, brat, siostra. Stali w sali balowej. Wszyscy tacy bladzi, tacy poważni. Porcja, matka, dotknęła jej policzka i powiedziała, że jest w niebezpieczeństwie. W swym śnie Drzwi zaśmiała się i odparła, że wie. Matka potrząsnęła głową. Nie, nie. Była w niebezpieczeństwie teraz. W tej chwili.
Otwarła oczy. Drzwi uchylały się powoli, cichutko. Wstrzymała oddech.
Ciche kroki na kamieniu.
Może mnie nie zauważy, może sobie pójdzie, pomyślała. A potem, z rozpaczą: Jestem głodna.
Kroki umilkły. Wiedziała, że jest dobrze ukryta pod stosem szmat i starych gazet. Może intruz nie ma złych zamiarów, myślała. Czyż nie słyszy bicia mego serca? A potem kroki zbliżyły się i wiedziała, co musi zrobić. Przerażało ją to.
Czyjaś ręka odgarnęła pokrywające ją śmieci i Drzwi spojrzała wprost w tępą twarz, która zmarszczyła się w złowieszczym uśmiechu. Przekręciła się i szarpnęła gwałtownie. Nóż wycelowany w pierś trafił ją w ramię.
Do tej chwili nie przypuszczała, że zdołałaby to zrobić. Nie sądziła, że miałaby dość odwagi, była dość przerażona, zdesperowana, by się ośmielić. Teraz jednak wyciągnęła rękę ku jego piersi i otworzyła…
Poczuła coś ciepłego, mokrego i śliskiego. Skuliła się i wygramoliła spod mężczyzny, po czym potykając się wypadła z pomieszczenia.
Zatrzymała się dopiero w tunelu, niskim i wąskim. Oparta o ścianę szlochała, chwytając oddech.
Zużyła resztkę sił. Nie zostało jej nic. Czuła narastający ból w ramieniu. Nóż! – pomyślała. Ale była bezpieczna.
– No, no – usłyszała głos dobiegający z ciemności po jej prawej stronie. – Przeżyła spotkanie z panem Rossem. A niech mnie, panie Vandemar. – Ton głosu był równie śliski, jak brązowy śluz pod palcami.
– A niech i mnie, panie Croup – odparł beznamiętny głos po lewej stronie.
W ciemności zapłonęło migotliwe światełko.
– Mimo to – oczy pana Croupa błyszczały w mroku pod ziemią – spotkania z nami nie przeżyje.
Drzwi rąbnęła go mocno kolanem w krocze. Poczuła, jak coś ustępuje pod kolanem, i zaczęła biec, zaciskając prawą dłoń na ramieniu.
Uciekła.
***
– Dick?
Richard machnięciem ręki odgonił intruza. Znów kierował swoim życiem. Jeszcze tylko chwila…
Garry powtórzył jego imię:
– Dick? Jest wpół do siódmej.
– Co?
Papiery, długopisy, arkusze kalkulacyjne i trolle wylądowały w aktówce Richarda. Zatrzasnął ją i rzucił się biegiem do wyjścia, po drodze naciągając płaszcz. Garry biegł obok niego.
– To co, idziemy na drinka?
– Drinka?
– Mieliśmy wyskoczyć dzisiaj razem, obgadać projekt Mersthama, pamiętasz?
To było dzisiaj? Richard zatrzymał się na moment. Gdyby bałaganiarstwo stało się kiedykolwiek sportem olimpijskim, mógłby reprezentować w nim Anglię.
– Garry, przepraszam. Zawaliłem sprawę. Muszę dziś spotkać się Jessicą. Zabieramy jej szefa na kolację.
– Pana Stocktona? Z firmy Stockton? Tego Stocktona?
Richard przytaknął.
Zbiegali po schodach.
– Na pewno będziesz się dobrze bawił – rzekł Garry. – A co słychać u potwora z Czarnej Laguny?
– Tak naprawdę Jessica pochodzi z Ilford, Garry, i wciąż pozostaje światłem i miłością mojego życia. Dzięki, że spytałeś. – Znaleźli się w holu i Richard śmignął wprost ku automatycznym drzwiom, które widowiskowo się nie rozsunęły.
– Jest już po szóstej, panie Mayhew – przypomniał Figgis, strażnik budynku. – Musi się pan podpisać.
– Jeszcze tylko tego mi trzeba – rzekł Richard do nikogo w szczególności. – Jeszcze tylko tego.
Pan Figgis pachniał syropem od kaszlu i słynął ze swej encyklopedycznej kolekcji miękkiej pornografii. Strzegł drzwi z oddaniem graniczącym z szaleństwem, bo nigdy nie doszedł do siebie po wieczorze, kiedy z całego piętra zniknęły komputery wraz z dwiema palmami w donicach i dywanem dyrektora Axminstera.
– Czyli dziś z drinka nici?
– Przepraszam, Garry. Może być w poniedziałek?
– Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Pan Figgis zbadał uważnie podpis i przekonawszy się naocznie, że Richard nie wynosi komputerów, palm w donicach ani dywanów, nacisnął przycisk pod biurkiem. Drzwi się rozsunęły.
– Drzwi – rzekł Richard.
***
Podziemny korytarz rozgałęział się i dzielił. Na oślep wybierała drogę, śmigając tunelem, biegnąc, potykając się i wymachując rękami.
Gdzieś za nią maszerowali pan Croup i pan Vandemar, spokojni i radośni, jakby zwiedzali właśnie wystawę w Pałacu Kryształowym.
Gdy dochodzili do rozstajów, pan Croup klękał, znajdował najbliższą kroplę krwi i znów ruszali jej śladem.
Byli niczym hieny, ścigające ofiarę, póki nie pada z wyczerpania. Mogli zaczekać. Mieli mnóstwo czasu.
***
Dla odmiany Richardowi dopisało szczęście. Złapał taksówkę. Szczególnie entuzjastyczny kierowca zawiózł go do domu niezwykłą trasą, biegnącą ulicami, istnienia których Richard wcześniej nie zauważył. Wyskoczył z taksówki, pozostawiając napiwek i aktówkę, zdołał jeszcze zatrzymać wóz, odzyskał walizeczkę, wbiegł po schodach i wpadł do mieszkania.
Już w korytarzu ściągnął z siebie ubranie; aktówka zawirowała w powietrzu i wylądowała na sofie. Starannie położył klucze na stoliku po to, by o nich nie zapomnieć.
Potem wpadł do sypialni.
Zadźwięczał dzwonek.
Richard, w trzech czwartych odziany już w swój najlepszy garnitur, rzucił się do domofonu.
– Richard? Tu Jessica. Mam nadzieję, że jesteś gotów.
– Ach, tak. Zaraz będę.
W biegu naciągnął płaszcz, zatrzaskując za sobą drzwi.
Jessica czekała na niego przed schodami. Taki miała zwyczaj. Nie lubiła mieszkania Richarda; czuła się w nim niezręcznie i dziwnie kobieco. Zawsze istniała szansa, że w dowolnym miejscu natknie się na sztukę męskiej bielizny, nie mówiąc już o wędrujących bryłkach zeschniętej pasty do zębów na umywalce. Nie, z całą pewnością nie było to mieszkanie w jej stylu.
Jessica była bardzo piękna, tak piękna, że Richard od czasu do czasu wpatrywał się w nią ze zdumieniem, myśląc: Jakim cudem związała się ze mną?
A kiedy się kochali – nieodmiennie w mieszkaniu Jessiki na Barbicanie, w mosiężnym łóżku Jessiki między sztywnymi, białymi, lnianymi prześcieradłami (rodzice Jessiki wychowali ją w przekonaniu, że kołdry są dekadenckie) – po akcie w ciemności obejmowała go bardzo mocno, jej długie brązowe loki opadały mu na pierś i szeptała, jak bardzo go kocha. A on odpowiadał, że także ją kocha i pragnie z nią być, i oboje wierzyli, że to prawda.
***
– Na mój honor, panie Vandemar. Ona zwalnia.
– Zwalnia, panie Croup.
– Pewnie traci mnóstwo krwi, panie V.
– Śliczniej krwi, panie C. Ślicznej, mokrej krwi.
– Już niedługo.
Szczęk: dźwięk otwieranego sprężynowego noża, pusty, mroczny i samotny.
***
– Richardzie, co robisz? – spytała Jessica.
– Nic, Jessico.
– Nie zapomniałeś chyba kluczy, prawda?
– Nie, Jessico.
Richard przestał się poklepywać i wsunął ręce głęboko w kieszenie płaszcza.
– Kiedy dziś wieczór poznasz pana Stocktona – zaczęła Jessica – powinieneś docenić, że to nie tylko bardzo ważny człowiek, ale uosobienie wielkiej korporacji.
– Nie mogę się już doczekać – westchnął Richard.
– Co mówisz, Richardzie?
– Nie mogę się już doczekać – powtórzył z entuzjazmem.
– Chodź szybciej. – Jessica zaczęła zdradzać oznaki czegoś, co u kobiety mniejszego ducha można by opisać jako zdenerwowanie. – Nie możemy się spóźnić.
– Nie, Jess.
– Nie nazywaj mnie tak, Richardzie. Nie znoszę zdrobnień. Są takie protekcjonalne.
– Może kilka groszy?
Mężczyzna siedział w drzwiach z ręcznie wypisaną kartką na piersi, oznajmującą światu, że jest głodny i bezdomny. Richard nie potrzebował żadnego znaku, by w to uwierzyć. Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu monety.
– Richardzie, nie mamy czasu – upomniała go Jessica, która wspierała organizacje charytatywne i etycznie inwestowała pieniądze. – Chcę, żebyś wywarł dobre wrażenie jako mój narzeczony. To istotne, by przyszły małżonek wywarł dobre wrażenie. – Nagle zmarszczyła twarz w uśmiechu. Objęła go na moment. – Och, Richardzie, kocham cię. Wiesz o tym, prawda?
A Richard przytaknął. I rzeczywiście wiedział.
Jessica zerknęła na zegarek i przyspieszyła kroku.
Richard dyskretnie rzucił funtową monetę w stronę mężczyzny w drzwiach, który pochwycił ją zręcznie brudną dłonią.
– Nie miałeś problemów z rezerwacją, prawda? – spytała Jessica.
A Richard, który nie potrafił dobrze kłamać w bezpośredniej rozmowie, odparł:
– Hmm…
***
Źle wybrała. Korytarz zamykała gładka ściana. W zwykłych okolicznościach nie stanowiłoby to problemu, ale była taka zmęczona, taka głodna. Tak bardzo cierpiała…
Oddychała gwałtownie, dławiąc się i szlochając. Jej lewe ramię było zimne. Ręka zupełnie zdrętwiała.
– Na mą czarną duszę, panie Vandemar, czy widzi pan to co ja? – Głos był miękki, bliski. Musieli podejść do niej bliżej, niż przypuszczała. – Moje maleńkie oczy dostrzegają coś, co…
– Za chwilę zginie, panie Croup – dokończył głos nad jej głową.
– Nasz zleceniodawca będzie zachwycony.
A ona sięgnęła daleko w głąb swej duszy, czerpiąc z bólu, strachu, cierpienia. Była zmęczona, wypalona, całkowicie bezradna. Nie miała dokąd pójść. Brakowało jej czasu i sił.
Choćby były to ostatnie drzwi, które otworzę… – modliła się w duchu do Świątyni i Łuku. Gdzieś… gdzie będzie… bezpiecznie. A potem pomyślała: Ktoś.
I spróbowała otworzyć drzwi.
Gdy pochłonęła ją ciemność, usłyszała głos pana Croupa dobiegający z bardzo daleka.
– Do licha!
***
Jessica nie przyjęła tego dobrze.
– Naprawdę musiałeś obiecać im dodatkowe pięćdziesiąt funtów za nasz stolik? Jesteś idiotą, Richardzie.
– Zgubili moją rezerwację. I powiedzieli, że wszystkie stoły są zajęte.
– Pewnie posadzą nas koło kuchni – westchnęła. – Albo obok drzwi. Mówiłeś im, że to dla pana Stocktona?
– Tak.
Znów westchnęła.
W ścianie tuż przed nimi otwarły się drzwi. Wyszła z nich jakaś postać. Przez długą, straszliwą chwilę stała chwiejnie, a potem runęła na beton.
Richard zadrżał.
– Kiedy będziesz rozmawiał z panem Stocktonem, pamiętaj, żeby mu nie przerywać ani się z nim nie spierać. Nie lubi, gdy ktoś się z nim spiera. Jeśli zażartuje, śmiej się. Gdybyś miał wątpliwości, czy to był żart, spójrz na mnie, a ja… postukam palcem w stół.
Dotarli do człowieka na chodniku. Jessica przekroczyła go. Richard się zawahał.
– Jessico?
– Masz rację. Może uznać, że się nudzę. Kiedy zażartuje, podrapię się w ucho.
– Jessico!
– Co?
– Spójrz – wskazał chodnik. Spoczywająca tam osoba leżała twarzą do ziemi, spowita w wielowarstwowy strój.
Jessica chwyciła go pod rękę i pociągnęła ku sobie.
– Jeśli zaczniesz zwracać na nich uwagę, Richardzie, wejdą ci na głowę. Oni wszyscy mają domy. Kiedy się prześpi, z pewnością nic jej nie będzie.
Jej? Richard przyjrzał się uważnie. Rzeczywiście, to była dziewczyna.
– Uprzedziłam pana Stocktona, że… – ciągnęła Jessica. Richard przyklęknął. – Richardzie, co ty robisz?
– Nie jest pijana – rzekł – tylko ranna. – Spojrzał na swe palce. – Krwawi.
Jessica popatrzyła na niego, zdenerwowana i zaskoczona.
– Spóźnimy się – powiedziała z naciskiem.
– Jest ranna.
Jessica obejrzała się na dziewczynę na chodniku. Priorytety. Richardowi stanowczo brakowało priorytetów.
Twarz dziewczyny pokrywała warstwa brudu. Jej ubranie było mokre od krwi.
– Richardzie, spóźnimy się.
– Ona jest ranna – odparł z prostotą. Jego twarz przybrała wyraz, którego Jessica jeszcze na niej nie widziała.
– Richardzie! – rzuciła ostrzegawczo, potem jednak ustąpiła odrobinę, proponując kompromis. – Zadzwoń po karetkę. Tylko szybko.
Oczy dziewczyny otwarły się, białe i okrągłe w ciemnej od krwi i kurzu twarzy.
– Proszę, nie do szpitala. Znajdą mnie. Zabierz mnie w bezpieczne miejsce. Proszę. – Jej głos był bardzo słaby.
– Ty krwawisz – rzekł Richard. Obejrzał się, by sprawdzić, skąd przyszła. Ściana jednak była ceglana, lity mur.
– Pomóż mi – szepnęła. Powieki jej opadły.
– Kiedy zadzwonisz na pogotowie, nie podawaj nazwiska. Może musiałbyś złożyć zeznanie albo coś takiego. A nie chcę, by nasz wieczór zakończył się katastrofą… Richardzie, co ty robisz?
Richard podniósł dziewczynę. Była zaskakująco lekka.
– Zabieram ją do siebie, Jess. Nie mogę jej tu zostawić. Powiedz panu Stocktonowi, że jest mi naprawdę bardzo przykro, ale zdarzyło się coś niespodziewanego. Z pewnością to zrozumie.
– Richardzie Oliverze Mayhew – powiedziała zimno Jessica. – Natychmiast połóż tę młodą osobę i podejdź tutaj, bo jeśli nie, zrywam nasze zaręczyny. Ostrzegam!
Richard poczuł ciepłą, lepką krew przesiąkającą przez koszulę. Czasami nic się nie da zrobić.
Odszedł.
Jessica stała na chodniku patrząc, jak Richard rujnuje jej wielki wieczór. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Po chwili zniknął jej z oczu i wtedy, dopiero wtedy zaklęła głośno i wyraźnie, i z całych sił cisnęła torebką o ziemię, dość mocno, by po betonie rozsypały się szminka, telefon komórkowy, kalendarz i kilka tamponów.
A potem, ponieważ nic innego nie mogła zrobić, pozbierała wszystko, włożyła do torebki i ruszyła do restauracji, by zaczekać na pana Stocktona.
Sącząc białe wino, próbowała obmyślić wiarygodny powód, dla którego narzeczony nie mógł jej towarzyszyć. Rozpaczliwie zastanawiała się, czy nie mogłaby po prostu powiedzieć, że Richard umarł.
– To była bardzo nagła śmierć – mruknęła pod nosem.
***
Przez całą drogę Richard ani na moment nie zatrzymał się, by pomyśleć. Zupełnie jakby coś nim kierowało. Gdzieś w głębi umysłu ktoś – zwykły, rozsądny Richard Mayhew – mówił mu, jak idiotycznie się zachował. Powinien był wezwać policję albo karetkę, niebezpiecznie jest ruszać rannego, bardzo poważnie obraził Jessicę, będzie musiał spać dziś na kanapie, zniszczy sobie najlepszy garnitur, dziewczyna okropnie śmierdzi… Mechanicznie stawiał kroki. Cierpły mu ramiona, bolały plecy, a on, ignorując spojrzenia przechodniów, szedł naprzód. Wreszcie znalazł się przy wejściu na klatkę schodową. Potykając się, wszedł na górę, stanął przed swymi drzwiami – i w tym momencie uświadomił sobie, że zostawił klucze w środku na stoliku…
Dziewczyna wyciągnęła brudną dłoń ku drzwiom, które otwarły się lekko.
Nigdy nie sądziłem, iż ucieszy mnie fakt, że zamek nie zaskoczył, pomyślał Richard, wnosząc ją do środka. Nogą zamknął za sobą drzwi i położył dziewczynę na łóżku.
Przód jego koszuli był mokry od krwi.
Nieznajoma sprawiała wrażenie półprzytomnej. Jej powieki trzepotały.
Zdjął z niej skórzaną kurtkę. Na lewym ramieniu miała głęboką ranę. Richard aż syknął na jej widok.
– Posłuchaj, muszę wezwać lekarza – rzekł cicho. – Słyszysz mnie?
Otworzyła oczy – okrągłe, przerażone.
– Proszę, nie. Nic mi nie będzie. Nie jest aż tak źle, jak się zdaje. Potrzeba mi tylko snu. Żadnych lekarzy.
– Ale twoje ramię, twoja ręka…
– Nic mi nie będzie. Jutro. Proszę. – Jej głos opadł do szeptu.
– No dobrze, jeśli tego chcesz. – Powoli wracał mu rozsądek. – Posłuchaj, mógłbym spytać…
Dziewczyna spała.
Na palcach wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Potem usiadł na kanapie przed telewizorem, zastanawiając się, co właściwie zrobił.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Podziemia Veniss

Posted: June 10th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , , | No Comments »

PODZIEMIA VENISS to przesiąknięta mrocznym pięknem i jednocześnie prawdziwie koszmarna opowieść, zdobywająca szturmem teren fantastycznej antyutopii, którą przekształca w zupełnie nową jakość. Jeff Vander Meer nie marnuje czasu na tworzenie konwencjonalnego, spójnego futurystycznego świata; zamiast tego jego postacie charakteryzują się niemal mitologiczną prostotą i żyją wśród krajobrazów, które wiele zawdzięczają zarówno Hieronimowi Boschowi i Salvadorowi Dali, jak i autorom SF, takim jak J.G. Ballard czy Simon Ings.

Rozgrywające się w świecie zewnętrznym katastrofy postępują ramię w ramię z głęboką refleksją i odkrywaniem przez bohaterów samych siebie. Pełno tu również intensywnych, rozrzuconych na wszystkich stronach powieści chwil piękna i grozy, żywcem wyjętych wprost z ze złego snu.

PODZIEMIA VENISS Jeffa VanderMeera ukazują się 26 czerwca w UCZCIE WYOBRAŹNI nakładem wydawnictwa Mag.

Jeff VanderMeer jest dwukrotnym laureatem World Fantasy Award, finalistą Hugo Award, Bram Stoker Award, IHG Award, Philip K. Dick Award, i innych. Publicysta The Washington Post, Publishers Weekly I innych, członek jury nagrody The Aisner Award, Jest autorem zaliczanym do nurtu New Weird, do którego zalicza się również Wieki Światła Iana McLeoda (wyd. MAG czerwiec 2006). O samym nurcie New Weird tak opowiada VanderMeer : New Weird jest typem miejskiej literatury osadzonej w fantastycznym świecie, która obala wyidealizowane wyobrażenia o scenografii znanej z tradycyjnej fantasy, a robi to najczęściej przez wybór realistycznych, kompleksowych modeli świata, stanowiących punkt wyjścia do kreacji, w której mogą łączyć się elementy zarówno sf, jak i fantasy. New Weird jako gatunek odznacza się wysoką jakością i by ją osiągnąć, używa elementów właściwych, na przykład, dla surrealistycznego horroru w kwestii stylu, tonu opowieści i efektów odbywa się to w połączeniu ze stymulującym wpływem pisarzy nowofalowych i ich następców (a także protoplastów, jak Mervyn Peake oraz francuscy/angielscy dekadenci).

New weirdowska literatura odnosi się do problematyki współczesnego świata, nawet jeśli w sposób zakamuflowany, nie zawsze jednak są to odwołania do kwestii politycznych. Częściowo odwoływanie się do współczesnego świata polega na potędze wizji autorskiej i poddaniu się dziwactwom, wizji nie zamkniętej w nawiedzonym domu na wrzosowiskach ani jaskini na Antarktydzie. To poddanie się (albo wiara) autora może przyjąć różne formy, przy czym część z pisarzy stosuje w tym celu techniki postmodernistyczne, niepodważające jednak wykreowanej w tekście fantastycznej rzeczywistości. (cytat pochodzi z antologii, którą opracował Jeff Vander Meer wspólnie z żoną Ann). Wywiad z Jeffem VanderMeerem przeprowadził dla portalu Katedra Jan Żerański http://katedra.nast.pl/artykul/3863/Wywiad-z-Jeffem-VanderMeerem/

Oficjalna strona autora http://www.jeffvandermeer.com

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Uczta wyobraźni

Posted: May 30th, 2009 | Author: | Filed under: TV Książki | Tags: , , | No Comments »

Filmik do tej książki

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Cassandra Clare nowa konkurentka Stephanie Meyer

Posted: May 24th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Stephanie Meyer ma godną siebie młodszą konkurentkę. Amerykanka, urodzona w Teheranie, Cassandra Clare napisała trylogię o przygodach piętnastolatki, Clary Fray w świecie wampirów, która z wampirem Simonem i aniołem Jacem walczy z demonami pod ulicami Nowego Jorku.

Trylogia Dary Anioła stała się najpopularniejszą serią gatunku literackiego tzw. paranormal romance obok serii Stephanie Meyer i bije rekordy popularności Stanach Zjednoczonych. Jednak w porównaniu z romansem Meyer, Cassandra do powieści wprowadziła również anioły i gotycki klimat mrocznej rodzinnej tajemnicy i walki z demonami. O ile romans z wampirem Edwardem była dla Belli ekscytujący to pomyślcie tylko jak Clary przyjmie fakt, że Jace , półanioł i pogromca demonów, którym jest zakochana, może być jej dawno zaginionym bratem!

Co jest niezwykłe w serii Cassandry, to fakt że jej czytelniczki to nie tylko nastolatki oglądające MTV i spędzające czas w Internecie. Coraz częściej miłośniczkami serii Dary Anioła są ich matki. Najstarszą czytelniczką Miasta Kości jest 70 letnia kobieta, która pożyczyła książkę od swojej wnuczki.

Seria tak przypadła do gustu nastolatkom i ich mamom, że w sieci zaczęły pojawiać się fanowskie filmy kręcone przez licznych fanów autorki. Z nich możemy dowiedzieć się jak czytelnicy wyobrażają sobie swoich bohaterow. Kiedyś o książce dyskutowano na przerwach w szkole, teraz kręci się do nich zwiastuny na You Tube. Bohaterką bestsellerowej serii jest Clary Fray nastoletnia rudowłosa artystka o skłonnościach do wpadania w tarapaty. Jej najlepszym i jedynym przyjacielem jest chłopak, matka jest roztrzepaną artystką, a miejscem rozrywki są ulice Manhattanu i nocne kluby. Aż do czasu, gdy pewnej nocy w nocnym klubie Pandemonium trzech nastolatków, których tylko ona widzi, na jej oczach zabija chłopca, który, jak się okazuje, tak naprawdę nie jest chłopcem…Clary czuje, że powinna zawiadomić policję, ale wie, że nikt jej nie uwierzy, gdyż ciało zamordowanego rozpłynęło się w powietrzu, a napastników nikt oprócz niej nie widzi. Są to Nocni Łowcy, tajemna kasta wojowników, których celem jest walka z demonami. W ciągu następnych 24 godzin znika matka Clary, a ona sama o mało nie ginie z ręki demona.

Poszukując matki Clary trafia do tajemnego świata, położonego głęboko pod ulicami Nowego Jorku, zwanego Podziemnym Światem, pełnego tajemniczych wróżek, wampirów, hybryd człowieka i wampira, i demonów. Clary jest rozdarta pomiędzy uczuciami, które żywi do dwóch chłopców jej najlepszego przyjaciela, Simona, oraz do tajemniczego łowcy wampirów, półczłowieka, półanioła Jace’a. Wkrótce sama staje się częścią ukrytego świata łowców demonów zwanych Nephilim i odkrywa straszną tajemnicę…

Trylogia Dary Anioła składa się z Miasta Kości, Miasta Popiołów i Miasta Szkła i zajmuje pierwsze miejsca list bestsellerów obok ekranizowanego Zmierzchu. To przykład jak bardzo temat wampirów stał się popularny w literaturze. Trylogia zyskała kilkanaście fanklubów w Stanach i liczne fanowskie strony internetowe m.in. niemiecka, hiszpańską i norweską.

Cassandra zaczęła pisać Miasto Kości w 2004 roku zainspirowana miejskim krajobrazem Manhattanu i Nowego Jorku, jej ulubionego miasta. Wcześniej pracowała jako dziennikarka w różnych czasopismach m.in. w tabloidach, w których zdawała relacje z podróży Brada i Angeliny, pisała o garderobie Britney Spears i innych cele brytów. Od 2006 roku w pełni poświęciła się pisaniu książek i ma nadzieje nigdy więcej nie pisać o Paris Hilton. Cassandra Clare przyjęła pseudonim Cassandra z własnej powieści zatytułowanej Piękna Kasandra , opartej na opowiadaniu Jane Austen. Pierwszym wydanym w druku dziełem Cassandry było opowiadanie Poradnik dla dziewcząt, jak pokonać Mrocznego Pana, które znalazło się w antologii humorystycznych opowiadań fantasy.

Cassandra Clare nienawidzi pisać w domu, ponieważ rozpraszają ją telewizyjne reality show oraz jej dwa koty. Najchętniej pisze w kawiarniach i restauracjach. Lubi pracować w towarzystwie przyjaciół, którzy pilnują, by dotrzymała terminów. Jest fanką Internetowych społeczności, ma swój profil na Facebooku i YouTube.

Miasto Kości jest pierwszym tomem trylogii Dary Anioła. Druga część to Miasto Popiołów, a trzecia Miasto Szkła.

W Polsce Miasto Kości Cassandry Clare ukaże się 17 czerwca nakładem Wydawnictwa Mag.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Księga cmentarna nagrodzona

Posted: May 8th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , | No Comments »

Na tegorocznej edycji Polskiego Konkursu Reklamy KTR w kategorii Ilustracja nagrodę Brąz otrzymał Irek Konior za ilustrację do książki Księga Cmentarna autorstwa Neila Gaimana, wydanej przez Wydawnictwo Mag w październiku 2008 roku.

Polski Konkurs Reklamy, organizowany od 2004 r. jako podstawa działalności statutowej – afiliowanego przy Stowarzyszeniu Komunikacji Marketingowej SAR – Klubowi Twórców Reklamy. Jest to największy konkurs branży reklamowej w Polsce, gdzie jurorami są najlepsi dyrektorzy kreatywni zaangażowani w proces powstawania komunikatów reklamowych, których prace zostały nagrodzone w konkursach międzynarodowych lub polskich, oraz przedstawiciele środowisk twórczych i akademickich. Przewodniczącym jury jest co roku inny, zaproszony z zagranicy, cieszący się uznaniem środowiska Dyrektor Kreatywny.

Wydana w Polsce 3 października Księga cmentarna Neila Gaimana jest bestsellerem w Stanach Zjednoczonych. Neil Gaiman motyw z opowiadań Księgi dżungli Kiplinga przesiał przez sito swojej nie znającej chyba granic wyobraźni i otrzymał Księgę cmentarną. Książka jest owiana mrocznym klimatem – rozgrywa się na cmentarzu a jej bohaterem jest niezwykły chłopiec – Nik, który jest jedynym żyjącym mieszkańcem cmentarza. Wychowany od maleńkości przez duchy i innych jego rezydentów, nauczył się dawno zapomnianych zwyczajów od swoich opiekunów oraz technik znanych jedynie duchom, jak choćby zdolności Znikania. Ta mrożąca krew w żyłach opowieść Gaimana jest pierwszą powieścią dla młodzieży od czasu wydania międzynarodowego bestsellera Koralina.

Obecnie nagrody KTR przyznawane są w następujących kategoriach: Reklama Drukowana (Print, Outdoor), Reklama TV, Cyber, Active Advertising (w tym PR), Design, Warsztat TV, Ilustracja, Foto. Co roku w konkursie bierze udział około 120 polskich agencji zajmujących się komunikacją reklamową, wiele studiów producenckich: TV, radiowych, fotograficznych; indywidualnych twórców działających na rzecz reklamy, oraz mediów i reklamodawców.

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Cyberpunkowa powieść o jakżeby inaczej, wirtualnej rzeczywistości

Posted: May 5th, 2009 | Author: | Filed under: Nowinki ze świata książki | Tags: , , , , | No Comments »

Siergiej Łukjanienko to rzadki przykład pisarza uprawiającego fantastykę po prostu”. W tej branży pisarze zwykle w czymś się specjalizują – jeden w opisywaniu historii alternatywnych, drugi w elfach, a trzeci w sieciach komputerowych. Łukjanienko porusza się po wszystkich gatunkach z niebywałą swobodą – zawsze przy tym traktując je nowatorsko, dodając zwykle jakiś oryginalny rosyjski akcent.

Wojciech Orliński Gazeta Wyborcza.

Labirynt odbić to 1. tom słynnej dylogii uhonorowanej w 1997 r. prestiżową nagrodą Bolszoj Zilant przyznawaną przez jurorów corocznie na festiwalu Zilantcon w Kazaniu. Ukazuje się w sprzedaży 15 maja nakładem wydawnictwa Mag www.mag.com.pl

Koncepcja powieści opiera się na założeniu, że każdy może wejść do Głębi – wirtualnej rzeczywistości, ale samodzielnie wyjść jest już trudniej. Dlatego zwykli ludzie potrzebują swego rodzaju budzika, timera, którego zadaniem jest, po ustawieniu odpowiedniego czasu, wyprowadzenie takiego osobnika z sieci. Niektórym zdarza się zostać w sieci dłużej niż może wytrzymać organizm i wtedy potrzeba pomocy tzw. nurka, człowieka odpornego na sieć, mogącego wynurzać się na zawołanie. Leonid, główny bohater książki jest jednym z nich. Na dodatek na tyle dobrym, by dostać wyjątkowe zlecenie od tajemniczego mocodawcy oferującego w ramach wynagrodzenia legendarny Medal Bezkarności, zapewniający jego właścicielowi absolutną swobodę poruszania się po Głębi i robienia co mu się żywnie podoba. I tu zaczyna się właściwa jazda

Pełna recenzja książki na stronie www.maciejmajewski.pl

Więcej informacji o książce i autorze na stronie Wydawnictwa Mag

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Ssij mała ssij

Posted: April 25th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Kontynuując cykl o amerykańskim mistrzu nie można pominąć jego przewrotnej powieści – “Ssij mała ssij”.

Kontynuacja bestsellerowych Krwiopijców. Doskonała humorystyczna powieść o seksie w wielkim mieście, życiu po śmierci i problemach z mieszkaniem w San Francisco.Love story dla kobiet z charakterem i samców beta.Nowa powieść Christophera Moore’a , amerykańskiego Monthy Pytona, uważanego przez krytyków za kontynuatora stylu Kurta Vonneguta

Kontynuacje są zazwyczaj nudne i nieciekawe – te słowa nie odnoszą się jednak do Moore’a i jego doskonałej kontynuacji Krwiopijców.

Śmiechu jak zwykle jest co niemiara – a wszystko dzięki rubasznemu i pysznemu językowi, jakim posługuje się autor. Już tytuł (rodem z pisemek porno) daje nam przedsmak tego, co znajdziemy w książce. Tytuł – choć ma mało wspólnego z erotycznymi doznaniami, a bardziej z wysysaniem krwi z kotów (i ludzi także) dużo mówi o orgiach, jakie co rusz odbywają się na kartach książki. I trzeba powiedzieć, że takie podejście do seksu w literaturze robi wrażenie.

Lektura dzięki doskonałej narracji zajmie nam może dwie godziny. Kiedy skończymy (ociekając hektolitrami krwi oraz potu) z pewnością od razu powinniśmy sprawdzić a. czy nie zostały nam na szyi jakieś podejrzane wgłębienia i b. czy księgarnia jeszcze otwarta, bo warto odchamić się przy “religijnym” Baranku.

Polecam.

“Ssij mała ssij”
Christopher Moore
wydawnictwo MAG
2009

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts


Krwiopijcy

Posted: April 25th, 2009 | Author: | Filed under: Recenzje | Tags: , , , , , , , , | No Comments »

Czas powrócić do klasyki – czyli Krwiopijcy na tapecie raz jeszcze.

Najnowsza powieść bestsellerowego autora Baranka i Najgłupszego Anioła. Jody nigdy nie prosiła, żeby zostać wampirem. Ale kiedy ocknęła się przy pojemniku na śmieci z mocno poparzoną ręką, obolałą szyją, nadludzką siłą i typowym dla Nosferatu pragnieniem, zrozumiała, że decyzję podjęto za nią. Przestawienie się z codziennej harówki na niekończące się nocne polowania wymaga jednak nieco wysiłku, i tutaj przyda się C. Thomas Flood. Tommy (dla przyjaciół), niedoszły Kerouac z Incontinence w stanie Indiana, pracuje na nocną zmianę w supermarkecie w San Francisco. Wszystko się zmienia, gdy w drzwiach pojawia się rudowłosa, nieumarła istota… która wywołuje w jego życiu ? i w jego życiu po życiu ? wstrząs, jakiego nigdy by się nie spodziewał.”

Moore jak zwykle trzyma klasę – jego cięty język i zdolność do tworzenia zabawnych sytuacji, które zabawne nie są (zostać wampirem to nie motyw do kabaretu) tylko zachęcają do zapoznawania się z dalszą twórczością mistrza (jak choćby z najnowszym Błaznem).

Czytam tę książkę już po raz trzeci i dochodzę do wniosku, że nikt tak nie sparodiował tych opowieści o wampirach jak właśnie Moore. To już nie tylko kawał dobrego amerykańskiego humoru ale cięta satyra na te wszystkie nabzdyczone opowieści o rumuńskim królu, który wbijał na pal wrogów i czasem wypijał z nich trochę czerwonego płynu.

Widać, że Moore nie tworzy w próżni – aby napisać “Krwiopijców” (oraz ich kontynuację – “Ssij mała ssij”) musiał zapoznać się dokładnie ze wszystkim, co o wampirach napisano. Oczywiście autor nie byłby sobą, gdyby nie dodał czegoś od siebie (wampirzy seks jest lepszy niż “normalny”) jednak wszystkie kołki, czosnki i inne krzyże na wampira według Moore’a nie działają (nie licząc bardzo skutecznego słońca).

Szkoda, że wydawnictwo tak rzadko wydaje polskie tłumaczenia jego powieści. Nie pozostaje nam nic innego jak odwiedzać amazon i tam kupować książki Moore’a w oryginale. Zapewniam – zabawa jest jeszcze bardziej ciekawa. Polecam – lektura obowiązkowa.

“Krwiopijcy”
Christopher Moore
wydawnictwo MAG
2008

admin

W skrócie: Szczęśliwy mąż i ojciec zafascynowany światem literatury i nowych technologii.

More Posts